036 - Środa – V tydzień WP
Written by kazikq.
Nauka 36 – Małżeństwo Sakrament, a nie umowa
Jak to się dzieje, że młodzi ludzie, którzy tak bardzo się kochają, w kilka lat, a czasami nawet w kilka miesięcy po ślubie, tak bardzo się nienawidzą, że podejmują decyzję o rozwodzie? Gdzie leży wina? Czy rzeczywiście pomylili się co do osoby? Czy rzeczywiście nie mieli czasu, aby bliżej się poznać? Czy rzeczywiście ich miłość była tylko złudzeniem, a szarość dnia codziennego odarła ich ze złudzeń?
Chyba nie, bo jednak nie można -w wielu przypadkach- odmówić tym młodym ludziom dobrej woli i szczerego zaangażowania uczuciowego. Niestety -bardzo często- jednak, tylko uczuciowego i tutaj chyba leży klucz do odpowiedzi na postawione powyżej pytania. Bardzo często jest tak, że nawet po dłuższym okresie narzeczeństwa, młodzi ludzi z radością zawierają małżeństwo, ale do końca nie rozumieją tego faktu i nie zdają sobie sprawy z zadania, jakiego się podejmują. Dla tych młodych ludzi; romantyczny ślub i wystawne wesele jest już ukoronowaniem ich małżeństwa. Oni albo zapomnieli, albo nie zwrócili uwagi na ten podstawowy fakt, że ich małżeństwo dopiero się rozpoczyna i przed nimi całe życie żmudnego i bardzo nieraz trudnego budowania tegoż małżeństwa. Być może nawet zapomnieli, że małżeństwo nie jest jedynie -najbardziej uczciwie- zawieraną umową, ale Sakramentem. Zapomnieli, że nie jest ono prezentem ale darem, a zarazem zadaniem na całe życie.
I dlatego być może przy pierwszych poważnych kłopotach decydują się na zerwanie tego związku, widząc go jedynie jako umowę między dwoma osobami. A przecież ta „umowa” dotyczy nie tylko ich samych, bo dla potwierdzenia swojej „umowy”, wezwali na świadka swojej miłości samą Miłość, czyli Boga. I nie chodzi tu tylko o samą -mniej lub bardziej- podniosłą i uroczystą ceremonię w kościele, ale o fakt, że gwarantem ich miłości, świadkiem i wsparciem stał się sam Bóg. W swoim przygotowaniu do ślubu nie zapomnieli o kokardkach na klapy marynarek dla świadków i kolorze sukienek dla druhen, ale zapomnieli o wewnętrznym, poważnym przygotowaniu się nie do ślubu, ale do Sakramentu Małżeństwa. W swoim przygotowaniu do małżeństwa pomyśleli bardzo poważnie o mieszkaniu, meblach i firankach, o kolorze tapet do dziecinnego pokoju, ale zapomnieli o tym, że ich małżeństwo jest zadaniem danym im do odrabiana przez całe życie.
I nie jest to najczęściej wcale zła wola, czy zaniedbanie z ich strony. Jest to raczej kulturowy i cywilizacyjny brak, który w naszym, współczesnym świecie jest po prostu niezauważany, albo wprost lekceważony. Przygotowuje się młodych ludzi do różnych rzeczy, daje się im głębokie i fachowe wykształcenie, aby byli dobrymi prawnikami, lekarzami, managerami, ale nikt –tak na dobrą sprawę- nie przykłada wagi do przygotowania młodych ludzi do bycia odpowiedzialnymi małżonkami i rodzicami. Proponowane przez kościół w parafiach, 10 spotkań przygotowawczych raczej „zalicza się na podpis” i dla świętego spokoju, bo inaczej można wejść w konflikt z proboszczem. Przygotowuje się ludzi do ślubu, ale nie do świadomego i głębokiego przeżywania Sakramentu, który jak wszystkie inne sakramenty jest obecnością samego Boga w życiu ludzi wierzących.
Czy jest jakieś remedium na tego rodzaju sytuację? Jak można pomóc młodym ludziom po ślubie, aby ich małżeństwo przetrwało pierwsze –i kolejne- próby? Czy można coś zrobić, aby pomóc ludziom, którzy znaleźli się na trudnym zakręcie swojej wspólnej drogi? Wiadomo przecież bowiem, że kiedy ustają dźwięki weselnego marsza, zaczyna się codzienne i nieraz bardzo szare i trudne życie, a małżeństwo tutaj się sprawdza i miłość tutaj bywa najbardziej doświadczana i wypróbowana. Co poradzić tym młodym ludziom, aby nie poddawali się zniechęceniu i mimo problemów nadal budowali to, co zaczęli w dniu swojego ślubu?
Trzeba im stale powtarzać tę podstawową prawdę: Bóg był świadkiem na waszym ślubie, ale nie honorowym i nie na pokaz. On jest naprawdę gwarantem waszej miłości i ostateczną jej ostoją i spełnieniem. W razie jakichkolwiek kłopotów uciekajcie się do Niego. Nie zapominajcie w waszym codziennym małżeńskim i rodzinnym życiu o Jego obecności i o tym, że aby wasza miłość przetrwała musi być osadzona i budowana na Jego ostatecznej Miłości do człowieka.
A czego uczy nas ta Ostateczna Boża Miłość? Ano, uczy nas przede wszystkim rzeczy fundamentalnej, że w miłości liczy się najpierw drugi człowiek, że miłość nigdy nie myśli o sobie i o swoim zysku, że miłość jest cierpliwa i wyrozumiała, że jest łagodna i udzielająca się, że miłość to nie sentymentalne uczucie i zakochanie, ale najpierw i przede wszystkim szukanie dobra ukochanej osoby. Miłość wymaga czasami, abym zrezygnował z siebie, ze swojej kariery, ze swojego spełnienia, z własnych poglądów i przekonań na rzecz drugiego człowieka, którego kocham, nawet jeśli miałoby mnie to drogo kosztować. Wystarczy przecież tylko przyjrzeć się temu, co Bóg zrobił z miłości do człowieka … Jeśli Jego bierzemy na Świadka i Gwaranta naszej ludzkiej miłości, to On na pewno jest zdolny tę ludzką miłość uszlachetnić i wesprzeć na co dzień swoją łaską i swoją Boską Miłością. I to jest najgłębszy sens Sakramentu Małżeństwa, o którym nie wolno zapomnieć.
Oczywiście te wielkie słowa nie mogą pozostać tylko słowami, oczywiście obie strony muszą je przyjąć i realizować na co dzień, a szczególnie w chwilach trudnych, w chwilach doświadczeń i kłopotów. Oczywiście słowa te mogą pozostać tylko pobożnymi życzeniami, jeśli sami młodzi ludzie będą budować swoje szczęście i małżeńską przyszłość jedynie na ludzkich podstawach. Bo rzeczywiście wydaje się, że nasza współczesna cywilizacja takie właśnie –oparte jedynie na ludzkiej umowie- „partnerskie związki” preferuje. Ewidentny jednak jest też fakt, jak wielkie szkody takim naturalistycznym nastawieniem są wyrządzane dziesiątkom tysięcy małżeństw. Miłość nie jest towarem na sprzedaż, ani dobrem do kupienia, małżeństwo nie jest jedynie umową, którą w każdej chwili można zerwać za obopólną zgodą. A takie jest niestety, nastawienie naszego zlaicyzowanego społeczeństwa. I temu –my chrześcijanie- musimy się przeciwstawiać, aby nie wpaść w złudne pułapki wątpliwego sukcesu i samo-spełnienia kosztem kochanej osoby.
Nie dajmy się zbałamucić i oszukać, bo szczęście młodych ludzi nie leży w dobrze urządzonym mieszkaniu, czy wystawnym weselu. Ono na pewno leży głębiej i na dłużej wystarczy jeśli tylko zaprosi się do życia samego Boga, Który jest Miłością. Papież Jan Paweł II na początku swojego pontyfikatu, nawoływał: „Otwórzcie drzwi Chrystusowi!”. I słowa te są nadal –nawet po tylu latach- aktualne. I chyba także aktualne są dla wszystkich młodych ludzi, którzy decydują się na wspólną drogę życia.
Przypomina mi się tu pewna anegdota, którą być może warto przytoczyć:
Dziadek dał wnuczce na prezent ślubny trzy rzeczy: miotłę, lustro i krzyż.
Pannie młodej zdziwionej takim nietypowym zestawem podarunków wyjaśnił to tak:
- Miotłą zamiataj przed swoimi drzwiami, a będziesz żyła ze wszystkimi w zgodzie.
- W lustrze obserwuj swoje braki i wady, i poprawiaj je, a utrzymasz pokój we własnym domu.
- A jeżeli mimo to spotkasz cierpienie, krzywdę i niesprawiedliwość, to spójrz wówczas na krzyż i pamiętaj, że do nieba trzeba iść tą samą drogą, co Zbawiciel.
We wczorajszej nauce przytoczyłem historię Mureen i jej męża Boba. Jest to jednak nie tylko historia cudownego uzdrowienia młodej kobiety, ale także historia miłości młodego człowieka (męża Mureen), miłości zakotwiczonej w wierze i na wierze budowanej. Ten człowiek, który na pewno nie był mięczakiem, ani bigotem umiał swoją głęboką wiarą uleczyć przede wszystkim duchowo swoją żonę. Jej fizyczne uzdrowienie były już tylko konsekwencją tego duchowego uleczenia wymodlonego przez męża.
A wśród naszych polskich przysłów jest i takie: „Bez Boga ani do proga”. I to chciałbym wszystkim młodym ludziom wchodzącym w próg ich wspólnego domu powiedzieć; nie zapominajcie o Bogu, szczególnie w tym momencie, kiedy przekraczacie próg waszego nowego życia. Zaproście Chrystusa na wasze wesele, ale jeszcze bardziej zaproście Go do waszego domu, na każdy dzień waszego wspólnego życia, a nie zawiedziecie się i nie przegracie waszej miłości, bo On na pewno jest Miłością i miłość wasza na Nim budowana przetrwa najtrudniejsze chwile.
035 - Wtorek – V tydzień WP
Written by kazikq.
Nauka 35 – sama sobie poradzę
Jak bardzo Bóg „ściga” człowieka swoją miłością, jak bardzo zależy mu na nim? A my? Czy my aby nie uciekamy przed Bogiem, czy nie chcemy poradzić sobie w życiu sami? A przecież On naprawdę jest naszym Ojcem. On naprawdę ma dla nas niewyczerpane skarby łask. Chociaż czasami trzeba dorosnąć do tego, aby to dojrzeć, aby przyjąć to, co Bóg ma nam do zaofiarowania.
W grudniu 1992 roku uzdrowienie Maureen Digan zostało uznane przez Kościół za cud dokonany za wstawiennictwem siostry Faustyny Kowalskiej. Maureen opowiada własnymi słowami historię cudu.
***************************
Wielu z was będzie pytać:
„Dlaczego przydarzyło się to właśnie jej, a nie mnie czy komuś z moich ukochanych?”
Podobnie i ja pytałam:
„Dlaczego przydarzyło się to mnie, a nie mojemu małemu synowi? Jak jednak czytamy w Ewangelii według św. Jana, „Pan wybiera tego, kogo sam chce.” (J 5,5-9)
Do piętnastego roku życia cieszyłam się normalnym, zdrowym i szczęśliwym życiem. Potem zapadłam na poważną chorobę - obrzęk limfatyczny kończyn dolnych, zwaną inaczej słoniowacizną nóg. W ciągu następnych dziesięciu lat przeszłam ponad pięćdziesiąt operacji. Moje niezliczone pobyty w szpitalu różniły się długością, od krótkich, tygodniowych, do trwających cały rok.
Rodzina i odwiedzający mnie przyjaciele mówili:
„Módl się i ufaj Bogu.”
A ja myślałam:
„Chyba żartujecie. Wiara? Ufność? W Tego, który mnie powalił na ziemię? W żadnym wypadku! Dzięki, serdeczne dzięki! To nie w moim stylu. Sama sobie poradzę.”
Czasem trochę się modliłam, ale tylko ustami, nigdy sercem.
„Super Maureen” nie potrzebowała niczyjej pomocy, a już na pewno nie duchowej. Kiedy byłam sama, płakałam, ale w obecności przyjaciół i obsługi szpitalnej miałam na twarzy uśmiech, tak że nikt nie wiedział, co czułam naprawdę.
Zbudowałam wokół siebie mur, nie zdając sobie w ogóle sprawy z tego, że moja choroba mogła zbliżyć mnie do Pana. Byłam zbyt zajęta życiem w swym własnym świecie bólu…
W tamtym czasie „chodziłam” z Bobem. Był on żołnierzem piechoty morskiej i często jechał osiemnaście godzin samochodem, aby odwiedzić mnie w szpitalu i usiąść przy mnie na kilka chwil. Byłam wściekła na cały świat i tak wewnętrznie rozchwiana, że raz cieszyłam się z jego przyjazdu, innym razem zachowywałam się wobec niego okropnie. Uważałam, że jego uczucie do mnie jest jedynie współczuciem, a nie miłością.
Skoro Bóg mnie nie kocha, jak może mnie kochać ten przystojny żołnierz? W końcu zerwałam z nim, a winę za to zrzuciłam na Boga. Wszystko to było Jego winą, nie winą „super Maureen”.
Wynajdywałam wszelkie możliwe powody, by nie chodzić na Mszę świętą i do spowiedzi. Nie potrzebowałam spowiedzi. Uważałam, że nie zrobiłam nic złego. To Bóg był zły, nie ja. Wykorzystywałam swoją chorobę, by robić to, co uważałam korzystne dla siebie. Och, jestem zbyt chora, by iść na Mszę świętą. Za bardzo mnie boli. Nic dziwnego, że byłam nieszczęśliwa!
W miarę pogarszania się mojego stanu zdrowia operacje stawały się coraz poważniejsze. Operacja przeprowadzona na kręgosłupie, która miała - jak spodziewali się lekarze - ocalić moją prawą nogę, sparaliżowała mnie na dwa lata. Potem i tak trzeba było amputować nogę, najpierw powyżej kolana, a sześć miesięcy później - do biodra. Amputacje przeżyłam bardzo ciężko, szczególnie dlatego, że nie potrafiłam ani nie chciałam zwrócić się do Boga o pociechę i siłę.
Z czasem szpital zaczął mi stwarzać poczucie bezpieczeństwa. Mogłam się tu ukryć. Nie musiałam spotykać się z prawdziwym światem i dawać ludziom poznać, co czuję. Toczyłam ze sobą wielką walkę. Czułam w sercu, że powinnam zwrócić się do Boga, nie chciałam jednak na to pozwolić. Nie - mówiłam do siebie - nie zrobię tego. Sama sobie poradzę. „Super Maureen” nie potrzebuje Bożej pomocy.
W końcu zostałam zwolniona ze szpitala, a później otrzymałam w nim pracę. Wówczas w moje życie ponownie wkroczył Bob, a ja zrozumiałam, że jego uczucie było prawdziwą miłością, a nie tylko współczuciem. W dzień moich urodzin Bob poprosił mnie o rękę, a ja podjęłam pierwszą od wielu lat słuszną decyzję: powiedziałam „tak”.
Nie był to jednak koniec problemów. Cztery miesiące po zawarciu małżeństwa poroniłam. Powiedziano nam, że nasze szanse na posiadanie dziecka są nikłe.
O.K. Boże, kolejna kara!
Bolesne leczenie? Oczywiście, zniosę to. Wszystko, co pomoże mi zapomnieć o psychicznym i fizycznym bólu.
Niech Bóg błogosławi Bobowi! Nie wiem, jak on to robił. Był taki wierny i nigdy się na nic nie uskarżał. Dzisiaj wiem, że źródłem takich jego postaw była jego silna wiara, jego zawierzenie Bogu…
Po dwóch latach znowu zaszłam w ciążę.
Pomyślałam: „Może Bóg okaże się dla mnie dobry.”
Dziewięć miesięcy później przyszedł na świat nasz kochany Bobby …. z porażeniem mózgowym !!!!
W dwudziestym pierwszym miesiącu życia Bobby przeszedł pierwszy poważny atak apopleksji. Stracił mowę i zdolność chodzenia, wiele razy musiał przebywać w szpitalu. W dzień swoich szóstych urodzin został ponownie przyjęty do szpitala. Ważył wówczas niecałe 8 kg. Wypisany stamtąd po pięciu i pół miesiącach, ważył cztery kilogramy i musiał być karmiony za pomocą sondy.
Byłam z Bobbym przez cały czas jego pobytu w szpitalu i ani razu nie poszłam do domu, aby ugotować posiłek dla mego ciężko pracującego męża. Ale, jak zawsze, nie usłyszałam z jego ust najmniejszej skargi.
Musiało mu być bardzo ciężko chodzić codziennie do pracy ze świadomością, że Bobby jest tak poważnie chory.
Nie widząc szans na poprawę stanu zdrowia Bobby’ego, lekarze sugerowali umieszczenie go w specjalnym zakładzie, my jednak chcieliśmy mieć go w domu. Tak więc wróciliśmy do domu…
Tymczasem moja choroba postępowała i tego roku sama znalazłam się siedem razy w szpitalu. Zaczęłam miewać ataki spowodowane przez stresy i depresje. Rozpoczęto kurację, stosując bardzo silne leki przeciwbólowe, antydepresyjne i zapobiegające atakom apopleksji.
Pewnego wieczoru Bob poszedł do znajomych obejrzeć pierwszy film, jaki został nakręcony na temat Bożego Miłosierdzia i siostry Faustyny. Wrócił do domu przekonany o prawdziwości orędzia o Miłosierdziu Bożym. Próbował dzielić się tym ze mną, ja jednak nie chciałam słuchać; nie interesowało mnie to.
Bob nie nalegał. Po prostu wycofał się i zaczął się modlić. Otrzymał wówczas od Boga to, co później nazwał „collect call” (rozmowa telefoniczna na koszt osoby, do której się dzwoni, po wyrażeniu przez nią zgody na zapłącenie): miał zabrać cała rodzinę do znajdującego się w Polsce grobu siostry Faustyny.
Nawiązał kontakt z ks. Serafinem Michalenko MIC, vice-postulatorem do spraw beatyfikacji siostry Faustyny, który niebawem uzyskał pozwolenie na towarzyszenie nam w podróży.
Nie chciałam jechać tak daleko, i to z księdzem, którego się bałam, i mężem, który, jak myślałam, popadł w fanatyzm religijny. W końcu zdałam sobie jednak sprawę z tego, że dla dobra naszego małżeństwa powinnam przestać narzekać i zgodzić się na wyjazd.
Lekarz wyraził zgodę na zwolnienie mnie ze szpitala, był bowiem przekonany, że wkrótce stracę drugą nogę, co bardzo utrudni mi jakiekolwiek podróżowanie.
Przyjechaliśmy do Polski 23 marca 1981 roku, w dniu urodzin Bobby’ego. 28 marca odbyłam pierwszą od wczesnej młodości dobrą spowiedź. Poczułam się wówczas blisko Pana i siostry Faustyny, czułam jednak lęk przed znalezieniem się zbyt blisko nich.
Tamtego wieczoru, spędzonego przy grobie siostry Faustyny, odmawialiśmy wspólnie koronkę do Miłosierdzia Bożego i inne modlitwy, prosząc przez jej wstawiennictwo o uzdrowienie Bobby’ego i mnie.
Usłyszałam wtedy w swym sercu głos siostry Faustyny mówiącej:
„Proś o pomoc, a pomogę ci.”
Będąc wciąż w złym nastroju, odpowiedziałam w myślach:
„O.K., Faustyno, ściągnęłaś mnie tu z tak daleka, więc zrób coś!”
Wtedy nagle opuścił mnie ból. Nie wierzyłam w cuda, byłam więc przekonana, że czuję się tak na skutek załamania nerwowego. Nazajutrz zobaczyłam, że opuchlizna zeszła. Musiałam wypchać swój but chustkami, by nie spadał mi z nogi i by ludzie nie zauważyli, że zeszła z niej opuchlizna. Dopiero trzy lub cztery dni później byłam wreszcie w stanie przyjąć do wiadomości fakt, że rzeczywiście otrzymałam od Boga dar uzdrowienia.
Zaczęłam odczuwać nowe uczucie b1iskości Boga i sama stałam się nowym człowiekiem. Nie byłam już ową „Super Maureen”, złożyłam swą ufność w Bogu i Jego Miłosiernej Miłości.
Słoniowacizna nóg jest chorobą, której nie da się leczyć farmakologicznie i która nie ulega remisji. Odwiedziłam pięciu niezależnych specjalistów i każdy z nich stwierdził, że jestem w 100% wyleczona. Moi znajomi i członkowie rodziny zostali poproszeni na świadków przez komisję archidiecezji bostońskiej i wypytywano ich o wszystko, co wiedzieli o mojej chorobie i uzdrowieniu. Zebrane w Bostonie świadectwa i dokumenty zostały następnie wysłane do zbadania przez specjalny trybunał w Polsce, gdzie miało miejsce uzdrowienie.
W ubiegłym (1992) roku Rzym uznał uzdrowienie za cud. Uczynił to na podstawie prac trzech odrębnych zespołów sędziów przysięgłych powołanych przez Kongregację do Spraw Kanonizacyjnych: zespołu lekarzy, zespołu teologów i w końcu zespołu złożonego z kardynałów i biskupów. Dzięki temu Ojciec Święty mógł ogłosić potwierdzenie cudu przez Kościół jako dokonanego za wstawiennictwem siostry Faustyny.
Powołanie Bobby’ego było inne.
Jego udziałem stało się dramatyczne, ale niepełne uzdrowienie, które pozwoliło mu prowadzić niemal normalne życie przez cudowne trzy i pół roku. Odsunięto leki, chłopiec nauczył się jeździć na rowerze i zdobył złoty i srebrny medal na Specjalnych Igrzyskach Olimpijskich. Potem jednak stan jego zdrowia zaczął się pogarszać i Bobby odszedł do Pana w maju 1991 roku.
Przy śmierci Bobby’ego byli z nami ks. Serafin i rektor Sanktuarium Bożego Miłosierdzia, ks. Joe Dicine, którzy znali go, kiedy był jeszcze małym chłopcem. Dzięki ich obecności Bobby nie bał się pójść na spotkanie z Panem.
W Dniu Matki Bobbv objął mnie za szyję swymi chudymi ramionami i powiedział:
„Mamo, muszę ci coś powiedzieć. Bóg przyśle swego Syna, Jezusa, aby mnie zabrać wkrótce do nieba.
Nie bój się i nie bądź smutna.”
Potem zawołał swego tatę i powiedział mu to samo.
Bycie rodzicami upośledzonego dziecka pociąga za sobą wiele cierpień, ale jest to jednocześnie tak wielkie błogosławieństwo, tak wspaniały dar od Boga! Tak wiele nauczyliśmy się od Bobby’ego i nigdy nie będziemy w stanie zmierzyć tej miłości, jaką promieniował on na wszystkich, którzy go znali.
Kiedy jest się blisko Pana, życie jest zupełnie inne! Jesteśmy wdzięczni Bogu za moje uzdrowienie i za czas, jaki pozwolił nam spędzić z Bobbym. Wiemy że z tej bolesnej straty wypłynęło wiele dobra i nadal będzie wypływać.
Wciąż jednak nie jest nam łatwo. Każdego dnia muszę starać się trwać blisko Pana. Ks. Joe nie przestaje służyć Bobowi i mnie, pomagając nam w kroczeniu z Bogiem… Mam nadzieję, że to podzielenie się naszą drogą życiową będzie dla innych źródłem pocieszenia i nadziei, zwłaszcza może dla tych, którzy żyją w cierpieniu.
Błagam was, nie upadajcie tak nisko, jak upadłam ja, zanim nawróciłam się do Pana. On jest zawsze blisko nas. Żaden grzech, nawet grzech odwrócenia się od Niego całym życiem, nie jest dla Niego zbyt wielki, by nie mógł go przebaczyć.
A co do sakramentu spowiedzi świętej, to musze powiedzieć, że … to właśnie tu dokonuje się największy cud. Tu odnajdujemy pokój, miłość, radość, przebaczenie i najgłębsze, najważniejsze uzdrowienie.
Super Maureen
***************************
Nie trzeba chyba dodawać, że nawrócenie Mureen dokonało się dzięki głębokiej wierze jej męża, który nie był na pewno mięczakiem i bigotem.
Poruszające są także słowa Mureen: „Błagam was, nie upadajcie tak nisko, jak upadłam ja, zanim nawróciłam się do Pana. On jest zawsze blisko nas. Żaden grzech, nawet grzech odwrócenia się od Niego całym życiem, nie jest dla Niego zbyt wielki, by nie mógł go przebaczyć.”
034 - Poniedziałek – V tydzień WP
Written by kazikq.
Nauka 34 – Ojciec
Czym właściwie jest ojcostwo? Kim jest ojciec? Jak widzi ojca chrześcijaństwo? Te pytania wpisują się oczywiście w podstawowe pytanie tych rekolekcji: „Jak wierzyć dzisiaj?” Cały Stary, ale i Nowy Testament jest pełen tekstów odnoszących się do tej rzeczywistości, do rzeczywistości ojcostwa. Bóg Starego Testamentu, to surowy i wymagający, ale także miłujący Ojciec, Który opiekuje się Narodem Wybranym właśnie z troską i po ojcowsku. To ktoś, kto karze, ale i przebacza, kiedy widzi skruchę, to ktoś, kto dba dobro, ale i tego dobra wymaga i uczy. Postać Boga Ojca przekazana nam przez Stary Testament, to pełna dostojeństwa i godności, majestatu ale i dobroci postać Boga, Który z cierpliwością wychowuje swoje dzieci, ucząc je przede wszystkim moralności i prawości, uczciwości i godności, wierności i szlachetności. Jego troska o Naród Wybrany nie ogranicza się tylko do zapewnienia temu narodowi tego, czego on na co dzień potrzebuje; pożywienia i dobrobytu doczesnego, ale idzie znacznie dalej. Ojciec, to ktoś, kto formuje, wychowuje, wymaga, jeśli trzeba karze, ale i przebacza. Od pierwszych rozdziałów Księgi Rodzaju, do ostatnich proroków Zachariasza i Malachiasza postać Boga Ojca pełna jest surowości, ale i dobroci, wyrozumiałości, a przede wszystkim głębokiej troski i cierpliwości w stosunku do wychowywanych dzieci.
Oczywiście to co mówimy o ojcostwie odnosi się także w całej rozciągłości w ogóle do rodzicielstwa, a więc i do macierzyństwa. Nie ma bowiem ojcostwa bez macierzyństwa i vice verso. Jednak pewien szczególny akcent chciałbym położyć właśnie na odpowiedzialnym ojcostwie. Wydaje się bowiem, że we współczesnym społeczeństwie rola ojca została zredukowana do wymiaru biologicznego i ekonomicznego, z zaniedbaniem wymiaru psychicznego i religijnego. I to okazuje się mieć bardzo zgubne, a nawet tragiczne skutki w formowaniu młodych. Dzieci chowane bez ojca, bo on nie ma czasu –i bardzo często niestety także ochoty- są pozbawione jednego z podstawowych elementów wychowania. Zresztą współczesne społeczeństwa w coraz bardziej jaskrawy sposób odbierają rodzicom ich rodzicielskie prawa wychowawcze. Młodzież zaś chowana poza rodziną, lub w rodzinach rozbitych, niepełnych, zdeformowanych staje się następną generacją rodzin zdeformowanych.
Nowy Testament rozwija i uzupełnia ten obraz w nauczaniu Jezusa, Jednorodzonego Syna Bożego. To On zwraca się do Ojca słowem –dla nas niecodziennym- Abba – Ojcze lub raczej Tatusiu. To On pokazuje nam swoje całkowite i absolutne podporządkowanie woli Ojca. To On stale podkreśla: „Ja i Ojciec jedno jesteśmy” (J 10,30). To On także zapewnia nas, że „w domu Ojca jest mieszkań wiele” (J 14,2)). Jego stosunek do Ojca, ale także i to, co Ojciec, o Synu dwukrotnie mówi: („to jest Syn mój umiłowany, Jego słuchajcie” – Mt 3,17; -chrzest w Jordanie i Mt 17,5 – przemienienie na Górze Tabor) ukazuje nam tę niezwykłą relację Boga Ojca i Syna Bożego, oraz daje zarazem możliwość zobaczenia na czym polega prawdziwe ojcostwo. Czy my jednak potrafimy coś z tego wywnioskować? Czy to, co mówi nam sam Chrystus o Ojcu pozwala nam lepiej ukształtować nasze ludzkie ojcostwo? A może to zbyt górnolotna teologia i za wysoko mierzę? Może wystarczy jedynie zobaczyć postać św. Józefa, którego sam Bóg wybrał na Ojca-Opiekuna Świętej Rodziny, któremu sam Bóg powierzył pieczę nad Swoim Synem i Jego Matką Maryją. Czy nie warto byłoby przyjrzeć się tej postaci św. Józefa?
Człowiek cichy i spokojny, nie zabiegający o własną chwałę, sprawiedliwy i roztropny, usuwający się niejako w cień, dbający o rodzinę i dom. Taki człowiek, taki mężczyzna, taki ojciec nie jest dzisiaj w modzie, nie ma siły przebicia, ani nie jest idolem współczesnego świata. Amerykańskie i (nie tylko) filmy wytworzyły mit supermana, przystojniaka, cwaniaka, człowieka sukcesu, mężczyzny roku itd. W tej powodzi współczesnych idoli postać św. Józefa ojca i Opiekuna, staje się szara i bezbarwna, a nawet nijaka, tym bardziej, że Ewangelia tak mało nam o Nim mówi. A przecież to sam Bóg wybrał takiego właśnie „nieciekawego” mężczyznę na Opiekuna Jezusa Chrystusa i Jego Matki Maryi. Coś w tym musi być. A czego my, współcześni ojcowie, możemy się od św. Józefa nauczyć? Czy nie ma on nam nic do przekazania?
Kiedyś imię to było bardzo popularne. Św. Józef był patronem wielu chłopców i mężczyzn. Dzisiaj mamy raczej inne mody. A cechy św. Józefa są tak trudne do znalezienia wśród współczesnych mężczyzn. Uczciwość, pracowitość, rzetelność, czystość, szacunek, oddanie rodzinie, prawość, poczucie obowiązku, pokora zostały zastąpione w wielu wypadkach cwaniactwem, efektownością, przebiegłością, sprytem, fizyczną siłą … Czy jest jeszcze we współczesnym świecie miejsce dla ludzi, dla ojców, którzy próbują realizować w swoim życiu ten wzór?
Mężczyźni wstydzą się być uczciwi i rzetelni, wstydzą się kiedy nie przylegają do kanonów współczesnego silnego i wysportowanego “macho”, albo wypielęgnowanego i przystojnego gogusia, pachnącego denimem lub innym old spice’m. A przecież wszyscy wiemy, że dziewczyny podkochują się w idolach, ale na męża i ojca, na twórcę rodziny i kogoś, kto będzie odpowiadał za ich dom wybierają raczej mężczyzn uczciwych i solidnych. Tylko, że tych chyba coraz mniej we współczesnym przereklamowanym świecie.
Biblijne ojcostwo to prawdziwa „instytucja”; święta i wymagająca szczególnie od tego, który jest ojcem. Być ojcem to najważniejsze zadanie jakie Bóg powierzy człowiekowi, to nie tylko nakaz biologicznego rozmnażania się i rodzenia potomstwa (Rdz 1,28), ale to coś znaczne więcej, jak pokazuje to Księga Przysłów (1,8; 3,12; 4,1; 6,20 i nn), która prawie w całości jest poświęcona wzajemnemu stosunkowi rodziców (a szczególnie ojca) i dzieci. Pismo Święte pokazuje, że ojciec, to ktoś, kto zdecydował się na ojcostwo musi mieć świadomość, że jego rola nie ogranicza się tylko do zapewnienia materialnego aspektu życia rodziny i dzieci.
W „Liście do rodzin” (GRATISSIMAM SANE) napisanym przez Ojca Świętego Jana Pawła II z okazji Roku Rodziny (1994) czytamy:
”Do tych nowych istot Stwórca mówi, błogosławiąc: „Bądźcie płodni i rozmnażajcie się, abyście zaludnili ziemię i uczynili ją sobie poddaną” (Rdz 1,28). Księga Rodzaju używa tych samych słów, co przy stworzeniu innych istot żyjących: „rozmnażajcie się” — równocześnie jednak ich sens analogiczny jest bardzo wyraźny. Czyż nie jest to właśnie analogia rodzenia i rodzicielstwa, którą trzeba odczytywać poprzez cały kontekst? Żadna z istot żyjących poza człowiekiem nie została stworzona „na obraz i podobieństwo Boga”. Ludzkie Rodzicielstwo jest biologicznie podobne do prokreacji innych istot żyjących w przyrodzie, ale istotowo jest „podobne” — ono jedno — do Boga samego. Takie właśnie rodzicielstwo stoi u podstaw rodziny jako ludzkiej wspólnoty życia: jako wspólnoty osób zjednoczonych w miłości (comunio personarum).
W świetle Nowego Testamentu widać wyraźnie, że odniesienia dla tej wspólnoty, jej pierwowzoru, należy szukać w Bogu samym. Zawiera się on w trynitarnej tajemnicy Jego Życia. Boskie „My” jest przedwiecznym prawzorem dla ludzkiego „my” — tego przede wszystkim, jakie mają stanowić mężczyzna i kobieta, stworzeni na obraz i podobieństwo Boga samego. Słowa Księgi Rodzaju zawierają prawdę o człowieku, której odpowiada najszerzej rozumiane doświadczenie ludzkości: człowiek jako mężczyzna i kobieta „od początku” — całe życie ludzkiej zbiorowości — wspólnoty, społeczności i społeczeństwa noszą znamię tej pierwotnej dwoistości. Stanowi o niej męskość i kobiecość poszczególnych osób, a każda wspólnota czy społeczność czerpie z tej dwoistości swą szczególną charakterystykę i szczególne bogactwo we wzajemnym dopełnianiu się osób. Zapis Księgi Rodzaju dotyczący dzieła stworzenia zdaje się mówić o tym nade wszystko, gdy stwierdza: „mężczyzną i kobietą stworzył ich” (por. Rdz 1,27). Jest to również pierwsze stwierdzenie jednakowej godności obojga: oboje na równi są osobami. Osobowa konstytucja obojga oraz osobowa godność jest „od początku” wyznacznikiem dobra wspólnego ludzkości w różnych wymiarach i zakresach. Do tego dobra wspólnego wnoszą oboje: mężczyzna i kobieta, właściwy sobie wkład. Dzięki temu dobro wspólne ludzi posiada u samych podstaw charakter komunijny i komplementarny zarazem.” (6)
Tak niewielu rodziców, a szczególnie ojców ma dzisiaj czas i ochotę, aby swoje ojcostwo w taki pogłębiony sposób przemyśleć i realizować. Efekty tego widoczne są niemalże w całym społeczeństwie.
033 - V Niedziela WP
Written by kazikq.
Nauka 33 – wierzyć jak mężczyzna
Jest taki zwyczaj w rekolekcjach parafialnych, że przynajmniej jedną naukę poświęca się mężczyznom. Ja także chciałbym temu zwyczajowi uczynić zadość i kilka chwil poświęcić tematowi wiary przeżywanej przez mężczyznę. Inaczej bowiem sprawy wiary widzi i przeżywa kobieta, która z natury jest bardziej uczuciowa i bardziej nastawiona na sprawy serca, inaczej zaś mężczyzna, który z natury jest –co tu dużo mówić- bardziej „zewnętrzny” i słabiej uczuciowo wyposażony. Nie znaczy to wcale, że jest pokrzywdzony lub, że ma mniejsze szanse na pogłębione przeżywanie wiary. Jest po prostu inny, i dobrze, że jest taki.
Wiara nie jest na pewno tylko sprawą wnętrza i nie tylko sprawą uczuć, i stąd można, a nawet trzeba się zastanowić nad możliwością wyznawania wiary przez współczesnego mężczyznę, żyjącego w dzisiejszym, bardzo zracjonalizowanym -i odartym z sacrum- świecie. Na pewno nie będzie on uczestniczył w licznych nabożeństwach i spędzał całych godzin w kościele. Ale też nie może religijnych praktyk w całości odrzucić, czy zaniechać na zasadzie: „to zbyt czułostkowe i sentymentalne, to nie dla mnie” Bardzo często jest bowiem tak, że współcześni katoliccy mężowie i ojcowie czują jakiś fałszywy wstyd w wyznawaniu swojej wiary, uważając, że jest to dobre dla starszych kobiet. Ostatnio powstał nawet pogardliwy termin na określenie tychże – moherowe berety, który wydaje się być synonimem dewociarstwa i bigoterii. I dlatego mężczyźni „odcinają się” najczęściej nie tylko od takich bigoteryjnych praktyk, ale nawet od praktyk religijnych w ogóle.
W mniemaniu bowiem wielu mężczyzn, tego rodzaju przekonanie zwalnia ich –niejako- od obowiązku religijnych praktyk i odsuwa od życia Kościoła, dyspensuje od obowiązku pogłębiania wiary. Jest to tym bardziej niebezpieczne, że powszechna jest wśród mężczyzn postawa lekceważąco-cyniczna. I to -w sumie- ustawia ich -niejako z góry- na pozycji krytycznej lub krytykanckiej i nonszalanckiej. Niezbyt liczni są ci, którym udało się nie ulec pokusie cynizmu i lekceważenia spraw wiary. Jeszcze miej liczni są ci, którzy potrafią znaleźć swój męski sposób wyznawania wiary. Jest bowiem zazwyczaj i tak, że mężczyźni dodatkowo usprawiedliwiają się zmęczeniem, koniecznością zarabiana na życie i twardego chodzenia po ziemi, bez noszenia głowy w chmurach. Jakby ot tylko oni na życie zarabiali musieli twardo po ziemi stąpać.
Jeden z czołowych filozofów P. Ricoeur mówi: - “zrozumieć nasz czas, to zdać sobie sprawę z dwóch jednoczesnych zjawisk: postępu racjonalności i jednoczesnego zaniku sensu”. I to jest –chyba- w szczególny sposób widoczne w świecie mężczyzny. Z jednej strony wzrasta nasza racjonalność, umiejętność logicznego, rzeczowego myślenia, a z drugiej strony zanika, ucieka nam gdzieś poczucie sensu a co za tym idzie i poczucie sacrum. A tym samym, życie nasze staje się coraz bardziej bezsensowne i wyprane z religijności. Jest to tym bardziej odczuwalne, gdy mężczyzna traci pracę, gdy nie może zadośćuczynić swojej męskiej dumie (nie pysze!) bo nie stać go na utrzymanie rodziny. Czuje się bardzo nieswojo, gdy widzi, że czasami zarobki żony są nie tylko konieczne dla utrzymania domu, ale nieraz nawet znacznie większe od jego zarobków. Zredukowano rolę mężczyzny, a zarazem zafałszowano, próbując lansować model wiecznie młodego, wysportowanego i zaradnego żigolaka, bohatera na siłę, czy wypranego z wszelkich ludzkich uczuć „twardziela”.
To wszystko powoduje, że wielu mężczyzn popada we frustracje, w zniechęcenie, a czasami w bardzo poważne nałogi, które mają niejako zagłuszyć uczucie frustracji i zniechęcenia. Stają się agresywni, aroganccy, wulgarni, nastawieni negatywnie do wszystkich i do wszystkiego, z własną rodziną na czele. Oczywiście -w takiej sytuacji- religijne praktyki, modlitwa, regularne uczestnictwo we Mszy św., czy Spowiedź wydają im się czymś nie do przyjęcia lub nawet czymś odpychającym. Kobieta w sytuacji kryzysu –w sposób naturalny- ucieka się do Boga, do modlitwy, do praktyk religijnych, bo ona wie, że tak naprawdę wszystko jest w ręku Boga. Sfrustrowany zaś, zawiedziony i rozczarowany mężczyzna ucieka „w kumpli”, w alkohol, w brutalność, w zniechęcenie i odrętwienie. Jest po prostu o wiele słabiej przygotowany na kryzys, czy niepowodzenie, przeżywa go o wiele mocniej i o wiele bardziej dramatycznie. Stąd chyba powstało w filozofii czy ideologii marksistowskiej modne powiedzenie, że „religia jest jedynie opium dla ludu, utrzymującym prostaczków w pokorze i poddaństwie”, a mężczyzna nie jest typem pokornym, który łatwo ulega poddaństwu. Dlatego też u mężczyzn tak trudno o zdrową ocenę rzeczywistości, o obiektywizm i umiejętność wyważonego i naturalnego rozpoznania faktu, że nie wszystko mogę i nie wszystko zależy ode mnie i moich wysiłków, że czasami muszę znaleźć drogę do Tego, Który Jedyny Jest i Który wszystko może.
Przypomina mi się tutaj fragment poezji Czesława Miłosza z tomu “Piesek przydrożny”
On:
Świadomy współzawodnictwa.
Napięty.
Czujny.
Gotowy do biegu.
Agresywnie myślący.
Wiedzący lepiej od innych.
Poprawiacz świata.
Przeżuwający latami każdą porażkę.
Rzucający wyroki potępienia.
Niezdolny do pogodzenia się z sobą.
A kobieta przygląda się temu z uśmiechem,
bo wie,
że on jest zajęty rzeczami,
które przemijają i nie mają większej wagi.
Nie mam zamiaru dokonywać tutaj socjologicznych i antropologicznych analiz przyczyn takiego stanu rzeczy, ale sądzę, że każdy z nas mężczyzn powinien sobie jednak zdawać sprawę z istnienia takich właśnie mechanizmów „dołowania człowieka”. Nie namawiam też wcale do bigoterii i dewocyjnego podejścia do spraw wiary, czy religii. Na pewno wiara nie może być zastępnikiem naszego poczucia odpowiedzialności i naszej pracy, naszego wysiłku i naszych słusznych dążeń do samorealizacji. Z drugiej jednak strony nie może być tak, że tego rodzaju „dołujące sytuacje” doprowadzają nas do psychicznego załamania, lub powodują, że mężczyźni stają się tyranami we własnym domu. Ileż to jest bowiem takich domów, w których mężczyźni czując się niedowartościowani, głęboko przeżywając swoje (nieraz wydumane) porażki, tyranizują swoje żony i dzieci?
Dlaczego tak jest i jak temu zaradzić? Pytania na które nie mam odpowiedzi, ale próbuję sobie przypomnieć jak to było w moim rodzinnym domu. Kilka dni temu wspomniałem o tym, jakie wrażenie robiła na mnie modlitwa mojego ojca, jak była ona dla mnie budująca i zarazem zastanawiająca. Ojciec mój na pewno nie był bigotem i dewotką, ale nie przypominam sobie, żeby np. opuścił niedzielną Mszę Świętą. Nie było to w ogóle do pomyślenia, aby ktoś w niedzielę na Mszę Świętą nie szedł, no chyba że był chory. O religii się w domu nawet specjalnie i wprost nie rozmawiało, ale nikt nie podważał oczywistych praw czy zasad moralnych, nikt nie dyskutował na temat chodzenia czy nie chodzenia na katechezę, czy na Mszę. Rodzice (a szczególnie ojciec) z nami na ten temat nie rozmawiali, ale dawali sami, swoim życiem przykład. I jakoś wcale nie czuliśmy się (było nas troje dzieci), ani zaszczuci, ani zastraszeni, ani zniewoleni. Ojciec miał swoje męskie słabostki. Zdarzało mu się np. czasami zaglądnąć do kieliszka, czy nawet powiedzieć jakieś „grubsze” słowo, lub zdenerwować, ale pamiętam, że regularnie trzy, cztery razy do roku szedł do Spowiedzi i przed spowiedzią przepraszał „Mamcię” (tak nazywał naszą Mamę) za swoje zachowanie i niegrzeczność, a i nas prosił o wybaczenie, że czasami nas ostrzej potraktował. Pamiętam też, że bardzo ciężko pracował fizycznie i nieraz był bardzo zmęczony. Podziwiałem go jednak za to, że np. w Adwencie regularnie chodził na Msze Święte Roratnie. I to był dla mnie doping. Wstyd mi było nie wstać rano na Mszę o godzinie 6-tej, kiedy widziałem, że on wstawał, ubierał się i szedł, codziennie przez cały Adwent. Podobnie w Wielkim Poście. Nie chodził na nabożeństwa Drogi Krzyżowej w piątki, bo wtedy był akurat w pracy, ale w każdą niedzielę Wielkiego Postu, po południu szedł na Nabożeństwo Gorzkich Żali. Nie chcę tu pisać elegii na temat mojej rodziny, ale przypominam sobie także podobną postawę u mojego dziadka (ze strony ojca), ilekroć zdarzyło mi się być u nich na wakacjach. I teraz, po latach myślę, że mój ojciec wyniósł to ze swojego domu rodzinnego. Wyniósł jakąś wrodzoną, naturalną uczciwość i rzetelność wobec Boga. Nie był na pewno świętoszkowaty, daleko mu było do doskonałości, miał swoje wady i przywary, ale dwie rzeczy u niego bardzo ceniłem; jego ciężką, rzetelną i uczciwą pracę (a przecież nie przelewało się w naszym domu i nie żyliśmy w luksusach) i właśnie ową prostą uczciwość i naturalną rzetelność w sprawach Bożych, w sprawach religijnych.
Co więcej widzę, że te same reguły uczciwego życia przejął i wprowadził w swojej rodzinie mój brat. U niego nie dyskutuje się o religii, o konieczności, czy niekonieczności praktyk religijnych. On sam po prostu z żoną idzie w niedzielę na Mszę, a dzieci widzą jego dobry przykład. Czy nie powinno tak właśnie być w naszych domach, w naszych rodzinach? Czy nie tego właśnie oczkuje rodzina od głowy domu, od swego ojca? Ileż to jest dzieci, które nie mają takiego przykładu i są w naturalny sposób zagubione, zdezorientowane w życiu codziennym? Najlepsza szkoła, najlepszy katecheta nie potrafią odrobić tych braków i zaległości wychowania, jakie nagromadziły się w dzieciństwie.
Nie umiem tego inaczej przedstawić, nie potrafię zobiektywizować, ale tak mi się to właśnie jakoś przedstawia. W takim klimacie się wychowałem i takie wartości z domu rodzinnego wyniosłem. Nie twierdzę, że moja rodzina była doskonała, ale też zło było nazywane złem i było karane, a dobro było dobre i było nagradzane.
I na zakończenie cytat z książki („Judaizm i kobiecość”) Emanuela Levinas’a, który pokazuje wzajemne relacje męskiego i żeńskiego elementu w dziele kształtowania małżeństwa i rodziny. A pisze on tak:
“Ontologiczne funkcje kobiecości to oświecać oczy mężczyzny, “jego zaślepiony wzrok”, pomagać mu przezwyciężać ostateczną alienację, która rodzi się z samej męskości uniwersalnego i zdobywczego logosu, oraz pomagać mu zamieszkać wnętrze Domu, przywracać duchowi duszę, być zaczątkiem wszelkiej łagodności, jest to funkcja ontologiczna tej, “która nie zdobywa”. ale która -jak pisze Miłosz-: „przygląda się temu z uśmiechem, bo wie, że on (mężczyzna) jest zajęty rzeczami, które przemijają i nie mają większej wagi.”
Kobieta może bardzo wiele w dziele „oswajania” mężczyzny. Ona na pewno może mu pomóc dostrzec to, czego on nie widzi, czego nie docenia, co lekceważy. Ona może udomowić wiecznego zdobywcę i uczynić go rzeczywiście odpowiedzialną i rzetelną głową domu i rodziny.
A Siostra Ewa Bońkowska pisze:
Człowieczeństwo jest dla mnie jak ptak, który ma dwoje skrzydeł - nazwałabym je symbolicznie męskim i żeńskim [..] Nasza cywilizacja może poszybować wysoko, stać się bardziej uduchowiona tylko wtedy, gdy oba skrzydła będą tak samo wykształcone, zdrowe i zdolne do wypełniania swoich ról życiowych. Niestety, nastąpiło w naszych czasach pewne zachwianie równowagi tych symbolicznych skrzydeł“.
I to zachwianie widoczne jest w tym, że mamy coraz więcej zniewieściałych mężczyzn, poddających się łatwo stresom i popadających we frustracje, i coraz więcej kobiet, feministek, które zapomniały, że są kobietami. Ale to już jest temat na oddzielną „rozprawkę”.
032 - Sobota – IV tydzień WP
Written by kazikq.
Nauka 32 – Gdzie cię znajdę, tam cię osądzę
Św. Katarzyna z Genui, w „Traktacie o czyśćcu”, pisze tak:
„… po śmierci dusza jest utwierdzona w złym albo dobrym, które obrała świadomie i dobrowolnie, wedle tego, co jest napisane: Gdzie cię znajdę - to znaczy, czy w godzinę śmierci wola będzie zwrócona do grzechu, czy też przejęta żalem za winy - tam cię osądzę.”
Te słowa nie docierają chyba do zbyt wielu katolików. Lekceważymy sobie stan naszej duszy, lekceważymy sobie nasze grzechy, lekceważymy sobie dawane nam przez Chrystusa szanse zmiany życia i nawrócenia… i nadal uważając się za wierzących, a nawet praktykujących katolików … coraz bardziej wsiąkamy w zło.
Oto opowieść człowieka, któremu także wydawało się, że można prowadzić podwójne życie.
***********************
Po zakończeniu studiów na Politechnice Śląskiej natychmiast wyjechałem do Niemiec jako „późny przesiedleniec” (Spätaussiedler). Zgodnie z naszym rodzinnym zwyczajem, przed opuszczeniem domu, klęcząc przyjąłem błogosławieństwo od moich rodziców. W drodze na autobus wstąpiłem na plebanię, aby pożegnać się z proboszczem, któremu przez wiele lat gorliwie służyłem do Mszy św. Ksiądz proboszcz zaprowadził mnie do kościoła i tam przed tabernakulum udzielił mi swojego kapłańskiego błogosławieństwa. Właśnie wtedy w ciszy własnego serca przyrzekłem Panu Bogu, że niezależnie od tego jak moje życie w Niemczech się potoczy, nigdy nie wyrzeknę się wiary w Niego i będę regularnie przystępował do sakramentów.
Osiadłem w dużym mieście na południu Niemiec. Na początku lat osiemdziesiątych sprawy przesiedlenia załatwiało się bardzo szybko. Zdobyłem więc bez problemów status późnego przesiedleńca. Po roku urządzania się na nowym miejscu Pan Bóg postawił na mojej drodze wspaniałą polską dziewczynę. Pobraliśmy się w 1983 r. w przepięknym kościele zamkowym. Dzięki mojej zaradności i przedsiębiorczości w krótkim czasie dorobiliśmy się domu jednorodzinnego, na którym ciążył niezbyt wysoki kredyt. Urodziło się nam dwoje dzieci.
Tu chciałbym podkreślić, że chociaż w tamtym czasie zdobycie materialnych bogactw było głównym celem mojego życia, to jednak przez cały czas intensywnego dorabiania się, nie zaprzepaściłem obyczajów, które przywiozłem z Polski. Nie chodziliśmy z żoną na spowiedzi ogólne, które są praktykowane w niemieckich kościołach, lecz szliśmy do spowiedzi indywidualnej dwa razy w roku, z okazji Bożego Narodzenia i Wielkanocy. Starałem się również z całą rodziną każdej niedzieli uczestniczyć we Mszy św. A przecież pomimo zachowywania tradycji przywiezionych z Polski, dzisiaj zdaję sobie sprawę z tego, że wtedy moja wiara była jednak martwa.
Od strony materialnej wszystko układało mi się nadzwyczaj pomyślnie. Po ośmiu latach pobytu w Niemczech razem ze wspólnikiem założyłem firmę budowlaną, która w krótkim czasie bardzo się rozrosła i do dnia dzisiejszego dobrze prosperuje. Mogliśmy więc pozwolić sobie na życie w prawdziwym luksusie, co oczywiście zostało wcześniej okupione bardzo ciężką i wyczerpującą pracą.
Od 1989 r. w okresie Bożego Narodzenia i Wielkanocy, z całą rodziną zaczęliśmy wyjeżdżać do różnych atrakcyjnych zakątków świata. Wprawdzie przed wyjazdem szliśmy wszyscy do spowiedzi i Komunii św., jednak nie zawsze tam, gdzie jechaliśmy, byt katolicki kościół. Często więc w Boże Narodzenie i w Wielkanoc nie mogliśmy być na Mszy św. Rodził się wtedy pewien niepokój sumienia, który jednak szybko zagłuszałem.
Na wiosnę 1995 r. w czasie dużego spadku cen akcji na giełdzie podjąłem decyzję, aby wziąć czynny udział w transakcjach giełdowych. Zaryzykowałem i zaangażowałem do wykupu akcji prawie wszystkie pieniądze. Zdawałem sobie sprawę, że w krótkim czasie mogę zdobyć ogromną fortunę lub wszystko stracić. I tak też się stało, po półrocznej intensywnej grze na giełdzie straciłem tak dużo, że znalazłem się na krawędzi bankructwa. Nie dałem jednak za wygraną i udało się: w ciągu roku odzyskałem stracone pieniądze. Kupno, sprzedaż, skoki cen akcji, tak bardzo mnie każdego dnia angażowały, że gra na giełdzie praktycznie stała się najważniejsza w moim życiu. Kompletnie zaniedbywałem wychowywanie moich dzieci i sprawy rodzinne. Jeżeli dzieci zwracały się do mnie z różnymi problemami, to dawałem im pieniądze, aby nie zawracały mi głowy i nie przeszkadzały w kalkulacjach giełdowych. Zostałem owładnięty giełdową obsesją, jakimś strasznym rodzajem duchowego uzależnienia, chyba jeszcze gorszego aniżeli alkoholizm czy narkomania. Całego siebie oddałem giełdowej grze. Z tego powodu traciłem również powoli kontrolę nad moją firmą.
Godzinami przesiadywałem przed telewizorem, śledząc wszystkie rynki światowe i opracowując nowe transakcje zakupu i sprzedaży. Nawet podczas niedzielnych Mszy św. w mojej wyobraźni przesuwał się film kursów akcji, które byty w moim posiadaniu. Żądza zysku była tak wielka, że na kupno nowych akcji, zaciągnąłem w banku duży kredyt. Kiedy kursy moich akcji szły w górę, byłem szczęśliwy i hojny, kiedy spadały w dół, traciłem prawie całkowicie apetyt i stawałem się agresywny dla otoczenia, a szczególnie dla żony i dzieci.
Bóg w swoim miłosierdziu dał mi jednak szansę wyrwania się z tego piekielnego zniewolenia. Postawił na mojej drodze polskiego księdza, który jest duszpasterzem w mojej okolicy. Tak się złożyło, że w październiku 1997 poniosłem ciężkie straty w giełdowych interesach i byłem bliski załamania. Ksiądz ten zaproponował mi wyjazd z całą rodziną do belgijskiego sanktuarium w Baneux, gdzie w 1932 r. objawiła się Matka Boża.
Pojechaliśmy tam z całą rodziną na pierwszą sobotę października. Odmawiając różaniec w kaplicy objawień, uświadomiłem sobie, jak bardzo jestem uzależniony od giełdy, że jest to prawdziwie diabelskie bagno, w którym się powoli pogrążam. Z całą szczerością serca przedstawiłem Matce Bożej problem mojego zniewolenia. Nie byłem jeszcze wtedy dostatecznie silny duchowo, aby przyrzec całkowite zerwanie z giełdą.
Wyjeżdżając z Baneux kupiłem sobie różaniec i od tamtego czasu zacząłem każdego dnia odmawiać jedną cząstkę w intencji uwolnienia z nałogu. Jednak dalej pasjonowałem się grą na giełdzie.
W grudniu 1997 r. otrzymałem od polskiego księdza książkę siostry Emmanuel „Medjugorie lata 90”. Przeczytałem ją jednym tchem. Lektura tej książki sprawiła, że zainteresowałem się objawieniami Matki Bożej w Medjugorie. Do głębi wstrząsnęły mną słowa Maryi, że całe zło, które dotyka dzisiejszy świat pochodzi od ludzi niewierzących, czyli od tych, którzy nie znają miłości Boga i chociaż niektórzy z nich uważają się za wierzących, to w rzeczywistości są praktycznymi ateistami, bo żyją tak, jakby Bóg nie istniał.
Wojny, podziały, narkomania, samobójstwa, rozwody, przerywanie ciąży, antykoncepcja, eutanazja, nienawiść, a więc całe zło świata dzieje się z powodu ludzi. praktycznie niewierzących. W książce tej wyczytałem, że Matka Boża bardzo kocha niewierzących i bardzo cierpi z ich powodu. Dlatego prosi o codzienną modlitwę w intencji ich nawrócenia. Wielkie wrażenie zrobiła na mnie prawda o istnieniu piekła. Chciałbym tu zacytować opowiadanie Vicki o tej pełnej symboliki wizji piekła, którą Matka Boża ukazała widzącym:
To potworne miejsce. Pośrodku płonie wielki ogień, ale to nie jest taki ogień, który znamy na ziemi. Widzieliśmy zupełnie zwyczajnych ludzi, takich, jakich się widuje na ulicy, którzy dobrowolnie rzucali się w ten ogień. Nikt ich nie popychał. Zanurzali się w ten ogień na różnej głębokości. Kiedy z niego wychodzili, byli podobni do dzikich zwierząt, wykrzykując swoją nienawiść, swój bunt i bluźniąc…
Trudno nam było uwierzyć, że to wciąż jeszcze są istoty ludzkie, tak bardzo byli zniekształceni, odczłowieczeni… Wobec tego widoku ogarnęło nas przerażenie i nie rozumieliśmy, jak coś tak potwornego mogło przytrafić się tym ludziom. Na szczęście obecność Gospy dodawała nam odwagi. Widzieliśmy młodą, piękną dziewczynę, która rzuciła się w ogień. Potem była podobna do potwora. Gospa tłumaczyła nam to wszystko: „Ci ludzie idą do piekła z własnej woli. To ich wybór. To ich decyzja. Nie bójcie się! Bóg każdemu dał wolność. Każdy w czasie ziemskiego życia może zdecydować się za lub przeciwko Bogu. Niektóre osoby są w pełni świadomości zawsze przeciwko Bogu, przeciwko Jego woli. Te osoby zaczynają przeżywać piekło we własnych sercach. A kiedy przychodzi śmierć, a one nie zmienią decyzji, wówczas to samo piekło trwa dalej”.
Gospa - zapytaliśmy - czy ci ludzie będą mogli któregoś dnia opuścić piekło? Piekło się nie kończy, a ci, którzy idą do piekła, nic już nie chcą od Boga otrzymać, dobrowolnie wybrali życie z dala od Boga, na zawsze! Bóg nie może zmusić żadnego człowieka, by ten Go kochał, A jak Bóg, skoro ma tak dobre Serce, zgadza się, by Jego dzieci szły na wieczne zatracenie? Dlaczego nie zagrodzi wejścia do piekła, albo dlaczego nie weźmie w ramiona tych wszystkich, którzy zamierzają rzucić się w ogień i nie przekona ich, by wybrały Jego raczej niż szatana? Zrozumieliby swoją pomyłkę! Ależ Bóg robi wszystko, żeby ich uratować! Wszystko! Jezus umarł za każdego z nas i Jego miłość jest wielka dla wszystkich. Zachęca nas, żebyśmy się bardzo zbliżali do Jego Serca, ale co ma zrobić wobec kogoś, kto nie chce Jego miłości? Nic nie może zrobić! Miłość nie stosuje przymusu!
Zrozumiałem jak tragiczne są w swoich skutkach konsekwencje grzechów: mogą duchowo tak mocno zniszczyć człowieka, że zacznie on traktować zło jako dobro, a to już jest krok do znienawidzenia Boga, czyli do piekła. Po lekturze tej książki postanowiłem jak najszybciej pojechać do Medjugorie. Wspólnie z polskim księdzem i kilkoma osobami z naszej parafii zaplanowaliśmy wyjazd w pierwszej połowie marca 1998 r. W okresie poprzedzającym nasz wyjazd na pielgrzymkę, wartość posiadanych przeze mnie akcji nagle się podwoiła. Sprzedałem wszystkie akcje. Jednak ostateczną decyzję odnośnie dalszej działalności na giełdzie odłożyłem do czasu powrotu z pielgrzymki.
Do Chorwacji polecieliśmy samolotem. Wylądowaliśmy w Splicie, a do Medjugorie pojechaliśmy taksówkami.
Na miejscu byliśmy w sobotę wieczorem o 21:30. Po kolacji odmówiliśmy przed zamkniętym kościołem cząstkę różańca i poszliśmy spać. Od 10 lat nosiłem na palcu drogocenny, złoty sygnet. Nigdy nie wyjeżdżałem z domu bez niego. Traktowałem go jako talizman, który przynosi mi szczęście w interesach. Pierwszego ranka po przyjeździe, ku mojemu ogromnemu zdziwieniu zauważyłem, że sygnet ten w niewytłumaczalny sposób uległ tajemniczemu pęknięciu, jakby go ktoś z wielką precyzją przeciął laserem. Byłem zaszokowany tym faktem, ale jeszcze w tamtym momencie nie zrozumiałem, co to miało znaczyć. W niedzielę rano poszliśmy wszyscy do spowiedzi.
Każdego dnia uczestniczyliśmy we Mszy św., modlitwach, adoracji i spotkaniach organizowanych dla pielgrzymów. W środę odbyliśmy drogę krzyżową na górę Krizewac. Przez całą drogę krzyżową niosłem bardzo ciężki kamień, który był dla mnie symbolem mojego zniewolenia przez giełdę. Z wielkim wysiłkiem doniosłem go do XIV stacji. Kładąc go tam, prosiłem Jezusa, aby uwolnił mnie od giełdowej obsesji i pomógł zmartwychwstać do nowego życia. Tego samego dnia wieczorem, po Mszy św., o. Slawko prowadził adorację Najświętszego Sakramentu. Mówił w różnych językach.
W pewnym momencie powiedział po polsku:
Jezu ufam Tobie.
Stało się wtedy ze mną coś niesamowitego, w sposób niemal namacalny doświadczyłem obecności Chrystusa. Rozpłakałem się. Były to łzy radości z odnalezienia największego Skarbu. Dopiero od tego momentu w całkiem innym świetle zobaczyłem całe moje życie. Zrozumiałem, że materialne bogactwo, pieniądze, o które tak zabiegałem, to są -po prostu- nic nie znaczące śmieci.
Uświadomiłem sobie wtedy z całą wyrazistością, że złoty sygnet byt symbolem mojego zniewolenia przez praktyczny materializm. Dopiero wtedy dotarto do mnie, że jego tajemnicze pęknięcie było znakiem Matki Bożej, aby pomóc mi wyzwolić się z kultu pieniądza i odnaleźć jedyny, największy Skarb, jakim jest Jej Syn, Jezus Chrystus. Pod koniec adoracji złożyłem przysięgę Matce Bożej i Panu Jezusowi, że definitywnie kończę z giełdową grą. Na znak mojego całkowitego zawierzenia Matce Bożej zostawiłem tam mój złoty sygnet jako votum, oraz przeznaczyłem znaczną sumę pieniędzy na budowę sierocińca dla wojennych sierot. Po powrocie do domu natychmiast zlikwidowałem wszystkie depozyty i definitywnie skończyłem z giełdową grą.
Zebrałem również wszystkie kasety z filmami erotycznymi i porno, które miałem w swoim domu, depcząc, dokładnie je zniszczyłem i wrzuciłem do śmietnika razem z rzeźbą indiańskiego diabła, którą kiedyś kupiłem w Meksyku. Powiedziałem wtedy do siebie: nażryj się diable tego gnoju, a ja już nigdy tym świństwem karmić się nie będę. Jest dla mnie oczywiste, że to dzięki wstawiennictwu Matki Bożej zostałem wyrwany z tej strasznej diabelskiej niewoli, z której nikt na świecie nie mógłby mnie wyzwolić i uleczyć.
Stałem się nowym człowiekiem. Odkryłem jak wielkim darem Boga są moja żona i dzieci. Od czasu pielgrzymki do Medjugorie poszczę w środy i piątki o chlebie i wodzie. Codziennie odmawiam trzy części różańca i, o dziwo, nie tylko znajduję na to czas przy moich licznych obowiązkach zawodowych, ale teraz o wiele szybciej, lepiej i sprawniej je wykonuję.
Moje uczestnictwo w Eucharystii przeżywam teraz całym sercem jako osobiste spotkanie z Jezusem. Wszystkich członków rodziny powierzyłem Matce Bożej i od tego czasu zaczęliśmy doświadczać w naszej rodzinnej wspólnocie wspaniałego działania Ducha Świętego.
Postanowiłem nigdy więcej nie wyjeżdżać z rodziną na zagraniczne wojaże w okresie Świąt Bożego Narodzenia i Wielkanocy, bo zrozumiałem, że są to największe Święta dla nas żyjących tu na ziemi. Na koniec chciałbym jeszcze raz podzielić się ze wszystkimi tym, co zrozumiałem dzięki Bożej łasce w Medjugorie, że materializm i pieniądze nigdy nie powinny się stać najważniejsze w życiu człowieka. Kiedy człowiek im ulegnie, to wtedy mogą go doprowadzić do zguby wiecznej.
Do głębi wstrząsnęły mną słowa św. Katarzyny, które wtedy przeczytałem:
„U kresu ziemskiego życia dusza zostaje na zawsze utrwalona w dobru i złu, które obrała według słów: „Gdzie cię zastanę”, co oznacza: w godzinie śmierci, z wolą utwierdzoną, w grzechu lub skrusze „tam cię osądzę”.
Tak łatwo jest się oszukiwać i wmawiać sobie, że jestem przecież porządnym, wierzącym i praktykującym katolikiem, a te drobne słabostki, które mną zawładnęły … przecież Pan Bóg nie jest aptekarzem …
***********************
Tyle –bardzo szczera- wypowiedź młodego Polaka. A ja? Czy sam siebie nie oszukuję, że przecież jestem wierzącym …. ? Gdzie mnie Boże zastaniesz? Jakim mnie osądzisz?


