navbar

032 - Sobota – IV tydzień WP



Nauka 32 – Gdzie cię znajdę, tam cię osądzę

 

Św. Katarzyna z Genui, w „Traktacie o czyśćcu”, pisze tak:

 

„… po śmierci dusza jest utwierdzona w złym albo dobrym, które obrała świadomie i dobrowolnie, wedle tego, co jest napisane: Gdzie cię znajdę - to znaczy, czy w godzinę śmierci wola będzie zwrócona do grzechu, czy też przejęta żalem za winy - tam cię osądzę.”

 

Te słowa nie docierają chyba do zbyt wielu katolików. Lekceważymy sobie stan naszej duszy, lekceważymy sobie nasze grzechy, lekceważymy sobie dawane nam przez Chrystusa szanse zmiany życia i nawrócenia… i nadal uważając się za wierzących, a nawet praktykujących katolików … coraz bardziej wsiąkamy w zło.

 

Oto opowieść człowieka, któremu także wydawało się, że można prowadzić podwójne życie.

 

***********************

Po zakończeniu studiów na Politechnice Śląskiej natychmiast wyjechałem do Niemiec jako „późny przesiedleniec” (Spätaussiedler). Zgodnie z naszym rodzinnym zwyczajem, przed opuszczeniem domu, klęcząc przyjąłem błogosławieństwo od moich rodziców. W drodze na autobus wstąpiłem na plebanię, aby pożegnać się z proboszczem, któremu przez wiele lat gorliwie służyłem do Mszy św. Ksiądz proboszcz zaprowadził mnie do kościoła i tam przed tabernakulum udzielił mi swojego kapłańskiego błogosławieństwa. Właśnie wtedy w ciszy własnego serca przyrzekłem Panu Bogu, że niezależnie od tego jak moje życie w Niemczech się potoczy, nigdy nie wyrzeknę się wiary w Niego i będę regularnie przystępował do sakramentów.

 

Osiadłem w dużym mieście na południu Niemiec. Na początku lat osiemdziesiątych sprawy przesiedlenia załatwiało się bardzo szybko. Zdobyłem więc bez problemów status późnego przesiedleńca. Po roku urządzania się na nowym miejscu Pan Bóg postawił na mojej drodze wspaniałą polską dziewczynę. Pobraliśmy się w 1983 r. w przepięknym kościele zamkowym. Dzięki mojej zaradności i przedsiębiorczości w krótkim czasie dorobiliśmy się domu jednorodzinnego, na którym ciążył niezbyt wysoki kredyt. Urodziło się nam dwoje dzieci.

 

Tu chciałbym podkreślić, że chociaż w tamtym czasie zdobycie materialnych bogactw było głównym celem mojego życia, to jednak przez cały czas intensywnego dorabiania się, nie zaprzepaściłem obyczajów, które przywiozłem z Polski. Nie chodziliśmy z żoną na spowiedzi ogólne, które są praktykowane w niemieckich kościołach, lecz szliśmy do spowiedzi indywidualnej dwa razy w roku, z okazji Bożego Narodzenia i Wielkanocy. Starałem się również z całą rodziną każdej niedzieli uczestniczyć we Mszy św. A przecież pomimo zachowywania tradycji przywiezionych z Polski, dzisiaj zdaję sobie sprawę z tego, że wtedy moja wiara była jednak martwa.

 

Od strony materialnej wszystko układało mi się nadzwyczaj pomyślnie. Po ośmiu latach pobytu w Niemczech razem ze wspólnikiem założyłem firmę budowlaną, która w krótkim czasie bardzo się rozrosła i do dnia dzisiejszego dobrze prosperuje. Mogliśmy więc pozwolić sobie na życie w prawdziwym luksusie, co oczywiście zostało wcześniej okupione bardzo ciężką i wyczerpującą pracą.

 

Od 1989 r. w okresie Bożego Narodzenia i Wielkanocy, z całą rodziną zaczęliśmy wyjeżdżać do różnych atrakcyjnych zakątków świata. Wprawdzie przed wyjazdem szliśmy wszyscy do spowiedzi i Komunii św., jednak nie zawsze tam, gdzie jechaliśmy, byt katolicki kościół. Często więc w Boże Narodzenie i w Wielkanoc nie mogliśmy być na Mszy św. Rodził się wtedy pewien niepokój sumienia, który jednak szybko zagłuszałem.

 

Na wiosnę 1995 r. w czasie dużego spadku cen akcji na giełdzie podjąłem decyzję, aby wziąć czynny udział w transakcjach giełdowych. Zaryzykowałem i zaangażowałem do wykupu akcji prawie wszystkie pieniądze. Zdawałem sobie sprawę, że w krótkim czasie mogę zdobyć ogromną fortunę lub wszystko stracić. I tak też się stało, po półrocznej intensywnej grze na giełdzie straciłem tak dużo, że znalazłem się na krawędzi bankructwa. Nie dałem jednak za wygraną i udało się: w ciągu roku odzyskałem stracone pieniądze. Kupno, sprzedaż, skoki cen akcji, tak bardzo mnie każdego dnia angażowały, że gra na giełdzie praktycznie stała się najważniejsza w moim życiu. Kompletnie zaniedbywałem wychowywanie moich dzieci i sprawy rodzinne. Jeżeli dzieci zwracały się do mnie z różnymi problemami, to dawałem im pieniądze, aby nie zawracały mi głowy i nie przeszkadzały w kalkulacjach giełdowych. Zostałem owładnięty giełdową obsesją, jakimś strasznym rodzajem duchowego uzależnienia, chyba jeszcze gorszego aniżeli alkoholizm czy narkomania. Całego siebie oddałem giełdowej grze. Z tego powodu traciłem również powoli kontrolę nad moją firmą.

 

Godzinami przesiadywałem przed telewizorem, śledząc wszystkie rynki światowe i opracowując nowe transakcje zakupu i sprzedaży. Nawet podczas niedzielnych Mszy św. w mojej wyobraźni przesuwał się film kursów akcji, które byty w moim posiadaniu. Żądza zysku była tak wielka, że na kupno nowych akcji, zaciągnąłem w banku duży kredyt. Kiedy kursy moich akcji szły w górę, byłem szczęśliwy i hojny, kiedy spadały w dół, traciłem prawie całkowicie apetyt i stawałem się agresywny dla otoczenia, a szczególnie dla żony i dzieci.

 

Bóg w swoim miłosierdziu dał mi jednak szansę wyrwania się z tego piekielnego zniewolenia. Postawił na mojej drodze polskiego księdza, który jest duszpasterzem w mojej okolicy. Tak się złożyło, że w październiku 1997 poniosłem ciężkie straty w giełdowych interesach i byłem bliski załamania. Ksiądz ten zaproponował mi wyjazd z całą rodziną do belgijskiego sanktuarium w Baneux, gdzie w 1932 r. objawiła się Matka Boża.

 

Pojechaliśmy tam z całą rodziną na pierwszą sobotę października. Odmawiając różaniec w kaplicy objawień, uświadomiłem sobie, jak bardzo jestem uzależniony od giełdy, że jest to prawdziwie diabelskie bagno, w którym się powoli pogrążam. Z całą szczerością serca przedstawiłem Matce Bożej problem mojego zniewolenia. Nie byłem jeszcze wtedy dostatecznie silny duchowo, aby przyrzec całkowite zerwanie z giełdą.

Wyjeżdżając z Baneux kupiłem sobie różaniec i od tamtego czasu zacząłem każdego dnia odmawiać jedną cząstkę w intencji uwolnienia z nałogu. Jednak dalej pasjonowałem się grą na giełdzie.

 

W grudniu 1997 r. otrzymałem od polskiego księdza książkę siostry Emmanuel „Medjugorie lata 90”. Przeczytałem ją jednym tchem. Lektura tej książki sprawiła, że zainteresowałem się objawieniami Matki Bożej w Medjugorie. Do głębi wstrząsnęły mną słowa Maryi, że całe zło, które dotyka dzisiejszy świat pochodzi od ludzi niewierzących, czyli od tych, którzy nie znają miłości Boga i chociaż niektórzy z nich uważają się za wierzących, to w rzeczywistości są praktycznymi ateistami, bo żyją tak, jakby Bóg nie istniał.

 

Wojny, podziały, narkomania, samobójstwa, rozwody, przerywanie ciąży, antykoncepcja, eutanazja, nienawiść, a więc całe zło świata dzieje się z powodu ludzi. praktycznie niewierzących. W książce tej wyczytałem, że Matka Boża bardzo kocha niewierzących i bardzo cierpi z ich powodu. Dlatego prosi o codzienną modlitwę w intencji ich nawrócenia. Wielkie wrażenie zrobiła na mnie prawda o istnieniu piekła. Chciałbym tu zacytować opowiadanie Vicki o tej pełnej symboliki wizji piekła, którą Matka Boża ukazała widzącym:

 

To potworne miejsce. Pośrodku płonie wielki ogień, ale to nie jest taki ogień, który znamy na ziemi. Widzieliśmy zupełnie zwyczajnych ludzi, takich, jakich się widuje na ulicy, którzy dobrowolnie rzucali się w ten ogień. Nikt ich nie popychał. Zanurzali się w ten ogień na różnej głębokości. Kiedy z niego wychodzili, byli podobni do dzikich zwierząt, wykrzykując swoją nienawiść, swój bunt i bluźniąc…

 

Trudno nam było uwierzyć, że to wciąż jeszcze są istoty ludzkie, tak bardzo byli zniekształceni, odczłowieczeni… Wobec tego widoku ogarnęło nas przerażenie i nie rozumieliśmy, jak coś tak potwornego mogło przytrafić się tym ludziom. Na szczęście obecność Gospy dodawała nam odwagi. Widzieliśmy młodą, piękną dziewczynę, która rzuciła się w ogień. Potem była podobna do potwora. Gospa tłumaczyła nam to wszystko: „Ci ludzie idą do piekła z własnej woli. To ich wybór. To ich decyzja. Nie bójcie się! Bóg każdemu dał wolność. Każdy w czasie ziemskiego życia może zdecydować się za lub przeciwko Bogu. Niektóre osoby są w pełni świadomości zawsze przeciwko Bogu, przeciwko Jego woli. Te osoby zaczynają przeżywać piekło we własnych sercach. A kiedy przychodzi śmierć, a one nie zmienią decyzji, wówczas to samo piekło trwa dalej”.

 

Gospa - zapytaliśmy - czy ci ludzie będą mogli któregoś dnia opuścić piekło? Piekło się nie kończy, a ci, którzy idą do piekła, nic już nie chcą od Boga otrzymać, dobrowolnie wybrali życie z dala od Boga, na zawsze! Bóg nie może zmusić żadnego człowieka, by ten Go kochał, A jak Bóg, skoro ma tak dobre Serce, zgadza się, by Jego dzieci szły na wieczne zatracenie? Dlaczego nie zagrodzi wejścia do piekła, albo dlaczego nie weźmie w ramiona tych wszystkich, którzy zamierzają rzucić się w ogień i nie przekona ich, by wybrały Jego raczej niż szatana? Zrozumieliby swoją pomyłkę! Ależ Bóg robi wszystko, żeby ich uratować! Wszystko! Jezus umarł za każdego z nas i Jego miłość jest wielka dla wszystkich. Zachęca nas, żebyśmy się bardzo zbliżali do Jego Serca, ale co ma zrobić wobec kogoś, kto nie chce Jego miłości? Nic nie może zrobić! Miłość nie stosuje przymusu!

 

Zrozumiałem jak tragiczne są w swoich skutkach konsekwencje grzechów: mogą duchowo tak mocno zniszczyć człowieka, że zacznie on traktować zło jako dobro, a to już jest krok do znienawidzenia Boga, czyli do piekła. Po lekturze tej książki postanowiłem jak najszybciej pojechać do Medjugorie. Wspólnie z polskim księdzem i kilkoma osobami z naszej parafii zaplanowaliśmy wyjazd w pierwszej połowie marca 1998 r. W okresie poprzedzającym nasz wyjazd na pielgrzymkę, wartość posiadanych przeze mnie akcji nagle się podwoiła. Sprzedałem wszystkie akcje. Jednak ostateczną decyzję odnośnie dalszej działalności na giełdzie odłożyłem do czasu powrotu z pielgrzymki.

 

Do Chorwacji polecieliśmy samolotem. Wylądowaliśmy w Splicie, a do Medjugorie pojechaliśmy taksówkami.

Na miejscu byliśmy w sobotę wieczorem o 21:30. Po kolacji odmówiliśmy przed zamkniętym kościołem cząstkę różańca i poszliśmy spać. Od 10 lat nosiłem na palcu drogocenny, złoty sygnet. Nigdy nie wyjeżdżałem z domu bez niego. Traktowałem go jako talizman, który przynosi mi szczęście w interesach. Pierwszego ranka po przyjeździe, ku mojemu ogromnemu zdziwieniu zauważyłem, że sygnet ten w niewytłumaczalny sposób uległ tajemniczemu pęknięciu, jakby go ktoś z wielką precyzją przeciął laserem. Byłem zaszokowany tym faktem, ale jeszcze w tamtym momencie nie zrozumiałem, co to miało znaczyć. W niedzielę rano poszliśmy wszyscy do spowiedzi.

 

Każdego dnia uczestniczyliśmy we Mszy św., modlitwach, adoracji i spotkaniach organizowanych dla pielgrzymów. W środę odbyliśmy drogę krzyżową na górę Krizewac. Przez całą drogę krzyżową niosłem bardzo ciężki kamień, który był dla mnie symbolem mojego zniewolenia przez giełdę. Z wielkim wysiłkiem doniosłem go do XIV stacji. Kładąc go tam, prosiłem Jezusa, aby uwolnił mnie od giełdowej obsesji i pomógł zmartwychwstać do nowego życia. Tego samego dnia wieczorem, po Mszy św., o. Slawko prowadził adorację Najświętszego Sakramentu. Mówił w różnych językach.

 

W pewnym momencie powiedział po polsku:

Jezu ufam Tobie.

Stało się wtedy ze mną coś niesamowitego, w sposób niemal namacalny doświadczyłem obecności Chrystusa. Rozpłakałem się. Były to łzy radości z odnalezienia największego Skarbu. Dopiero od tego momentu w całkiem innym świetle zobaczyłem całe moje życie. Zrozumiałem, że materialne bogactwo, pieniądze, o które tak zabiegałem, to są -po prostu- nic nie znaczące śmieci.

 

Uświadomiłem sobie wtedy z całą wyrazistością, że złoty sygnet byt symbolem mojego zniewolenia przez praktyczny materializm. Dopiero wtedy dotarto do mnie, że jego tajemnicze pęknięcie było znakiem Matki Bożej, aby pomóc mi wyzwolić się z kultu pieniądza i odnaleźć jedyny, największy Skarb, jakim jest Jej Syn, Jezus Chrystus. Pod koniec adoracji złożyłem przysięgę Matce Bożej i Panu Jezusowi, że definitywnie kończę z giełdową grą. Na znak mojego całkowitego zawierzenia Matce Bożej zostawiłem tam mój złoty sygnet jako votum, oraz przeznaczyłem znaczną sumę pieniędzy na budowę sierocińca dla wojennych sierot. Po powrocie do domu natychmiast zlikwidowałem wszystkie depozyty i definitywnie skończyłem z giełdową grą.

 

Zebrałem również wszystkie kasety z filmami erotycznymi i porno, które miałem w swoim domu, depcząc, dokładnie je zniszczyłem i wrzuciłem do śmietnika razem z rzeźbą indiańskiego diabła, którą kiedyś kupiłem w Meksyku. Powiedziałem wtedy do siebie: nażryj się diable tego gnoju, a ja już nigdy tym świństwem karmić się nie będę. Jest dla mnie oczywiste, że to dzięki wstawiennictwu Matki Bożej zostałem wyrwany z tej strasznej diabelskiej niewoli, z której nikt na świecie nie mógłby mnie wyzwolić i uleczyć.

 

Stałem się nowym człowiekiem. Odkryłem jak wielkim darem Boga są moja żona i dzieci. Od czasu pielgrzymki do Medjugorie poszczę w środy i piątki o chlebie i wodzie. Codziennie odmawiam trzy części różańca i, o dziwo, nie tylko znajduję na to czas przy moich licznych obowiązkach zawodowych, ale teraz o wiele szybciej, lepiej i sprawniej je wykonuję.

 

Moje uczestnictwo w Eucharystii przeżywam teraz całym sercem jako osobiste spotkanie z Jezusem. Wszystkich członków rodziny powierzyłem Matce Bożej i od tego czasu zaczęliśmy doświadczać w naszej rodzinnej wspólnocie wspaniałego działania Ducha Świętego.

 

Postanowiłem nigdy więcej nie wyjeżdżać z rodziną na zagraniczne wojaże w okresie Świąt Bożego Narodzenia i Wielkanocy, bo zrozumiałem, że są to największe Święta dla nas żyjących tu na ziemi. Na koniec chciałbym jeszcze raz podzielić się ze wszystkimi tym, co zrozumiałem dzięki Bożej łasce w Medjugorie, że materializm i pieniądze nigdy nie powinny się stać najważniejsze w życiu człowieka. Kiedy człowiek im ulegnie, to wtedy mogą go doprowadzić do zguby wiecznej.

 

Do głębi wstrząsnęły mną słowa św. Katarzyny, które wtedy przeczytałem:

 

„U kresu ziemskiego życia dusza zostaje na zawsze utrwalona w dobru i złu, które obrała według słów: „Gdzie cię zastanę”, co oznacza: w godzinie śmierci, z wolą utwierdzoną, w grzechu lub skrusze „tam cię osądzę”.

 

Tak łatwo jest się oszukiwać i wmawiać sobie, że jestem przecież porządnym, wierzącym i praktykującym katolikiem, a te drobne słabostki, które mną zawładnęły  … przecież Pan Bóg nie jest aptekarzem …

 

***********************

 

Tyle –bardzo szczera- wypowiedź młodego Polaka. A ja? Czy sam siebie nie oszukuję, że przecież jestem wierzącym …. ? Gdzie mnie Boże zastaniesz? Jakim mnie osądzisz?

Comments are closed.


Kalendarz
March 2017
S M T W T F S
« Mar    
 1234
567891011
12131415161718
19202122232425
262728293031