Życie w stylu (do)wolnym cz. I

 

Czasami wydaje się, że współczesny człowiek rozkoszujący się własną samowystarczalnością, autonomicznością, jest już poniekąd stracony, że na naszych oczach odbywa się jawna duchowa apokalipsa.

 

Wydaje się, że bałwochwalstwo i ateizacja sięgnęły zenitu. I może właśnie dlatego, że domeny te przedstawiły szczyt swoich możliwości nie zaspokoiwszy duchowego zapotrzebowania, człowiek dokonuje odwrotu, na nowo zaczyna szukać czegoś "właściwego" jego naturze (może odzywa się w nim anima naturaliter christiana).

 

Zdaniem L. Bergera to, co najbardziej objawia się w dzisiejszym świecie to nie tyle sekularyzacja, co głód zbawienia i transcendencji. Jeżeli człowiek doświadczył tego głodu i zamierza go zaspokoić prawdziwie zbawczym pokarmem, a nie sfałszowaną imitacją, musi sobie odpowiedzieć na kilka fundamentalnych pytań. Powinien zdobyć się na odwagę sprostania wymogom mądrości, charyzmatycznej mocy prawdy. Zwłaszcza, że wychodzi z liberalnego domu niewoli.

 

Epoka liberalizmu za punkt honoru przyjęła serwowanie ułatwień. Nieodrodnemu dziecku tej epoki wciąż zagraża rozbrajająca naiwność przenoszenia ułatwień ze świata materialnego w sferę moralno-religijną. Zagraża acedia - smutek płynący stąd, że prowadzące do celu dobro jest zbyt trudne. Rodzi to pokusę, żeby zaproponować sobie wygodniejszy wehikuł  transportu w Świat Wartości, żeby podstępnie dokonać podmiany trudnego na łatwe.

 

Zidentyfikowanie głodu transcendencji i skuteczne zaradzenie mu wymaga rozstrzygnięcia problemu celu i sensu  egzystencji. Latami ćwiczona, doprowadzona do "negatywnej " perfekcji, ułańska fantazja samowoli i swawoli, proponuje człowiekowi niewybredne sposoby transcendowania rzeczywistości. Podsuwa freestyle, bożka dowolności. Trzeba zdecydowanie im się przeciwstawiać. Trzeba koniecznie przenieść rozważania spraw ostatecznych z dziedziny rozrywki  dostarczającej psychicznych przyjemności, ze swobodnego hasania po łąkach powierzchowności do działu pracy nad sobą, do wysiłku podsycania płomienia miłości, a nie zalewania go mętną wodą wygodnictwa i ułudy. Trzeba cierpliwie przeczekać inwazję emocji, bolesne krzyki zagubienia i nie przegapić nadarzającej się okazji czujnej odpowiedzi na wartości nieprzemijające. Aby ta odpowiedź miała moc wiążącą, prowadziła do celu, dobrze jest posłużyć się metaforą drogi - via- jako archetypu egzystencjalnej i intelektualnej kondycji człowieka – pielgrzyma - homini viatoris.

 

Z perspektywy drogi trzeba objąć możliwie najszerszy obszar rzeczywistości- pole, po którym będzie przemierzać refleksja, wypatrzyć Kres. Zadanie jest niewątpliwie trudne, zwłaszcza, że podobno od kilku wieków ( od czasu Kanta i Hegla) "umysł naturalny, ludzki rozum będący dotąd podstawą intelektu w sensie metafizycznym stracił kontakt ze światem jako całością. Stąd, mówi Boeder, idee podstawowe dla metafizyki: dusza, Bóg i świat podlegają umorzeniu co do swej naturalności" (W. Chudy, Byt i refleksja).

 

A "rzeczywistość wewnątrz świata może uzyskać szczególne piętno aksjologiczne, w którym wartości z różnych poziomów zlewają się w jedno, ulegają swoistej nihilizacji w świetle takiego czegoś jak skończoność. Skończoność to przede wszystkim  świadomość radykalnej bezsilności w usprawiedliwianiu świata i życia (K. Tarnowski, Ku metafizyce nadziei). Stąd człowiek na rozdrożu doświadcza , że oplata go heimarmene - przygniatający kosmiczny los (jeśli zarzucił wiarę w Boga, w Jego ocalającą moc). To popycha go do swoistego tragicznego heroizmu. Postanawia sam, na własną rękę, bez instytucji , bez pośredników szukać sensu, szukać Boga, czy nawet odrzucić Go jako hipotezę sensotwórczą.

 

Będąc w drodze, zbuntowany przeciw jakimkolwiek drogowskazom skłonny jest do ogłaszania szumnej ceremonii koronowania na króla prawdy swoich uwag podyktowanych rozgoryczeniem, osamotnieniem albo interesem leniwej duszy.

 

Oczywiście, można powiedzieć, że przedstawia w ten sposób połać prawdziwego życia. Ale cóż to za życie! Najwidoczniej samego zainteresowanego nie satysfakcjonuje, skoro dalej gnębi go frustracja i potrzeba dalszych poszukiwań.

 

Dlatego należy bardzo wystrzegać się realizowania z tępą determinacją swojej wizji, ekscytować się jej oryginalnością. ... Bo nie chodzi o to, by mieć modne poglądy, być oryginalnym w sądach, lecz żeby połączyć się z Oryginalnym w prawdzie i miłości, żeby zanurzyć się w przestrzeni Ogarniającego nasz los, a nie łudzić się, że ogarnęliśmy swoim sokolim, przenikliwym sądem całość. Bo znowu trzeba by uprzytomnić sobie, że jest to całość pozorna, iluzoryczna. Płochliwe byty wyobraźni nie mają

mocy generalizującej. Są nieustannie gnane niewiernością i powierzchownie przemierzają  wewnętrzne przestrzenie.

 

"Próżność biegnie, miłość drąży" (G. Marcel). A przecież właściwa , uczciwa aktywność myśli , duszy poszukuje bytu trwałego, Kojącego Kresu. Właściwa aktywność myśli i duszy konstruuje sobie pojęcie sensu w świetle uwarunkowań ostatecznych.

 

"Pozornie najgenialniejsze pomysły mędrców tego świata są puste, jeśli się je snuje bez inspiracji nadprzyrodzonej danej przez Ducha (Stanisław Rybicki). Jeżeli swoich rozmyślań człowiek nie konfrontuje ze standardami, normami nadprzyrodzonymi mówi, że w kościele  sam sobie może poradzić, by nawiązać kontakt ze Stwórcą (bez pomocy kapłana, bez sakramentów- bez Eucharystii).

 

Wykorzystywanie przestrzeni sakralnej kościoła wyłącznie  do pozbierania własnych myśli, do psychicznego odprężenia się, grozi człowiekowi nawiązywaniem kontaktu nie ze Stwórcą, ale ze stworzonym przez siebie cielcem, z jakimś przyjemnym w danej chwili dla  duszy wytworem wyobraźni. Gdyż myśl ludzka swoją pełnię może osiągnąć tylko w świetle Objawienia Bożego. Inaczej będzie się człowiekowi wydawało, że dotarł do krańców rzeczywistości, że przefiltrowawszy ją swoimi zardzewiałymi mechanizmami duszy, nie znalazł ukojenia. Tak usprawiedliwia porzucenie Kościoła jako zbawczej nadprzyrodzonej przestrzeni. Bezceremonialnie oświadcza, że sakra sztywna, że kler zmusza go do upokorzeń, samooskarżania niczego w zamian nie oferując.

 

Sakra żyje życiem wiary, dialogiem miłującego z Umiłowanym. Sakra kwitnie i pięknieje w oczach zakochanego w Bogu. Martwy staje się język wiary człowieka, który nie współpracuje z łaską. Zostawił go na poziomie "pierwszokomunijnym", a teraz oskarża Sacrum o infantylność. Powtarzam słowa Ojca Jacka Salija- "dogmaty wiary, które przyswajamy w początkowej fazie chrześcijańskiego wtajemniczenia są jak zatknięte w ziemi chorągiewki, tu że należy kopać, aby odnajdywać niezmierzone bogactwa  Chrystusowej rzeczywistości.

 

 

Ze strony www.katolik.alleluja.pl