navbar

06 - Poniedziałek – I tydzień WP
Written by kazikq.

Nauka 6 – Budować dobro

Kontynuując poprzednio rozpoczętą myśl, za Tomaszem Mertonem można powtórzyć:

„Nie mamy w innych upatrywać i denuncjować zła, ale dawać im coś z naszego własnego dobra, żeby uaktywnić dobro, które sam Bóg w nich złożył.

Prawda obniżająca wartość innego człowieka zakrywa sobą inną prawdę, o której nigdy nie trzeba zapomnieć i która powinna zawsze nadawać innemu człowiekowi godność w naszych oczach.

Niszczyć zaś prawdę za pomocą niej samej pod pretekstem szczerości, to najbardziej nieszczery rodzaj kłamstwa.” Mówiąc inaczej, jeśli nie umiem o kimś powiedzieć czegoś dobrego, to lepiej abym w ogóle nic nie mówił. Lub jeszcze inaczej: „każda moja krytyka, nawet najbardziej „twarda” i zdecydowana musi być konstruktywna, w przeciwnym wypadku jest tylko żałosnym krytykanctwem.”

A poza tym zgodnie z zasadą ewangeliczną podaną przez samego Jezusa, nie mamy się gorszyć i krytykować, ale upominać wzajemnie. Warto może przytoczyć odnośny fragment Ewangelii: „Gdy brat twój zgrzeszy, idź i upomnij go w cztery oczy. Jeśli cię usłucha, pozyskasz swego brata. Jeśli zaś nie usłucha, weź z sobą jeszcze jednego albo dwóch, żeby na słowie dwóch albo trzech świadków oparła się cała sprawa. Jeśli i tych nie usłucha, donieś Kościołowi! A jeśli nawet Kościoła nie usłucha, niech ci będzie jak poganin i celnik!” ( Mt 18,15-17) A nas jakże często nie stać na upomnienie w cztery oczy, w imię fałszywie pojętej delikatności, ale stać nas na krytykowanie, na szeptaną propagandę, na plotki, na pomówienia, na oburzanie się i tym samym niszczenie dobrego imienia.

Zło nie zwycięża dlatego, że jest tak wielu ludzi złych, ale dlatego, że ludzie dobrzy nic, albo niewiele dobrego robią i ograniczają się tylko do samej krytyki, do obnażania, do krytykanctwa. A samą krytyką zła się nie naprawi. Jedyną siłą zdolną zwyciężyć zło nie jest pryncypialna i miażdżąca krytyka, ale czynienie dobra, aktywne jego pomnażanie. A trzeba też wiedzieć, że dobro nie jest krzykliwe i nie rzuca się w oczy z taką siłą, jak zło. Jeśli więc nawet czasami widzimy tylko zło, to znaczy, że nie widzimy dobrze, że nasze widzenie jest ograniczone i zawężone. Trzeba właśnie przez wiarę umieć dostrzec także i dobro, które na pewno istnieje. Malkontent, który widzi tylko negatywy na pewno nie jest człowiekiem ani głęboko wierzącym, ani tym bardziej nie „staje w prawdzie”. Jego prawda jest połowiczna i tylko negatywna, a jego wiara …. słabiutka i narażona na łatwe zniszczenie. Co więcej człowiek taki, wiecznie niezadowolony, krytykant i malkontent zaraża tym negatywizmem innych. A co się dzieje, gdy tak zachowują się rodzice, gdy przed dzieckiem stale tylko krytykują i oczerniają? Co takie dziecko wyniesie z domu?

I to jest pierwszy problem naszego głównego pytania: „czy można jeszcze wierzyć dzisiaj, a jeśli tak, to jak?” Jest to problem mojego stosunku do Kościoła, do owej Wspólnoty Wierzących, do Ludu Bożego, którego ja sam jestem częścią. Jeśli ten mój stosunek jest lekceważący, krytykancki, zjadliwy, nieprzychylny, to gdzież w końcu jest ta moja wiara i na czym ona polega? Czy nie jest tak, że powtarzając (czasami nawet bezmyślnie): „Wierzę w Boga, ale Kościół jest mi do niczego nie potrzebny”, sam daję świadectwo temu, że wiara moja jest nijaka, że jest tylko płytkim i pozbawionym głębi, infantylnym sentymentalizmem bez cienia poczucia odpowiedzialności? Będziemy jeszcze mówić na temat uczestnictwa w życiu Kościoła, w Sakramentach, a szczególnie w Sakramencie Eucharystii i Spowiedzi. Ale tutaj wypada jedynie ogólnie zastanowić się nad podstawowym pytaniem: „czy naprawdę wierzę jeśli mam taki właśnie, a nie inny stosunek do Kościoła?” Kościół bowiem ma na pewno podwójną, lub raczej dwojaką strukturę. Jak każda społeczność ludzka jest podatny na błędy i grzechy, ale też jednocześnie nie jest tylko społecznością ludzką. Jest dziełem samego Boga, dziełem Jezusa Chrystusa. Bo, jak mówi Sobór Watykański II: „Spodobało się Bogu zbawiać ludzi nie pojedynczo, z wykluczeniem wszelkich między nimi więzów. Dlatego utworzył sobie Kościół – Lud Boży.” Nie można więc twierdzić, że się wierzy, a jednocześnie odrzucać rzeczywistości Kościoła. To jest brak konsekwencji, a nawet sprzeczność. Człowiek wierzący jest zarazem –bo nie można inaczej- częścią Kościoła, członkiem Ciała Chrystusowego. A jeśli temu zaprzecza i neguje swoje -w Kościele- uczestnictwo, to nie jest wierzącym.

Trzeba widzieć jego (kościoła) braki, pomyłki i zaniedbania, jego grzechy i upadki, bo jest to społeczność tworzona przez słabych, ułomnych ludzi. Trzeba umieć nad nimi boleć i próbować im zaradzić w sposób odpowiedzialny i dojrzały. Ale też trzeba widzieć w nim także, a może nawet przede wszystkim Zbawcze Dzieło Boga, który tą właśnie drogą chce doprowadzić człowieka do siebie. Ktoś ładnie powiedział, że drogą Kościoła jest człowiek, ale można by to sparafrazować i powiedzieć także, że drogą człowieka jest Kościół. Gdyby Chrystus chciał inaczej, to nie zakładałby Kościoła, nie zlecał św. Piotrowi i Apostołom troski o tę Wspólnotę Zbawienia, jaką jest Kościół. A trzeba mieć wyjątkowo dużo złej woli, aby tę rzeczywistość negować.

I w tym wszystkim rola wiary, która jest odpowiedzią totalną, całkowitą, ostateczną, ale która także totalnie i całkowicie angażuje. Nie pozwala na połowiczne rozwiązania i jednostronne podejście. Jest w wierze -na pewno- ogromny element krytycznego spojrzenia, ale jest też niezbywalny element pozytywnego zaangażowania. Jeśli od innych wymagamy takiego właśnie całkowitego i klarownego zaangażowania, to tym bardziej sami powinniśmy dawać jasne świadectwo naszego zawierzenia Bogu, naszego totalnego zaangażowanie. Nie wystarczy tylko krytycznie patrzeć, wytykać, gorszyć się. Trzeba samemu dać świadectwo prawdzie, która wyzwala.

Warto mieć też na uwadze i to, że w czasach współczesnych poddani jesteśmy jakiemuś przerażającemu praniu mózgów. Pod płaszczykiem humanizmu i wyzwolenia człowieka wpędza się go w coraz większe zniewolenia, w coraz trudniejsze do wyleczenia choroby. Wmawia mu się, że największym jego wrogiem jest jego Bóg - Stwórca, że najlepszym rozwiązaniem wolności człowieka jest totalna samowola czy anarchia, że najlepszym wyjściem z marazmu, największym szczęściem jest mieć coraz więcej. I to rodzi coraz bardziej panoszącą się sekularyzację. Człowiek uwolnił się od Boga. Tak, jakby Bóg był dla człowieka największym nieprzyjacielem, zagrożeniem. Stąd pełne pychy i przewrotności stwierdzenie niemieckiego filozofa F. Nietsche’go: „Bóg umarł. Może narodzić się wolny człowiek.” A czy nie tak jest właśnie w życiu wielu nam współczesnych? Czy nie żyją tak, jakby Bóg rzeczywiście umarł? Tylko, że ze śmiercią Boga w nas, umiera w nas także nasze człowieczeństwo.

A jak mówi Kard. G. Danneels: „Sekularyzacja to nie tylko teoretyczna emancypacja od Boga. Przyczynia się do niej coraz większy luksus życia i konsumpcjonizm. Ludzie uważają, że są samowystarczalni, bo mają wszystko, by się najeść, ubrać się i mieszkać. Sekularyzacja poprzez praktyczny konsumpcjonizm jest nawet bardziej niebezpieczna od tej teoretycznej. Musimy uważać, aby nie paść ofiarą demonów bogacenia się. Bogactwo generuje przekonanie o samowystarczalności. A to jest największe niebezpieczeństwo dla chrześcijanina”. I dlatego wiara nasza ma nam w tym pomóc, ma nas usprawnić do przeciwstawiania się takim pokusom; konsumpcjonizmu i sekularyzacji. A będzie to możliwe tylko wtedy, gdy nie będzie się opierała na łatwiutkim krytykanctwie, ale na szukaniu dobra, na wzajemnym pomaganiu sobie i umacnianiu w drodze do nieba, na budowaniu dobra, które nie jest krzykliwe, ale na pewno jest możliwe, jeśli my zechcemy stanąć po jego stronie.

Konkludując: - w całej sprawie, tak bardzo pleniącego się w naszym społeczeństwie krytykanctwa, warto się chyba zastanowić …

- jakie jest moje w tym wszystkim miejsce?
- dlaczego ja zawsze jestem po stronie tych JEDYNIE SPRAWIEDLIWYCH I POKRZYWDZONYCH?
- co ja zrobiłem żeby było lepiej?
- czy oprócz miażdżącej krytyki stać mnie także na pozytywne i dobre działanie?

I jeszcze na koniec dwa bardzo fundamentalne pytania:

1 - Czy ja naprawdę jeszcze wierzę :

- w Boga, Ojca Wszechmogącego?
- w Jeden, Święty, Powszechny Kościół Katolicki?

2 - no i czy tę wiarę może zachwiać postępowanie tego lub innego, niemoralnie się prowadzącego księdza?
A jeśli tak, to cóż to za wiara?

07 - Wtorek – I tydzień WP
Written by kazikq.

Nauka 7 – Duże dzieci

Jako drugi, drażliwy temat tych rekolekcji wybrałem problem „niedojrzałych dorosłych”. To także rzutuje na stan naszej wiary. Bardzo często jest bowiem tak, że ludzie zniechęcają się i odchodzą od wiary, od Kościoła twierdząc, że jest on infantylny, dobry dla małych dzieci. A jednocześnie nie widzą, że ten infantylizm leży raczej po ich stronie. Nie chcą się przyznać, że to oni są właśnie -w sprawach wiary- infantylni, niedorośli, obojętni.

Dorosłość nie może być mierzona jedynie miarą lat, ale raczej; zachowaniem, myśleniem, poczuciem odpowiedzialności za siebie i najbliższych, umiejętnością odnalezienia swojego miejsca w społeczności, także religijnej. A jest przecież tak, że zarówno w społeczeństwie, jak i w Kościele mamy wielu takich niedojrzałych dorosłych, dużych dzieci po 40-ce, którzy zachowują się i widzą świat (również rzeczywistość wiary) oczami dziecka. Skąd się to bierze i jakie są tego efekty?

Z jednej strony socjologowie zauważają, że przesuwa się w górę wiek dojrzałości. Coraz więcej ludzi - z metryki niby dorosłych - wykazuje cechy niedojrzałych emocjonalnie i społecznie nieodpowiedzialnych nastolatków. Można coraz częściej spotkać 40-tolatków (a nawet starszych), którzy myśleniem i poziomem odpowiedzialności pozostali na poziomie dzieci z młodszych klas szkoły średniej. Ustawiczne niezadowolenie, pretensje do wszystkich, brak poczucia przynależności i odpowiedzialności za grupę społeczną, nieumiejętność odnalezienia się, postawa jedynie roszczeniowa, nadmierne krytykanctwo, niefrasobliwość, myślenie egoistyczne i egocentryczne, to cechy właśnie dorastającej młodzieży, która dopiero wchodzi w życie społeczne. Niestety według socjologów, ostatnio to także cechy coraz większej ilości osób, które biologicznie dawno już powinny wyjść z okresu dojrzewania. Biologicznie dorośli, psychologicznie, społecznie, emocjonalnie i religijnie są nadal niedojrzali, zatrzymali się na poziomie dziecka.

Z drugiej strony można jednak zauważyć inną socjologiczną prawidłowość, a mianowicie że coraz więcej ludzi młodych robi coraz szybsze kariery zawodowe i profesjonalne. Ludzie niekoniecznie jeszcze socjologicznie i społecznie całkowicie dojrzali, moralnie urobieni i odpowiedzialni, ludzie często nawet jeszcze przed 30-ką osiągają wysokie i odpowiedzialne stanowiska, są dyrektorami, managerami, kierownikami, właścicielami zakładów i firm. Ich zawodowe i profesjonalne przygotowanie trwało kilkanaście lat, rozwinęli się, „dorobili się” pewnej pozycji, ale społecznie i psychicznie, a także religijnie pozostali nadal – powiedzmy sobie szczerze – zacofani, lub niedorozwinięci.

Jaki jest efekt tego zderzenia dwóch tendencji? Można sobie tylko wyobrazić lub … po prostu rozejrzeć się dookoła. Mamy wtedy niedojrzałych emocjonalnie i nieodpowiedzialnych, zarozumiałych bosów, którym zależy jedynie na szybkim dorobieniu się, na karierze, na materialnym –jedynie- sukcesie. Mamy właścicieli firm i zakładów, gdzie pracownicy traktowani są jak najemnicy lub niewolnicy. Ale mamy także „wierzących niewierzących”. Ludzi, którzy deklarują się jako „wierzący niepraktykujący” – co już jest samo w sobie sprzeczne i absurdalne. Człowiek bowiem naprawdę wierzący nie może być niepraktykujący, bo jeśli jest niepraktykujący, to na czym polega jego wiara? Na słownych, nic nie kosztujących deklaracjach? To jest właśnie jeden z efektów owej religijnej niedojrzałości. A jest ich znacznie więcej. Bo co powiedzieć o wiecznie niezadowolonych, ustawicznie krytykujących Kościół ludziach, którzy nie widzą podstawowego faktu, jakim jest to, że Kościół jest taki, jacy są jego członkowie. No i mamy w końcu małżonków myślących jak nastolatki, nastawionych absolutnie egoistycznie i egocentrycznie. Mamy rodziców, którzy sami są jeszcze dziećmi. Rodziców, którzy nie czują żadnej odpowiedzialności za swoje dzieci, za ich wychowanie, także religijne, którzy niefrasobliwie mówią: „jak dorośnie to samo wybierze”.

Ta ostatnia uwaga łączy się także z inną zaobserwowaną prawidłowością, a mianowicie – z jednej strony obniża się wiek inicjacji seksualnej młodzieży, która biologicznie staje się dojrzała już w starszych klasach gimnazjum,. Programy szkolne tak są ustawiane i tak prowadzone, że coraz młodszym dzieciom przekazuje się wiadomości o biologicznej stronie życia rodzinnego i małżeńskiego. A z drugiej strony ludzie młodzi coraz częściej opóźniają decyzję na świadome i odpowiedzialne małżeństwo. Mamy więc małżeństwa na próbę, młode pary żyjące razem bez odpowiedzialnych i zobowiązujących decyzji. Mamy niechciane dzieci, dramaty dziewcząt, które za wcześnie zaszły w ciążę. Mamy pokaleczone życie tak wielu młodych ludzi. Mamy zdezorientowane i zagubione dzieci, które nie widzą żadnych wyższych wartości, ani wzorców osobowościowych i moralnych w życiu swoich rodziców. Mamy młodzież, która poszukując nie znajduje autentycznych autorytetów, klarownych i jasnych moralnie postaw.

Jak to więc jest z tą dorosłością? Czy w pogoni za nowoczesnością, za szybkim sukcesem, za materialnym dostatkiem nie zagubiliśmy czegoś dalece ważniejszego? Czy kształcąc dzieci, dając im coraz bardziej zaawansowane narzędzia społecznego i zawodowego awansu nie zapomnieliśmy o formowaniu ich człowieczeństwa, o urabianiu ich sumień w prawdzie? Czy kształcenie intelektualne nie zastąpiło formacji duchowej i ludzkiej. Z powierzchownych już nawet obserwacji można powiedzieć, że niestety tak.

Oczywiście, że to co powiem, jest pewnego rodzaju uproszczeniem i generalizacją, ale czy nie jest w wielu przypadkach tak, że w dorosłe życie wchodzą zupełnie nieprzygotowani ludzie, rozpieszczane przez rodziców dzieci, maminsynki przyuczone do tego, że wszystko im się należy? Czy nie jest tak, że ten klosz rodzicielskiej opieki był za szczelny, za dobry, że chronił ich przed wszystkimi kłopotami, a w razie wpadki wydostawał (po znajomości) ze wszystkich kłopotów? I takie „chowane pod kloszem dziecko” nie umie przyjmować porażek, nie jest zdolne do wysiłku, łatwo wpada w stres, przygnębienie i zniechęcenie. Czy nie jest tak, że obce są mu pojęcia altruizmu, poświęcenia, idea pomocy innym, jasne i zdecydowane rozróżnianie wartości i pseudo-wartości? Z takim nastawieniem nie można zbudować rodzinnego i małżeńskiego życia, nie można być dobrym pracodawcą, czy pracownikiem. Z takim – powiedzmy wprost egoistycznym i egocentrycznym – nastawieniem nie można znaleźć miejsca dla siebie w społeczeństwie. A jeśli większość społeczeństwa to właśnie tacy egoistycznie i roszczeniowo nastawieni ludzie, to jakież to społeczeństwo być może?

Podobne prawidłowości widzi się także w życiu religijnym, w rozwoju, a raczej - należałoby powiedzieć - niedorozwoju wiary wśród wielu – niby dorosłych ludzi. Co jest przyczyną tego religijnego upośledzenia, tego braku dojrzałości? Czy jest to rzeczywiście tylko nieprzystosowanie Kościoła do czasów współczesnych? Czy nie jest to także efekt owego podstawowego zaniedbania jakim jest brak religijnej formacji, zakończenie jej na poziomie I Komunii Świętej? Ciekawą jest rzeczą, że na przygotowanie zawodowe i profesjonalne poświęcamy tak wiele czasu i pieniędzy, a jednocześnie na religijną formację nie mamy czasu. Wykształcenie lekarza wymaga co najmniej pięcio- czy nawet siedmioletnich studiów. Wykształcenie inżyniera to co najmniej cztery, pięć lat studiów. Studia prawnicze, ekonomiczne, rolnicze, artystyczne i jakiekolwiek inne zajmują wiele lat, a poprzedzone są przecież nie tylko szkołą podstawową czy gimnazjum. W sumie profesjonalne przygotowanie zabiera nam kilkanaście (a nieraz i więcej) lat życia. A jednocześnie religijna formacja jest tak drastycznie redukowana do minimum, a nawet w wielu przypadkach całkowicie negowana czy odrzucana. Można by zadać kilka prostych pytań:

Co zrobi i jaki będzie niedouczony lekarz? Czy ktoś powierzyłby swoje zdrowie i życie takiemu lekarzowi?
Jaki będzie niedouczony prawnik? Jaki będzie efekt jego niefrasobliwego i lekceważonego wykształcenia?
Jakie będą konstrukcje niedouczonego inżyniera? Czy dom budowany przez takiego, „niedokończonego” inżyniera może się nie zawalić?

A jaki w końcu jest efekt niedouczonego, powierzchownego chrześcijanina? Czy nie jest to – powiedzmy sobie szczerze – karykatura wiary, albo po prostu nieporozumienie? Tak łatwo zwalać winę na złych katechetów, niedobrych księży, chciwych proboszczów … Tak łatwo usprawiedliwiać się brakiem czasu, niedogodnościami różnego rodzaju. Tak łatwo z uśmieszkiem politowania traktować sprawy wiary, a później jesteśmy zdziwieni, że nam jej nie dostaje, że jest ona słaba, nijaka, bezkształtna i infantylna. Tylko zobaczmy sami, co my dla tej – naszej w końcu – wiary zrobiliśmy? Czy nie jesteśmy jak ten niedouczony lekarz, który chętnie i z zapałem będzie leczył innych, dawał dobre rady, pouczenia, moralizował, a jednocześnie nie chce uznać, że on sam jest najpoważniej chory? Czy nie jest tak, jak w przypadku niedouczonego prawnika, który nie znając prawa, tworzy sobie swoje własne? Czy nie jest tak, jak w przypadku niefrasobliwego inżyniera, że budowany przez nas dom naszego życia nam się zawala? Warto może powtórzyć słowa ze wstępu do tych rekolekcji:

Wiara jest ogromnym skarbem, który Bóg złożył w naszym sercu, a my „przechowujemy ten skarb w naczyniach glinianych, aby z Boga była owa przeogromna moc, a nie z nas.”( 2 Kor 4,7) Wiarę trzeba więc najpierw rozpoznać jako skarb, zrozumieć i chronić. Nie może być tak, że dorosły 40-to letni człowiek zatrzymał się w swojej religijnej formacji na poziomie kilkuletniego dziecka. Nie może być tak, że moja znajomość prawd wiary ogranicza się do kilku infantylnych stereotypów, które zapamiętałem z katechizmu dla dzieci klasy drugiej szkoły podstawowej. Przecież to nie jest wiara dojrzała, ani odpowiedzialna i taka wiara nie może być ani silna, ani poważna, ani regulować mojego dorosłego życia.

08 - Środa – I tydzień WP
Written by kazikq.

Nauka 8 – Może tak, a może inaczej …

Kontynuując wczoraj rozpoczętą myśl, można zapytać:

Czemuż się dziwić, że nam się te naczynia rozlatują, skoro nic nie zrobiliśmy, aby je umocnić? Jak zapowiedziałem we wstępie, należy stawiać sobie takie pytania i szukać uczciwie odpowiedzi, nie zwalając winy na innych. Należy stawiać sobie takie pytania i szukać sposobów wyjścia z impasu, bo jest to przecież skarb mnie osobiście dany. Zgodzę się z tym, że Bóg dał mi ten skarb za pośrednictwem Kościoła i w Kościele, zgodzę się z tym, że także Kościół jest odpowiedzialny za moja wiarę, ale co ten Kościół ma robić, skoro ja już dawno „zmajstrowałem sobie” religię własnej roboty, chałupniczą metodą, poprzykrawałem i wybrałem to, co mi pasuje, a odrzuciłem to co jest dla mnie niewygodne? A czy zdaję sobie sprawę z tego, że z tą „religią własnej roboty” jest jak z pieniądzem własnej roboty, który nie ma żadnej wartości?

Tym, którzy religię traktują wybiórczo, tzn. przyjmują tylko te prawdy wiary, które są im akurat wygodne należałoby by powiedzieć :

- Kto posiada religię własnej roboty, ten nie jest katolikiem.
- Religia własnej roboty jest tyle samo warta, co pieniądz własnej roboty.
- Taka religia jest fałszywym pieniądzem przed Bogiem.

Czesław Miłosz zaś pisze wprost o “wyznawaniu religii złagodzonej, której główną zasadą jest - może tak, a może inaczej”. I my bardzo często taką właśnie, religię złagodzoną, przykrojoną na naszą miarę i do naszych potrzeb wyznajemy. Religia złagodzona, to namiastka religii, to w rzeczywistości amalgamat przesądów i zabobonów, w których najważniejsza jest nie prawda o Bogu, ale pytanie, czy to pasuje do mojego życia? Może tak, a może inaczej – mówimy sobie zawsze wtedy, gdy pewne normy moralne, pewne prawdy religijne kłócą się z naszą codzienną praktyką, z naszym „widzimisię”, z naszymi przekonaniami. Może tak, a może inaczej – powtarzamy sobie z uśmieszkiem sceptycyzmu zawsze wtedy, gdy popełniając grzech nie chcemy się do tego przyznać. Może tak, a może inaczej – tłumaczymy sobie wtedy, gdy nie umiemy zrezygnować z własnego, niedojrzałego sposobu widzenia i oceniania rzeczywistości. Co więcej bardzo często tego rodzaju subiektywizm, czy relatywizm religijny udowadniamy i podpieramy teoryjkami o religijnej wolności, o konieczności krytycznego i nowoczesnego spojrzenia na wiarę, o zmieniających się czasach, a nawet o ekumenizmie. Tylko, że tak na dobrą sprawę, to takie teoryjki nic wspólnego nie mają; ani z wolnością, ani z krytycznym spojrzeniem, ani z ekumenizmem. Jest to nie mniej ni więcej tylko nasze rozwadnianie, rozmydlanie Ewangelii i wiary która nie chce się przypasować do naszego poplątanego życia.

Jeśli żyję w bałaganie i moralnym nieporządku, a jednocześnie pretenduję, że wierzę, to w naturalny sposób rodzi się napięcie nie do zniesienia, między wiarą, a moim nieuporządkowanym życiem. Wtedy coś trzeba zmienić, coś odrzucić, bo inaczej to napięcie staje się elementem rozsadzającym moją osobowość. Jeśli więc nie chcę zmienić mojego życia, bo jestem przywiązany do moich nałogów i grzechów, to konsekwentnie muszę, zmienić albo odrzucić religią, wiarę, a w końcu i Pana Boga, Który stawia mi „zbyt wygórowane” wymagania moralne.

I to jest także syndrom niedojrzałości, objaw braku odpowiedzialności, znak naszego kapryśnego i wybiórczego nastawienia do wiary. Tak właśnie reaguje dziecko, któremu rzeczywistość nie chce się dopasować do jego „widzimisię”. Tego rodzaju postawa zdaje się dominować we współczesnym stechnicyzowanym, globalnym społeczeństwie, pozbawionym jakichkolwiek zasad i rozdygotanym w poszukiwaniu nowości. Sceptycyzm jaki z niej przebija nie jest wynikiem przemyśleń i dążenia do poznania Prawdy, ale efektem niedojrzałego odrzucania tego, co jest nam niewygodne lub zbytnio dla nas wymagające. W takim duchu rodzice wychowują swoje dzieci, w takim duchu młodzież odnosi się do całej otaczającej ją rzeczywistości. Wszystko jest względne i zależy od punktu widzenia, a ten –jak głosi bardzo popularne powiedzenie- zależy od punktu siedzenia. I tak pozostajemy z naszym planowym i fundamentalnym sceptycyzmem bez jakiejkolwiek szansy na wydostanie się z niego. Nie chcemy poznać Prawdy, bo uważamy, że jej nie ma, bo według nas jest ona niepoznawalna, albo niewygodna. A wtedy lepiej powiedzieć „może tak, a może inaczej”

Co więcej, w dzisiejszej masońskiej i liberalistycznej Europie, która staje się coraz bardziej nie tylko antyklerykalna, ale i antyreligijna, wiara nie jest ani łatwa, ani modna. Wierzyć dzisiaj to prawdziwie iść pod prąd modernistycznym przekonaniom i trendom, negacji, amoralności, anty-religijności, pod prąd łatwiźnie moralnej i życiowej. Głoszone z katedr polityków hasełka laickości łatwo się przyjmują, bo trafiają na podatny grunt zbałamuconych i niedojrzałych ludzi. Liberalistyczne i permisywisyczne nastawienie powoduje, że wszystko wszystkim wolno, a rację ma ten, kto głośniej krzyczy, kto jest większym demagogiem i kto więcej obiecuje, albo po prostu jest bardziej brutalny.

Świat współczesny (ze swoją demagogią) domaga się od nas wiary dorosłej, dojrzałej, świadomej i pogłębionej. I za to każdy jest odpowiedzialny osobiście. Nie można się wymawiać brakiem dostępu, czasu, chęci. Nie można sobie wiary lekceważyć, zaniedbywać, zbywać, spychać na margines życia. Powiedzmy sobie szczerze, że ktoś, kto dzisiaj –mając tak ogromne możliwości- zaniedbuje swoją wiarę, jej rozwój i pogłębianie, jest sam sobie winny, kiedy ją traci. Ileż bowiem czasu spędzamy bezmyślnie przed telewizorem oglądając bezsensowne programiki, ileż czasu spędzamy bezużytecznie przed komputerem buszując po internecie za sensacjami i skandalami, albo nawet za obrazkami ze „świerszczyków”? A co zrobiliśmy dla pogłębienia naszej wiary? Dlaczego więc zdziwienie i zdumienie, dlaczego i do kogo pretensje jeśli wiara nasza słabnie i umiera? Kto -tak naprawdę- jest za to odpowiedzialny? W przypadku dziecka na pewno zły katecheta, lub zły przykład księdza, ale i niefrasobliwość rodziców. A w przypadku człowieka dorosłego? Ile czasu poświęcamy tygodniowo na modlitwę, na lekturę religijną, na rozmowy w domu o sprawach wiary? Tak łatwo oskarżać katechetów, obwiniać nauczycieli, pomawiać księży, ale co rodzice – pierwsi i najważniejsi wychowawcy- robią dla religijnej formacji swoich dzieci? Czy to naprawdę tylko zły katecheta jest winny?

Warto zastanowić się nad tą naszą rzekomą dorosłością i przemyśleć kilka podstawowych spraw. Czy moje nastawienie do religii, Kościoła nie jest jedynie takim właśnie pełnym roszczeń i pretensji zachowaniem nastolatka? Czy ja sam czuję się odpowiedzialny za moją wiarę i za jej rozwój tak we mnie samym jaki wśród moich najbliższych? Czy robię coś aby tę wiarę pogłębić, czy raczej wprost przeciwnie szukam wszelkich nadarzających się okazji, aby ją właśnie spłycić i osłabić? A jak wygląda moja religijna edukacja, czy nie zatrzymałem się -w tym względzie- na poziomie z czasów szkoły podstawowej czy nawet średniej. Co czytam, czy tylko Gazetę Wyborczą i nastawione na sensacje i skandale Fakty, czy może udaje mi się znaleźć czas i dostęp do prasy katolickiej i dobrych, nie tendencyjnych książek? A moje praktyki religijne, czy nie ograniczają się do coraz rzadszych, a nawet sporadycznych wizyt w kościele od wielkiego dzwonu? Czy w moim życiu codziennym, w moich kontaktach z ludźmi; pracownikami, kolegami, znajomymi, z rodziną kieruję się Chrystusową nauką, przykazaniami miłości Boga i bliźniego, czy też mam swoją własną, spreparowaną na prywatny użytek teoryjkę w rodzaju może tak, a może inaczej?

Tego rodzaju pytania warto sobie co jakiś czas zadawać w całej uczciwości, bo w przeciwnym wypadku sprawy wiary, sprawy mojej religijności, mojego zbawienia – w naturalny sposób – „wyślizgną się” z mojego życia, zejdą na daleki plan i staną się -w końcu- całkowicie mi obce. A wtedy kogóż oskarżać i kogo winić o mój religijny niedorozwój. Warto też uświadomić sobie, że nie mogę bez poważnego niebezpieczeństwa odsuwać ich od siebie, zbywać uśmieszkiem i tłumaczyć się brakiem czasu. Człowiek jest jednością i nie może pretendować do miana pełnego, dorosłego człowieka, jeśli rozwija jedną tylko stronę swojego człowieczeństwa. A tak dzieje się w przypadku tych, którzy zaniedbują świadomie lub tylko niefrasobliwie zapominają o odpowiedzialności za stan swojej wiary.

Kiedyś ktoś trafnie zauważył, że w Polsce prawie nie ma ateistów, są tylko ludzie religijnie zaniedbani, bo ateista wie dlaczego nie wierzy w Boga, zna zasady wiary, tylko że ich nie uznaje. Człowiek religijnie zaniedbany mówi: “Nie wierzę” ale często tak na prawdę nawet nie potrafi powiedzieć “w co” czy też “w Kogo” nie wierzy, gdyż posiada niewielką wiedzę na ten temat.

09 - Czwartek – I tydzień WP
Written by kazikq.

Nauka 9 – Umiejętność wybaczania

Warto przypomnieć sobie i inną cechę dorosłości, a jest nią umiejętność stawienia się przed Bogiem i przed innymi w Prawdzie. Takie stawanie w Prawdzie to umiejętność widzenia najpierw swoich słabości i grzechów, a zarazem umiejętność wybaczania ich innym. Cytowany już wcześniej amerykański trapista Tomasz Merton pisze w swej książce „Nikt nie jest samotną wyspą”:

„Chcesz poznać Boga? Jeśli tak, to naucz się rozumieć słabości i niedoskonałości innych ludzi. A jak możesz je zrozumieć, nie uświadamiając sobie własnych słabości? A jak możesz zrozumieć znaczenie własnych ograniczeń, jeśli nie otrzymałeś od Boga miłosierdzia, mocą którego poznajesz Jego i siebie?”

I w tym jest głęboka mądrość „zrozumieć znaczenie własnych słabości i ograniczeń”, aby umieć jednocześnie wybaczyć i sobie, i innym. Tylko człowiek pyszny i zarozumiały, albo po prostu niedojrzały będzie twierdził, że żadnych grzechów i słabości nie ma. Człowiek naprawdę mądry i dojrzały jest świadomy swoich grzechów, a człowiek wierzący wie, że są one próbą jego wiary i pokory. Człowiek wierzący za świętym Pawłem powtórzy: „… Dany mi został oścień dla ciała, wysłannik szatana, aby mnie policzkował - żebym się nie unosił pychą.” (2 Kor 12,7) Z tej perspektywy także błędy i grzechy innych nabierają zupełnie innego znaczenia i sensu.

Człowiek naprawdę dorosły nie jest ustawicznie krytycznie i negatywnie do wszystkich nastawiony. Człowiek naprawdę dorosły umie dostrzec obok zła, także dobro. To tylko niedojrzałe nastolatki są wiecznie niezadowolonymi malkontentami. Bo oni jeszcze nie wiedzą, że świat nie dzieli się według prościutkich reguł, że jest w nim bardzo dużo zła, które rzuca się krzykliwie w oczy, ale też i bardzo wiele dobra, które trzeba umieć dostrzec, zaakceptować i pomnażać. Człowiek naprawdę dorosły bierze na siebie część odpowiedzialności za grupę społeczną, w której żyje. Człowiek dojrzały widzi słabości swoje i innych, ale widzi także drogi wyjścia z impasu, widzi także dobro, które można pomnożyć, rozwinąć, uaktywnić. Człowiek prawdziwie dorosły, człowiek głębokiej i prawdziwej wiary nie jest wiecznie utyskującym malkontentem. Nie wzrusza obojętnie ramionami i nie uśmiecha się z pogardą dla słabości innych, ale umie spojrzeć z miłosierdziem, i na siebie, i na innych. Komu brakuje pełnego wyrozumiałości miłosierdzia nigdy nie pozna naprawdę Boga, a jego wiara będzie bardzo słaba i będzie łatwo ulegał zniechęceniu widząc niedoskonałość, najczęściej właśnie u innych.

Jest poza tym rzeczą ciekawą, że najczęściej nie umieją innym przebaczyć ci, którzy nie umieją przebaczyć samym sobie, swoich własnych słabości. I dlatego, aby odwrócić uwagę od siebie, aby zagłuszyć swoje własne wyrzuty sumienia, tak bardzo głośno i zdecydowanie potępiają i napiętnują innych. Swoje własne poczucie winy, nieumiejętność wybaczenia sobie samemu rekompensują wytykaniem winy innych. I dlatego warunkiem dojrzałej wiary jest najpierw i przede wszystkim umiejętność wybaczenia sobie. Wybaczenia, a nie lekceważenia swoich grzechów i słabości. Różnica polega na tym, że człowiek niedojrzały nie akceptuje powagi swoich grzechów, on je zbywa sceptycznym uśmiechem, on je usuwa w podświadomość. Natomiast człowiek dorosły widzi swoje ułomności, nie zbywa ich, i jest świadom ich powagi. Umiejętność zaś wybaczenia sobie, to umiejętność zaufania Miłosierdziu Bożemu przy jednoczesnym ustawicznym podejmowaniu osobistych wysiłków. I to właśnie pozwala mi okazać miłosierdzie również wobec innych i tym samym poznać Boga pełnego Miłosierdzia. Człowiek, który nie umie rozpoznać powagi swoich własnych grzechów, przyznać się przed sobą, a w końcu sobie samemu wybaczyć, nie będzie też umiał wybaczyć nikomu innemu, a wyrzuty sumienia, które go męczą będzie rekompensował ustawicznym wytykaniem błędów innym.

Człowiek dojrzałej i głębokiej wiary ze zrozumieniem wypowiada wezwanie Modlitwy Pańskiej: „… i odpuść nam nasze winy, jako i my odpuszczamy naszym winowajcom.” I wie doskonale, co słowa te znaczą. A znaczą ni mniej nie więcej tylko: „oczekujesz miłosierdzia, bądź i ty miłosierny.

Miłosierdzie nie jest oczywiście pobłażliwością, czy permisywistycznym przymrużeniem oka. Miłosierdzie zakłada pełny i prawdziwy osąd moralny, który nie lekceważy zła i nie udaje, że go nie ma, ale widząc i nazywając zło po imieniu wie, że zło nie jest rzeczywistością ostateczną, że ostatecznie zwycięża dobro. Ale także, że owo dobro może zwyciężyć tylko wtedy, gdy ja sam je pomnażam i gdy potępiając zło, próbuję pomóc wydostać się z niego temu, kto je popełnia. W przeciwnym wypadku, sama krytyka zła i jego napiętnowanie nie przyczyniają się do pomnożenia dobra, ale wprost przeciwnie do jego pomniejszenia. Spotkałem kiedyś bardzo głęboką i poruszającą definicję przebaczenia: „przebaczyć komuś, to przywrócić mu w naszym sercu utraconą pozycję”. Człowiek dojrzałej wiary wie, jak to jest trudne, ale jednocześnie wie, że jest to jedyne sposób na uzyskanie Bożego Miłosierdzia i przebaczenia, bo Bóg tak właśnie mnie przebacza moje winy!!

Powtórzmy jeszcze raz jasno:
Człowiek naprawdę i głęboko wierzący nie jest stale niezadowolonym i pełnym pogardy malkontentem lub cynikiem, ani wiecznie utyskującym krytykantem.

Malkontent i wiecznie niezadowolony pesymista na pewno nie jest człowiekiem głęboko wierzącym. Jego wiara nie jest, ani dojrzała, ani odpowiedzialna. Jego małostkowa wiara nie buduje innych, a raczej niszczy także samą siebie.

Ale też nie można być infantylnie hurraoptymistycznym, bo i to jest brakiem realizmu i zakłamywaniem rzeczywistości. Człowiek głęboko wierzący zdaje sobie sprawę, że nie wszystko wokół niego, a i w nim samym jest doskonałe, ale też wie, że sam może wiele zmienić dzięki swojej pracy i z pomocą Bożej Łaski. A to, czego zmienić nie może pozostawia Bożej Wszechmocy i Bożemu Miłosierdziu.

Już podobno Marek Aureliusz miał się modlić:

Panie daj mi odwagę, abym mógł zmienić to, co zmienić mogę,
Daj cierpliwość, abym mógł przyjąć to, czego zmienić nie mogę
Ale nade wszystko daj mądrość, abym umiał odróżnić jedno od drugiego.

Człowiek głęboko wierzący z odwagą zmienia to, co zmienić może, z pokorą i ufnością przyjmuje to czego zmienić nie może, i ustawicznie modli się o mądrość, ale nigdy nie narzeka i nie utyskuje, bo to podważa jego wiarę i neguje zaufanie do Boga.

Drugim więc punktem naszej podstawowej kwestii: „czy można jeszcze wierzyć dzisiaj, a jeśli tak, to jak?” jest właśnie problem dojrzałości wiary, odpowiedzialności za nią, kształtowania jej w sobie i w innych, nie przez ustawiczne utyskiwanie, czy powątpiewanie, ale przez pogłębioną refleksję nad jej kształtem w nas samych i w naszym codziennym życiu. Tego rodzaju rozważania powinny być naszą codziennością. Na nic bowiem cały wysiłek Kościoła, na nic Męka i Śmierć samego Chrystusa, jeśli my nie potrafimy w sposób dorosły i odpowiedzialny rozwijać wiary w nas samych. Na nic nawet nasza zewnętrzna przynależność do Kościoła, jeśli w naszej religijności zatrzymaliśmy się na poziomie dziecka. Problem bowiem dorosłości – także w życiu religijnym – to przede wszystkim problem odpowiedzialności, a co za tym idzie, także problem miłości. Bo prawdziwa miłość jest odpowiedzialna i prawdziwa odpowiedzialność może się zrodzić tylko z miłości. Nie bez przyczyny Kard. Karol Wojtyła zatytułował jedną ze swoich pierwszych książek właśnie „Miłość i odpowiedzialność”. Obie bowiem; i miłość, i odpowiedzialność najlepiej charakteryzują dojrzałość i dorosłość. Na początku tej nauki powiedzieliśmy, że „dorosłość nie może być mierzona jedynie miarą lat …” Czym więc mierzyć tę dorosłość? Właśnie odpowiedzialną miłością do naszych bliźnich, także … odpowiedzialną miłością do Kościoła, którego jesteśmy członkami.

I jak długo tej prawdy nie zrozumiemy, tak długo nie będziemy ani dojrzali, ani dorośli tak w życiu codziennym i w życiu religijnym.

Ktoś może się zżymać i tupać nóżkami, obrażając się na Boga, za to, że stawia nierealne wymagania, ktoś inny może sobie tworzyć własną, prywatną moralność i przykrojoną do swoich potrzeb religię własnej roboty, ktoś inny wreszcie, może z lekceważeniem i pogardą wzruszyć ramionami …. ale prawda pozostanie niezmieniona. Spraw Bożych, wiary, zbawienia mojego i moich bliźnich nie zrozumiem inaczej, jak tylko przez postawę odpowiedzialnej miłości.

To co widoczne jest w dzisiejszym świecie, ów zdecydowany negatywizm, zajadłe krytykowanie wszystkiego z Bogiem włącznie, ustawiczne pretensje do wszystkich z Bogiem włącznie, przy jednoczesnym braku osobistej odpowiedzialności, to właśnie wyraz owej niedojrzałej, malkontenckiej i infantylnej wiary. To wyraz egoizmu, małostkowości i małoduszności. Jesteśmy ludźmi „małego ducha” i dlatego brak nam wiary. Jesteśmy jak małe dzieci, które złoszczą się, bo nie pozwolono im się bawić zapałkami, jak małe dzieci, które są krótkowzroczne i pozbawione szerszych horyzontów. One chcą tylko rozrywki tu i teraz. A jeśli nie dostaną tego, czego akurat w tej chwili chcą, to się obrażają i gniewają na wszystkich. Mała, egoistyczna miłość własna została urażona. I dlatego np. takie dzieci bardzo często plują przy jedzeniu kaszki czy szpinaku … Czyż nie tak zachowują się właśnie infantylni katolicy, niedojrzali chrześcijanie?

Szokują cię te słowa i porównania?

Mnie też szokują, takie właśnie zachowania –niby- dorosłych ludzi, którzy obrazili się na samego Pana Boga, bo im nie pozwala na prywatne eksperymenty moralne, bo stawia klarowne przykazania i normy etyczne, bo domaga się przede wszystkim dojrzałej, wymagającej Miłości, a nie euforycznych uniesień, czy mdławych, rozmydlonych i jałowych pieszczot.

Szokują cię te słowa i porównania?

Mnie też szokują ustawiczne, malkontenckie postawy wiecznie niezadowolonych, którzy sami palcem nie ruszą, ale innych kategorycznie napiętnują i wytykają, utyskują i narzekają, udowadniając przy tym, że ich wiara jest słaba dlatego, że to inni ją podważają i rujnują. A przecież powiedzmy sobie szczerze i uczciwie, akurat w tym względzie, to ja sam jestem odpowiedzialny za wartość i jakość mojej wiary. Co robię, aby ją pogłębić i umocnić?

Czy naprawdę jestem dorosły? Czy tylko tak mi się wydaje? Czy stale będę miał o wszystko pretensje do Pana Boga, do Kościoła, do księży, Papieża itd. … jak arogancki i niegrzeczny młodzieniec, który cynicznie mówi swoim rodzicom: „Przecież ja się na świat nie prosiłem!! Po coście mnie urodzili?”

010 - Piątek - I Tydzień WP
Written by kazikq.

Nauka 10 – Sens cierpienia - I

Piątek to bardzo dobry dzień na refleksję nad tematem, który chcę właśnie zaproponować. Piątek to dzień w którym wspominamy niewyrażalne cierpienie samego Boga, odrzuconego przez swoje stworzenie. Piątek to dzień, w którym bezsens i horror cierpienia Tego, Który jest Miłością stają nam przed oczyma w całej wyrazistości.

Jednym z najtrudniejszych momentów wiary, jej próbą i najgłębszym doświadczeniem jej autentyczności jest sytuacja choroby, cierpienia, śmierci. Dopóki dotyczy to innych, obcych nam ludzi, dopóki nie dotyka to nas samych bezpośrednio, dopóty jakoś nie mamy kłopotów ze zrozumieniem sensu cierpienia, choroby i śmierci. Ale kiedy cierpienie dotknie mnie samego, kiedy śmierć „zawita” do mojej rodziny, zabierze kogoś z moich bliskich … wtedy -w prawie pogański sposób- buntuję się, nawet przeciwko samemu Bogu. Wtedy rodzą się wątpliwości, zniechęcenie, cynizm, czy apatia. Wtedy wiara –bardzo często- staje się czymś dalekim i bezużytecznym, modlitwa nie przynosi już pociechy, sakramenty stają się magicznymi znakami i obrzędami, a Bóg niejednokrotnie staje się nieczułym i odległym satrapą. Ileż to razy z ust ludzi wierzących słyszałem takie właśnie pełne wyrzutu słowa i pretensje, a zarazem niezrozumiałe w przypadku człowieka wierzącego pytanie: „Zmarł mój mąż, zachorowała ciężko córka, odeszła żona i zabrała dzieci, … itd., itp. i gdzież jest teraz Bóg, ten Miłosierny Ojciec?”

To pytanie powtarza się szczególnie często w sytuacjach granicznych, kiedy cierpienie, ból, choroba dotykają nas bezpośrednio. I nie ma w tym nic dziwnego, ani gorszącego. Dziwne jednak i czasami gorszące jest to, że człowiek wierzący zapomina w takich sytuacjach o swojej wierze, o tym, że Pan Bóg nigdy nie jest beznamiętnym obserwatorem ludzkiego cierpienia, ale zawsze jest weń najgłębiej i najbardziej osobiście zanurzony. Bóg nie chce ani śmierci, ani cierpienia, bo On ani śmierci, ani cierpienia nie stworzył. Wszystko, co Bóg stworzył było bardzo dobre. I o tym nam zapominać nie wolno, szczególnie wtedy gdy tak mocno przeżywamy śmierć i cierpienie, które nas dotykają.

Myślę, że w takich momentach zbyt łatwo zapominamy o naszej wierze, o jej głębi i o jej ostatecznej wymowie. Zapominamy o Tym, Który jest fundamentem tejże wiary. Zapominamy o tym, co stało się pewnego piątkowego dnia przed prawie dwoma tysiącami lat, kiedy to Bóg został przez człowieka bestialsko zamordowany. Zapominamy, że to samo powtarza się zawsze wtedy gdy cierpi człowiek.

Oczywiście że zrozumiały jest ból i żal, zrozumiałe są łzy w obliczu cierpienia, choroby, śmierci kogoś bliskiego. Sam Chrystus, Bóg-Człowiek nie jest stoikiem wobec bólu, cierpienia i śmierci. Płacze nad grobem swego przyjaciela Łazarza (J 11,35), wzrusza się cierpieniem matki, idącej za trumną swego dziecka (Łk 7,13) jest mu żal chorych, cierpiących i nieszczęśliwych (Mt 14,14). Cała jego działalność jest przeniknięta ludzkim, ale i Boskim głębokim współczuciem dla śmierci, zrozumieniem cierpienia, choroby, bólu … Któż bardziej niż On może nas w tym wszystkim zrozumieć?

W czasie biczowania, w czasie drogi krzyżowej, w czasie ukrzyżowania i w czasie konania na krzyżu, nie zachowuje się wcale jak pełen pogardy dla cierpienia i śmierci, stoicki bohater współczesnych, popularnych filmów. W czasie tych makabrycznych wydarzeń Wielkiego Piątku nie widzimy w nim pełnego stoicyzmu i odważnego herosa, ale cierpiącego i jęczącego pod razami oprawców Boga-Człowieka. On nie udawał cierpienia, On nie umarł na niby! Czyżbyśmy o tym zapomnieli? Wisząc na krzyżu wykrzyczał pełne bólu i rozdarcia słowa: „Eloi, Eloi, lema sabachthani, to znaczy: Boże mój, Boże mój, czemuś Mnie opuścił?!” (Mk 15,34) nie dla wzmocnienia dramatycznego efektu, ale dlatego, że przeżywał po ludzku cały bezsens i absurd cierpienia, bólu i śmierci. Czyż On rzeczywiście nie rozumie tego, co czują ludzie cierpiący?

Bóg nie jest obok cierpienia, Bóg nie jest nieczułym na cierpienie widzem, ani stoickim obserwatorem. Bóg jest zawsze w samym środku cierpienia. On jest najbardziej cierpiącym, wszędzie tam, gdzie cierpi Jego stworzenie. Tylko, czy my chcemy o tym pamiętać? Czy my chcemy pamiętać o wszystkich Jego słowach, które wypowiedział w obliczu cierpienia i śmierci …
- „jeśli ziarno wrzucone w ziemię nie obumrze …” (J 12,24),
- „Ja jestem Życie i Zmartwychwstanie … kto wierzy we mnie, choćby i umarł żyć będzie” (J 11,25)
- „Ojcze, jeśli chcesz, zabierz ode Mnie ten kielich! Jednak nie moja wola, lecz Twoja niech się stanie!” (Łk 22,42)

Czy nasza wiara jest wystarczająco głęboka, wystarczająco mocna i ugruntowana, aby stawić czoła całemu bezsensowi zła, cierpienia i śmierci? Ktoś kiedyś powiedział: „Cierpienie jest nieracjonalne, jest absurdalne, tak bardzo, że nie można go zrozumieć. Można go jednak doświadczyć i zostać przezeń zmiażdżonym, albo … uświęconym.” Cierpienie może uświęcić jedynie wtedy, gdy nasza wiara jest mocna, gdy jest ona głęboka i gdy nie poddaje się modom i nastrojom. W przeciwnym wypadku cierpienie nas zmiażdży, zniszczy, i ostatecznie … pokona.

Nie jest łatwo wierzyć w świecie nastawionym na łatwiutki i szybki sukces, w świecie wysportowanych młodych aktorów i pięknych, wypielęgnowanych modelek, w świecie gdzie wszyscy muszą być ładni, szczupli, zdrowi i zadbani, jak na okładkach drogich pism i żurnali. W takim zafałszowanym, nierealnym i nieprawdziwym –powiedzmy wprost- zakłamanym! świecie nie ma miejsca na chorobę i cierpienie, nie ma miejsca na śmierć, nie ma miejsca na odnalezienie sensu w tym, co jest absolutnie bezsensowne. W takim świecie schorowany Papież, który nie kryje swojego bólu i cierpienia jest nieprzyjemnym zgrzytem, niemalże obrazą dobrego smaku. W świecie eleganckich modelek i wysportowanych żigolaków mówienie o chorobie, przypominanie o śmierci, użycie słowa „cierpienie” jest grzechem złego smaku i braku wychowania. W takim świecie katastrofy naturalne, powodzie, huragany, susze i epidemie są postrzegane wprost jako dowód na nieistnienie Boga. A warto zapytać wprost: „A kto ten świat tak spreparował?” Bóg przecież wszystko co uczynił, uczynił bardzo dobrym! (Rdz 1,31). Chciwość, pycha, arogancja, żądza władzy, pożądliwość ciała … to wszystko nie przyczynia się na pewno do pomniejszenia zła w świecie.

A co myśmy z tym dobrym, Bożym dziełem -ze światem- zrobili? Jaki los sami sobie zgotowaliśmy przez nasz egoizm, pychę, lekceważenie Bożych przykazań? O ileż mniej byłoby na świecie cierpienia i bólu, o ileż mniej ludzkiego nieszczęścia, gdyby człowiek był naprawdę człowiekiem. Oczywiście nie każde ludzkie nieszczęście i ból jest zawinione przez człowieka, ale warto jednak pomyśleć, jak wiele mogłoby się zmienić, gdyby tylko człowiek człowiekowi nie był wilkiem. Tak trudno dociec przyczyn wszelkiego zła, tak trudno znaleźć jego wytłumaczenie, ale wiele z tego zła można by było uniknąć, gdyby tylko człowiek zaufał i uwierzył Bogu. Jutro będziemy kontynuować te rozważania, ale dzisiaj w piątek warto podjąć tę refleksję: „dlaczego ten świat jest tak pełny ludzkiego i Bożego bólu i cierpienia?” Jak w każdy piątek Wielkiego Postu, tak i dzisiaj odprawiamy Drogę Krzyżową, w czasie której rozważamy ten najstraszniejszy moment w historii ludzkości, kiedy człowiek (powiedzmy sobie szczerze –ja) bezmyślnie pastwił się nad Bogiem!


« Previous PageNext Page »

Kalendarz
April 2017
S M T W T F S
« Mar    
 1
2345678
9101112131415
16171819202122
23242526272829
30