<?xml version="1.0" encoding="UTF-8"?>
<!-- generator="wordpress/2.0.4" -->
<rss version="2.0" 
	xmlns:content="http://purl.org/rss/1.0/modules/content/"
	xmlns:wfw="http://wellformedweb.org/CommentAPI/"
	xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/"
	>

<channel>
	<title>Rekolekcje</title>
	<link>http://rekolekcje.ovh.org/WordPress</link>
	<description>co mnie w życiu naprawdę interesuje</description>
	<pubDate>Tue, 10 May 2011 07:55:23 +0000</pubDate>
	<generator>http://wordpress.org/?v=2.0.4</generator>
	<language>en</language>
			<item>
		<title>01 - Środa Popielcowa</title>
		<link>http://rekolekcje.ovh.org/WordPress/?p=8</link>
		<comments>http://rekolekcje.ovh.org/WordPress/?p=8#comments</comments>
		<pubDate>Mon, 08 Oct 2007 23:04:45 +0000</pubDate>
		<dc:creator>kazikq</dc:creator>
		
	<category>Rekolekcje Wielkopostne</category>
		<guid isPermaLink="false">http://rekolekcje.ovh.org/WordPress/?p=8</guid>
		<description><![CDATA[Wstęp: Wierzyć dzisiaj
Nauka 1 – Rekolekcje - czas rachunku sumienia
Nie są rekolekcje wielkopostne -na pewno- czasem, kiedy ksiądz „wyżywa” się na wiernych, strasząc ich piekłem i wiecznym potępieniem. Nie można sobie pozwalać na ustawiczne strofowanie i karcenie ludzi. Trzeba na pewno umieć ludziom dać nadzieję, ukazać ich powołanie do wiecznej szczęśliwości. Ale jednocześnie trzeba nam [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Wstęp: <strong>Wierzyć dzisiaj</strong></p>
<p><strong>Nauka 1 – Rekolekcje - czas rachunku sumienia</strong></p>
<p>Nie są rekolekcje wielkopostne -na pewno- czasem, kiedy ksiądz „wyżywa” się na wiernych, strasząc ich piekłem i wiecznym potępieniem. Nie można sobie pozwalać na ustawiczne strofowanie i karcenie ludzi. Trzeba na pewno umieć ludziom dać nadzieję, ukazać ich powołanie do wiecznej szczęśliwości. Ale jednocześnie trzeba nam podejść poważniej i bardziej refleksyjnie do niektórych podstawowych i fundamentalnych problemów naszych czasów, do problemu naszej wiary, naszej odpowiedzialności za nią, naszej dorosłości. Nie może być jednak i tak, że o wierze mówimy tylko i wyłącznie w sposób ogólnikowy, infantylny i miałki. Wiara jest zbyt poważną rzeczywistością, żeby traktować ją po dziecinnemu i marginalnie. Tym bardziej, że w czasach współczesnych wydaje się jakby wiara przeżywała kryzys, a wierzący byli wystawieni na różnego rodzaju pokusy odejścia, zwątpienia, odrzucenia jej. Jest to niewątpliwie spowodowane naporem pogańskiej i ateistycznej filozofii materializmu praktycznego, egoizmu w życiu społecznym i laksyzmu moralnego.</p>
<p>Jest jednak na pewno i tak, wiara dzisiaj nie jest sprawą ani łatwą, ani oczywistą, nie jest niepodważalna, nie jest czymś naturalnym i niekwestionowanym. O wiarę trzeba jednak walczyć, trzeba ją rozumieć, trzeba ją rozwijać, trzeba jej strzec. Wiara jest ogromnym skarbem, który Bóg złożył w naszym sercu, a my „przechowujemy ten skarb w naczyniach glinianych, aby z Boga była owa przeogromna moc, a nie z nas.” (2 Kor 4,7) Wiarę trzeba więc najpierw rozpoznać jako skarb, zrozumieć i chronić. I temu właśnie mają służyć rekolekcje. Rozpoznawaniu wiary, jako skarbu, powierzonego indywidualnie, każdemu z nas. W przeciwnym wypadku, w sytuacji kryzysu, sami jesteśmy odpowiedzialni z jej utratę i osłabienie. A tak często się dzisiaj dzieje, że ludzie wychowani (?) w wierze tracą ją, odchodzą od niej – dla różnych przyczyn- zapierają się wiary i Boga, odrzucają przykazania. Pośród tych przyczyn utraty wiary, obok czysto zewnętrznych, najważniejsza jednak jest zawsze!!! własna niedbałość, niedorozwój, lekceważenie i brak troski o jej pogłębienie. Oczywistym jest, że czasami gorszące zachowanie niektórych duszpasterzy ma swój niemały udział w osłabieniu wiary, ale dlatego tym bardziej potrzeba nam wiary odpowiedzialnej i dorosłej, wiary mocnej i głębokiej, aby umieć te sytuacje kryzysowe przetrwać, wyjść z nich zwycięsko, z wiarą bardziej dojrzałą i pogłębioną.</p>
<p>Jest to tym bardziej ważne, że toczy się dzisiaj bardzo poważna, niemal zażarta walka o duszę człowieka i to walka bardzo perfidna, której celem jest zasiać w ludzkiej duszy zwątpienie, zniechęcenie, odrazę, niechęć, obojętność, cynizm. W walce tej przeciwnik używa wszelkich możliwych środków, wszelkich niedozwolonych chwytów i z perfidią próbuje nas tego skarbu pozbawić. Św. Piotr wprost pisze na ten temat w swoim liście: „Bądźcie trzeźwi! Czuwajcie! Przeciwnik wasz, diabeł, jak lew ryczący krąży szukając kogo pożreć.” (1P 5,8)</p>
<p>A my? Czy my potrafimy tego skarbu chronić, czy jest nam to raczej obojętne? Czy jesteśmy czujni, wyczuleni na wspomniane zakusy złego? Ktoś, kto nic nie robi, aby wiarę swoją rozwijać, naraża się na bardzo realne niebezpieczeństwo jej utraty. A to przecież nie kto inny, ale ja sam jestem odpowiedzialny za ten powierzony mi skarb. To ja sam mam go rozwijać i bronić. Nie dzieje się to automatycznie i wbrew mojej woli. A co –tak naprawdę- robię? Na tym właśnie polega wolność człowieka i zarazem delikatność Boga, że On nas do niczego nie przymusza, że On nam wiarę w wolności proponuje, do wiary nas zaprasza, a ja mogę ją wybrać, albo odrzucić. Wybrawszy jednak, jestem za nią odpowiedzialny! Tym bardziej odpowiedzialny w obliczu natężającej się walki z wiarą, w obliczu praktycznego ateizmu, w obliczu realnej groźby spoganienia.</p>
<p>Co więcej, ta walka staje się coraz bardziej bezwzględna i totalna, a zarazem coraz bardziej zakamuflowana i prowadzona pod przewrotnymi hasłami wolności i racjonalności. Jak pisze Ks. bp. Stanisław Wielgus:</p>
<p>„Współczesne &#8220;areopagi&#8221; - używając tu słów Ojca Świętego - a więc świat mediów, kultury, rozrywki, nauki, biznesu, polityki - uległy w znacznej mierze dechrystianizacji i neopogaństwu.</p>
<p>Dla rozgłosu, z chciwości, z nienawiści do Kościoła, areopagi te rozpowszechniają zło, banalizują je i relatywizują. Na porządku dziennym w krajach wyrosłych z chrześcijańskiej kultury napotykamy na bluźnierstwa, wyszydzanie wiary i moralności chrześcijańskiej, zachęcanie do przemocy i rozpusty oraz rozpowszechnianie pojęcia wolności pojętej jako anarchia moralna, tj. wolności od wszystkiego i do wszystkiego, jako wolności do popełniania wszelkich, wołających wprost o pomstę do nieba grzechów. Tak pojęta wolność, a obok niej obowiązkowa tolerancja wobec łamania wszystkich przykazań oraz przyjemność - jako jedyna zasada postępowania - stały się fundamentalnymi &#8220;wartościami&#8221;, na których buduje się życie jednostek i społeczeństw w krajach kierowanych przez liberalny ateizm.”</p>
<p>I w takiej rzeczywistości, powszechnego liberalizmu i pogardy dla wiary i wartości moralnych, mamy utrzymać, pogłębić i przekazywać wiarę. Jak można to robić nie będąc samemu świadom tego, w co wierzę? Jak można to robić, lekceważąc sobie obowiązek rozwijania i pogłębiania swojej wiary?</p>
<p>A jednocześnie, ze strony niektórych (niekoniecznie oficjalnych) przedstawicieli Kościoła, tak jak i ze strony wielu katolików, mamy nijakość i miałkość, infantylny hurraoptymizm i unikanie tematów trudnych, bolesnych, a czasami nawet żenujących. Preferuje się pozytywizm i optymizm na siłę, teologię zaokrąglonych kantów, moralność bez zobowiązań i etykę bez przykazań, synkretyzm i rozwadnianie. Tenże sam autor dodaje:</p>
<p>„Jest u części współczesnych katolickich teologów i publicystów, nawiasem mówiąc akceptowanych, a nawet wysoko cenionych przez liberalne media - jako otwartych na współczesny świat intelektualistów - wyraźna tendencja do eliminowania z przedstawianego obrazu współczesnego świata, wiary i Kościoła zjawisk zatrważających czy niepokojących. Ci, którzy ważą się o nich mówić, krytykowani są od razu jako fundamentaliści i nietolerancyjni defetyści, czarno widzący świat i wprowadzający do społecznej świadomości rozterkę i niepotrzebny niepokój. Wzywa się ich do pozytywnych tylko wypowiedzi o moralnej i religijnej kondycji współczesnego świata. Zgodnie< zresztą z zasadami postmodernistycznej &#8220;poprawności politycznej&#8221;, która głosi obowiązek akceptowania wszelkich poglądów i wszelkich anomalii moralnych, a jednocześnie wzywa - zgodnie z zasadami ateistycznego liberalizmu - do odrzucenia Boga i chrześcijańskiej moralności. Jak inaczej bowiem można wytłumaczyć przygotowywanie przyszłej konstytucji zjednoczonej Europy bez żadnego odniesienia do Boga i do chrześcijaństwa, które zbudowało przecież kulturę europejską? Jak inaczej można zrozumieć ostatnie wezwanie, skierowane przez Radę Europy do katolickich krajów, w tym zwłaszcza do Polski i Irlandii, by zaakceptowały prawo do mordowania nienarodzonych dzieci na życzenie?”</p>
<p>I jak -w takiej sytuacji- zachowują się współcześni katolicy? Jaka może i powinna być moja odpowiedź na pokusy współczesnego świata? Czy wiem np. że popieranie w wyborach tych kandydatów politycznych, którzy jawnie opowiadają się za aborcją i eutanazją powoduje, że sam wykluczam się z uczestnictwa i przyjmowania Komunii Świętej, która przecież jest Sakramentem Życia? O tego rodzaju dylematach trzeba bardzo jasno i klarownie mówić, trzeba wyjaśniać to ludziom i wskazywać im drogi dojrzałe wiary we współczesnym zlaicyzowanym, a nawet spoganiałym świecie.</p>
<p>I temu właśnie służą proponowane przeze mnie rekolekcje, szczególnie te w okresie Wielkiego Postu, który przygotowuje nas na święta zwycięstwa Życia nad śmiercią, na święta, które „sprawdzają” głębię naszej wiary.</p>
<p>Zapraszam do refleksji nad wiarą, nad pytaniem: „jak wierzyć dzisiaj?”<br />
www.kazania.org
</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRSS>http://rekolekcje.ovh.org/WordPress/?feed=rss2&amp;p=8</wfw:commentRSS>
		</item>
		<item>
		<title>02 - Czwartek po Popielcu</title>
		<link>http://rekolekcje.ovh.org/WordPress/?p=9</link>
		<comments>http://rekolekcje.ovh.org/WordPress/?p=9#comments</comments>
		<pubDate>Tue, 09 Oct 2007 01:46:04 +0000</pubDate>
		<dc:creator>kazikq</dc:creator>
		
	<category>Rekolekcje Wielkopostne</category>
		<guid isPermaLink="false">http://rekolekcje.ovh.org/WordPress/?p=9</guid>
		<description><![CDATA[Nauka 2 – Odkryć na nowo człowieczeństwo
W sytuacji zarysowanej wcześniej, wiara to już nie tylko sprawa osobista, prywatna, wstydliwa. Wiara staje się czymś ważnym publicznie i zarazem czymś istotnym dla człowieka. Nie może on z jednej strony –rzekomo- przyjmować propozycji Stwórcy, a z drugiej strony jej sobie lekceważyć i spychać na margines, lub unikać spraw [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><strong>Nauka 2 – Odkryć na nowo człowieczeństwo</strong></p>
<p>W sytuacji zarysowanej wcześniej, wiara to już nie tylko sprawa osobista, prywatna, wstydliwa. Wiara staje się czymś ważnym publicznie i zarazem czymś istotnym dla człowieka. Nie może on z jednej strony –rzekomo- przyjmować propozycji Stwórcy, a z drugiej strony jej sobie lekceważyć i spychać na margines, lub unikać spraw trudnych. Wiara nie może być jedynie zaangażowaniem sentymentalnym i uczuciowym. Musi ona być mądra i odpowiedzialna, musi być roztropna i rozumna. Ktoś, kto zrozumiał rolę wiary w swoim życiu zgodzi się z twierdzeniem, że ona staje się czymś najważniejszym, a zarazem czymś najbardziej osobistym, staje się owym biblijnym skarbem, perłą, której się szuka i dla której warto „sprzedać wszystko co się posiada”. (Mt 13,44-46) A jednocześnie -tak rozumiana i przeżywana- wiara domaga się dzielenia, domaga się mówienia o niej, domaga się samorzutnie świadectwa. Ktoś, kto poznał Prawdę nie może i nie chce tego zatrzymać dla siebie, chce się tym z innymi podzielić, chce o tym opowiedzieć. Jest to przecież naturalne, że o rzeczach głęboko przeżytych chce się mówić, że poznawszy i ukochawszy Boga, chcę tą miłością zarazić innych. W przeciwnym razie jestem sobkiem, egoistą, zachowującym to co najcenniejsze dla siebie. Aby jednak wiara stała się takim właśnie skarbem, którym chcę się z innymi podzielić, muszę ją najpierw ja sam odkryć, poznać, uznać jej wartość.</p>
<p>I dlatego o wierze nie możemy jedynie mówić ogólnikowo, pobłażliwie i nijako, nie możemy zamknąć się w ramkach „świętego obrazka” i ograniczyć się do paru pobożnych sloganów i frazesów. Stąd, proszę wybaczyć ton tychże rekolekcji, czasami bardzo drażniący i denerwujący, a nawet prowokujący. Nie jest –na pewno- moim celem obrażanie słuchacza, czy paternalistyczne karcenie go, lub pouczanie z wyżyn ambony, lecz raczej zmuszenie do refleksji, do przemyślenia, do dyskusji, do osobistej odpowiedzi na pytanie: „jaka jest moja wiara?” Dlatego też używam takich właśnie drażniących środków, aby Słuchacza wyrwać z bierności, z niezaangażowania i niejako sprowokować Go do ponownego przemyślenia problemu „Co dla mnie znaczy - wierzyć dzisiaj?” Albo inaczej: „Jak mam wierzyć dzisiaj?”</p>
<p>Jednym z podstawowych zadań współczesnego człowieka jest zachowanie człowieczeństwa wobec odczłowieczających zakusów świata. Być człowiekiem dzisiaj, to przede wszystkim samodzielnie myśleć i umieć rozpoznać nie tylko swoje prawa (o których dokoła nas tak głośno się krzyczy), ale i obowiązki, o których czasami wolimy nie pamiętać. Ale to także umiejętność rozpoznania swego prawdziwego miejsca w świecie. To prawda, że człowiek jest miarą wszystkiego, ale też z drugiej strony, butne negowanie istnienia Stwórcy i Prawodawcy Moralnego prowadzi donikąd. I tego nie wolno człowiekowi zapomnieć. Jak mówił Papież Jan Paweł II, „Człowieka można zrozumieć jedynie w Chrystusie. Człowiek nie może sam siebie do końca zrozumieć bez Chrystusa”. Bez Chrystusa, bez Boga, człowiek staje się bestią zdolną do największego okrucieństwa, czego przykładów w minionym, XX wieku mieliśmy aż nadto. Bez Chrystusa, człowiek traci swój punkt odniesienia i wszystko relatywizuje odnosząc jedynie do siebie. Bez Chrystusa jest tylu prawodawców i punktów odniesienia ilu jest ludzi na świecie, i każdy ma swoje racje niepodważalne. A wtedy oczywistym się staje jedynie prawo dżungli, prawo silniejszego. I to jest to co zaobserwować możemy dzisiaj, w „demokratycznych” (???) społeczeństwach, gdzie wolność osobista przerodziła się w tyranię indywidualizmu tych, którzy głośniej krzyczą. Bo nie ma żadnego punktu odniesienia, bo moralność została zastąpiona liberalizmem, a uczciwość zyskiem.</p>
<p>J. Gaarder, który zasłynął jako autor „Świata Zofii”, zaproponował, żeby opracować „Powszechną Deklarację Zobowiązań Człowieka”. Rzeczywiście należałoby uaktywnić w człowieku moralną intuicję. Na nowo odpowiedzialnie podjąć pytania o sens i cel istnienia, pytania o rolę i znaczenie Boga w życiu współczesnego człowieka. Należałoby próbować ocalić osobę w sobie i w bliźnim. Aby się to jednak naprawdę udało, musimy na nowo zapalić światło czytelnych reguł moralnych, których mocodawcą jest sam Bóg. Tego rodzaju przedsięwzięcie będzie możliwe tylko wtedy, gdy sam człowiek zaakceptuje, że jest czymś więcej niż maszynką do robienia pieniędzy i przetwarzania wszelkiego rodzaju dóbr konsumpcyjnych. Gdy dostrzeże, że jako jednostka nie jest on ani ostateczną, ani powszechną miarą wszystkiego. Człowiek jest bowiem o tyle człowiekiem, o ile zdaje sobie sprawę ze swoich ludzkich praw, ale także ludzkich obowiązków. A jednym z podstawowych obowiązków człowieka jest uczciwe myślenie i krytyczny stosunek do siebie samego. To ciekawe, że w dzisiejszych konsumpcyjnych i liberalistycznych społeczeństwach, tak mocno podkreśla się prawo, ale jednocześnie zawsze jest to prawo silniejszego, prawo tego, który ma władzę, pieniądze, monopol &#8230; I jest tak zarówno w przypadku układów pracodawca – pracownik, matka w ciąży i jej dziecko, bogate społeczeństwa północy i ubogie państwa południa. Już tylko na tych przykładach widać jak daleko można odczłowieczyć życie, kiedy zapomni się, że ponad człowiekiem jest jeszcze Ostateczny Prawodawca i Stwórca, że jest  Bóg.</p>
<p>W takim świecie, w którym szeroko propagowana laickość przyjmuje znamiona ateistycznej religii laicyzmu, katolik musi sobie uświadomić, że jego życie na wszystkich poziomach powinno być przesiąknięte nie laickością, ale właśnie wiarą. Katolik musi być wewnętrznie przekonany, że jego postawy powinny być jasne i klarowne, dalekie od fanatyzmu i klerykalizmu, ale jednak zdecydowanie wyraziste i religijne, a nie byle jakie czy nijakie. Nie możemy dać się zastraszyć i pozwolić, aby religię znowu zepchnięto na margines prywatności i wstydliwości, jak to miało miejsce w totalitarnych systemach komunizmu czy socjalizmu. Nie możemy pozwolić, aby, to co stanowi centrum i istotę, najważniejszą tkankę naszego życia stało się wstydliwym marginesem, jak próbują nam to wmówić nowe, laickie totalitaryzmy. Nie może na pewno być tak, że religia, wiara, katolicyzm stają się walczące, fanatycznie ślepe i narzucające się, ale też ktoś, kto deklaruje się jako wierzący nie może być letni i nijaki, zgodnie ze słowami Chrystusa: „Znam twoje czyny, że ani zimny, ani gorący nie jesteś. Obyś był zimny albo gorący! A tak, skoro jesteś letni i ani gorący, ani zimny, chcę cię wypluć z mych ust.”( Ap 3,15-16) I dlatego na przykład absurdalnym jest powiedzenie: „Jestem wierzący, ale nie praktykujący”. Wiara bowiem, to nie tylko sentymentalne przekonania, to także sposób życia na co dzień, to świadectwo, to dzielenie się i wyznanie jej, także w sposób publiczny.</p>
<p>I dlatego takie rekolekcje wielkopostne są okazją do zrewidowania wiary i to zarówno na poziomie indywidualnym, jak i społecznym. Jest to pewnego rodzaju okazja do zbiorowego rachunku sumienia, do refleksji nad zagrożeniami zewnętrznymi, ale jeszcze bardziej nad zagrożeniami wewnętrznymi naszej wiary. Dlatego też nie chcemy i nie możemy -w imię nie zrażania sobie słuchacza- unikać tematów trudnych i kwestii drażliwych. Nie może to być na pewno ustawiczne utyskiwanie i narzekanie, moralizatorstwo i pouczanie z „wyżyn ambony”, ale też nie może to być infantylne „zagłaskanie kota” dla świętego spokoju, aby nie stracić wiernych. Niech więc nasze „TAK” będzie „TAK”, a nasze „NIE” niech będzie „NIE”, zgodnie z zaleceniem Zbawiciela: „Niech wasza mowa będzie: Tak, tak; nie, nie. A co nadto jest, od Złego pochodzi.” (Mt 5,37)</p>
<p>A wszystko to w imię ustawicznego „stawania w prawdzie”. Niech będzie to „stawanie w Prawdzie” wobec Boga i wobec siebie samego, nawet jeśli czasami prawda ta jest bolesna i trudna do zaakceptowania. Bo przecież właśnie takie „stawanie w prawdzie” jest jednym z podstawowych obowiązków człowieka, jako człowieka. A tam, gdzie nie ma owego „stawania w Prawdzie”, gdzie jest życie w zakłamaniu, w wygodnych kompromisach, tam pojawia się grzech, tam rodzi się cała ludzka nędza i upadek. „Poznajcie Prawdę, a ona uczyni was wolnymi” mówi Zbawiciel do swoich uczniów (J 8,32). Konsekwentnie więc, kto prawdy (a najbardziej prawdy o sobie samym) nie poznał, nie jest wolnym i nadal żyje w zakłamaniu i w niewoli zła.</p>
<p>Dlatego warto być może jeszcze raz powtórzyć te dwa pytania, wcześniej postawione:</p>
<p><strong>- Co dla mnie znaczy - wierzyć dzisiaj?<br />
- Jak mam wierzyć dzisiaj?<br />
- Jaka jest faktyczna prawda o mojej wierze i o moim człowieczeństwie?</strong>
</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRSS>http://rekolekcje.ovh.org/WordPress/?feed=rss2&amp;p=9</wfw:commentRSS>
		</item>
		<item>
		<title>03 - Piątek po Popielcu</title>
		<link>http://rekolekcje.ovh.org/WordPress/?p=12</link>
		<comments>http://rekolekcje.ovh.org/WordPress/?p=12#comments</comments>
		<pubDate>Tue, 09 Oct 2007 01:57:19 +0000</pubDate>
		<dc:creator>kazikq</dc:creator>
		
	<category>Rekolekcje Wielkopostne</category>
		<guid isPermaLink="false">http://rekolekcje.ovh.org/WordPress/?p=12</guid>
		<description><![CDATA[Nauka 3 – Kościół na cenzurowanym
W poszukiwaniu odwiedzi na dwa podstawowe pytania tych rekolekcji:
- Co dla mnie znaczy - wierzyć dzisiaj?
- Jak mam wierzyć dzisiaj?
- Jaka jest moja wiara?”
zwróćmy się najpierw ku Kościołowi, który –jako katolicy- tworzymy i który jest dla nas, Wspólnotą Wiary i zobaczmy, jaki obraz tegoż Kościoła sobie tworzymy i jakie są [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><strong>Nauka 3 – Kościół na cenzurowanym</strong></p>
<p>W poszukiwaniu odwiedzi na dwa podstawowe pytania tych rekolekcji:<br />
- Co dla mnie znaczy - wierzyć dzisiaj?<br />
- Jak mam wierzyć dzisiaj?<br />
- Jaka jest moja wiara?”<br />
zwróćmy się najpierw ku Kościołowi, który –jako katolicy- tworzymy i który jest dla nas, Wspólnotą Wiary i zobaczmy, jaki obraz tegoż Kościoła sobie tworzymy i jakie są mechanizmy odchodzenia katolików od Kościoła?</p>
<p>Pozwólcie, że w tej jednej z pierwszych nauk poruszę temat bardzo drażniący i bulwersujący, a zarazem bardzo delikatny, jakim jest szerząca się w naszym społeczeństwie niezwykle zajadła -wprost kipiąca nienawiścią- krytyka. Ta krytyka dotyczy różnych rzeczywistości. Krytykujemy państwo i struktury państwowe, krytykujemy polityków, gospodarkę, pracodawców i pracowników, krytykujemy urzędy i urzędników, krytykujemy wszyscy, wszystko i wszystkich. Jest to w pewnym sensie zrozumiałe, jako reakcja na czasy kiedy krytyka była zabroniona, a nawet karalna. Jest to zrozumiałe i wytłumaczalne w tym sensie, że krytyka jest jednym z elementów (ale tylko jednym z wielu elementów !!! ) odzyskanej -w jakimś sensie w 1989 roku- niepodległości czy wolności. Krytyka – jeśli jest konstruktywna - jest elementem nieodzownym każdego zdrowego społeczeństwa. Krytyka jest przejawem zdrowego zatroskania o dobro wspólne. Ale niestety, jeśli ten jeden z elementów staje się jedynym elementem, to wolność jest już tylko nadużyciem, a dobro &#8230; celem nieosiągalnym. A w naszym społeczeństwie tak się chyba właśnie stało, że ten jeden z wielu elementów wolności, stał się niemalże jedynym. Krytyka przerodziła się w totalne i destruktywne krytykanctwo.</p>
<p>A kiedy krytyka, która może i powinna być konstruktywna, bo tylko wtedy ma sens, staje się destruktywnym krytykanctwem, to ono w ostateczności rodzi poczucie bezsilności i apatii. Żadnego dobra nie tworzy, a przyczynia się tylko do zniechęcenia i niszczenia. Jej efektem jest nie zmiana, ani naprawa, czy poprawa czegokolwiek, a jedynie depresja, zniechęcenie i apatia. Czyż nie zauważamy tego sami, oglądając przygnębiające dzienniki telewizyjne, narzekając i utyskując na to, co się dookoła nas dzieje? Krytyka, a właściwie krytykanctwo ma jeszcze jedną niebezpieczną wadę, odwraca moją uwagę ode mnie samego. Krytykując innych, uspokajam niejako i to bardzo przewrotnie, swoje sumienie: „skoro inni są tacy źli, to ja nie jestem jeszcze taki najgorszy.” Uspokajając w ten sposób nasze sumienie pozwalamy sobie na mniejsze lub większe świństewka, wcale nie przyczyniając się do poprawy sytuacji. Na zło nie odpowiadamy dobrem i tym samym wcale tego zła nie pomniejszamy. Nie można być na pewno naiwnym i infantylnym „hurra-optymistą”, nie można nie widzieć panoszącego się dookoła zła, ale nie można go tylko wytykać. Trzeba umieć także widzieć i pomnażać dobro. Dobro nie spada z nieba, nie jest czymś ode mnie niezależnym. To ja go pomnażam i ja jestem także jego autorem.</p>
<p>Nie chcę bronić państwa i jego zdemoralizowanych struktur, które w ostatnich czasach raczą nas coraz większymi aferami i skandalami. Nie chcę stawać w obronie urzędów i aroganckich urzędników, skorumpowanych polityków, skompromitowanych posłów, senatorów i wielu nieuczciwych biznesmenów. Ale rodzi się pytanie: „czy za ten stan rzeczy odpowiedzialni są rzeczywiście tylko oni sami?” A kto ich wybrał, kto na nich głosował, gdzie nasze poczucie odpowiedzialności, kto tym ludziom pozwolił sięgnąć po władzę? No i inne -z tym związane- pytania: a kto pracuje w urzędach? Marsjanie? Skąd ci ludzie w urzędach pochodzą? A ja? Jaki ja jestem w stosunku do moich petentów, podwładnych, ludzi ode mnie zależnych? Czy nie jest tak, że sami sobie –w pewnym sensie- zgotowaliśmy ten los, naszą biernością, naszą nijakością, naszą rzekomą neutralnością i niezaangażowaniem? Czy nie jest tak, że to my sami tworzymy ten nieprzyjemny, tak krytykowany zawzięcie światek?</p>
<p>To są pytania i problemy natury ogólnej, które powinny być przemyślane bardzo głęboko i bardzo uczciwie. Sama tylko krytyka bowiem, ani nic nie zmieni, nic nie naprawi, ani nie uleczy, a spycha nas coraz bardziej w sferę ustawicznego i -w sumie- nieodpowiedzialnego utyskiwania, zniechęcenia, narzekania, ubolewania i bezsilności. Niby mamy odwagę krytykować, oburzać się, napiętnować, ale okazuje się, że tylko w tłumie, kiedy nie trzeba ponosić za to, co się mówi żadnej odpowiedzialności, kiedy w sposób łatwiutki dzieli się świat na „my – niesprawiedliwie wykorzystywani choć uczciwi” i „oni – wykorzystujący i nieuczciwi”. A przecież świat się tak nie dzieli. Świat nie funkcjonuje według takich prościutkich schematów. To są problemy, które powinniśmy umieć sami dogłębnie i bardzo uczciwie przemyśleć, a nie oddawać się tylko z lubością ustawicznemu utyskiwaniu.</p>
<p>I to jest jeden aspekt owej wszechogarniającej krytyki czy krytykanctwa. Jest jeszcze i drugi aspekt, o wiele bardziej niebezpieczny i bolesny. A jest nim fakt, że dokładnie te same schematy przykładamy do rzeczywistości Kościoła, do rzeczywistości naszej wiary, naszego religijnego zaangażowania lub raczej niezaangażowania. I tu także następuje bardzo niesłuszny podział na „my” i „oni”. Wskazuje to tym samym na to, że my to nie Kościół, że my jesteśmy tylko biernymi odbiorcami „usług kościelnych”, że my za nic nie jesteśmy odpowiedzialni, że Kościół jest w stosunku do nas instytucją i to instytucją zewnętrzną, którą należy jedynie rozliczać. Nasze uczestnictwo w życiu Kościoła, to –bardzo często bierne tylko i z pozycji widza- uczestnictwo w nabożeństwach. W przypadku zaś jakichś afer i skandali, nadużyć i faryzejskiej obłudy zawsze winni są raczej „oni”; księża, hierarchia, proboszcz, katecheta, Akcja Katolicka, Koło Charytatywne, albo &#8230; pijacy, źle się prowadzący, złodzieje, po prostu inni &#8230; nigdy ja.</p>
<p>Rzekomo pobożne rozważanie Męki Pańskiej, uczestniczenie w Drodze Krzyżowej czy nawet wzruszanie się kazaniami na Gorzkich Żalach -jeśli nie ma przełożenia na życie codzienne- jest na pewno jałowe, a może być nawet niebezpiecznym uspokajaniem i mamieniem swojego sumienia. Tego rodzaju praktyki powodują jednak coś więcej, wypaczają, deformują i karykaturyzują obraz Kościoła i religijności. Można bowiem bardzo regularnie i powiedzmy „bardzo pobożnie” uczestniczyć w wielu nabożeństwach, w uroczystościach i świętach kościelnych, a jednocześnie w życiu codziennym, w naszym stosunku do bliźniego nie kierować się wcale (albo tylko wybiórczo) przykazaniami, nauczaniem Kościoła, czy normami moralnymi i etycznymi. I znowu następuje faryzejskie samousprawiedliwienie na zasadzie: „jeśli inni – księża- TAAAAK postępują, to moje postępowanie nie jest wcale takie złe.”</p>
<p>I to jest ogromne niebezpieczeństwo dla człowieka, który tak rozumuje i działa. Uspokaja on bowiem swoje sumienie zewnętrznymi praktykami religijnymi i usypia je jednocześnie na głos Boży, który mówi: „Obłudnicy, dobrze powiedział o was prorok Izajasz: Ten lud czci Mnie wargami, lecz sercem swym daleko jest ode Mnie. Ale czci mnie na próżno, &#8230;” (Mt 15,7-9)</p>
<p>Tego rodzaju postępowanie jest - niestety także- przyczyną zgorszenia dla innych, a co za tym idzie przyczyną dla której, wielu odchodzi od Kościoła, od wiary, a nawet od Boga. Na pewno jest to przerażające jeśli taką dwulicową osobą jest ksiądz, który z powołania i niejako z obowiązku powinien być przykładem i wzorem w życiu religijnym i moralnym. Niestety jest to także prawdą w odniesieniu do innych. Można bowiem powiedzieć: „Kościół jest taki, jakim my go tworzymy, nie księża i nie biskupi, ale właśnie my, wierzący.” Jeśli my nie jesteśmy święci, to i Kościół nie będzie święty. A co ja zrobiłem dla świętości Kościoła? Warto sobie takie pytanie postawić, bo to także jest jeden z głównych elementów mojej wiary.
</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRSS>http://rekolekcje.ovh.org/WordPress/?feed=rss2&amp;p=12</wfw:commentRSS>
		</item>
		<item>
		<title>04 - Sobota po Popielcu</title>
		<link>http://rekolekcje.ovh.org/WordPress/?p=13</link>
		<comments>http://rekolekcje.ovh.org/WordPress/?p=13#comments</comments>
		<pubDate>Wed, 10 Oct 2007 22:39:22 +0000</pubDate>
		<dc:creator>kazikq</dc:creator>
		
	<category>Rekolekcje Wielkopostne</category>
		<guid isPermaLink="false">http://rekolekcje.ovh.org/WordPress/?p=13</guid>
		<description><![CDATA[Nauka 4 – Kościół na cenzurowanym cd
W tej sytuacji, powszechnego krytykanctwa jest jeszcze coś bardziej niepokojącego, a mianowicie fakt, że taka –bardzo ostra- krytyka wychodzi z ust samych katolików, ludzi deklarujących się jako wierzący. I jest to bardzo często nie tylko krytyka samego kościoła, jako instytucji, który krytyce na pewno podlega. Jest to krytyka Kościoła [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><strong>Nauka 4 – Kościół na cenzurowanym cd</strong></p>
<p>W tej sytuacji, powszechnego krytykanctwa jest jeszcze coś bardziej niepokojącego, a mianowicie fakt, że taka –bardzo ostra- krytyka wychodzi z ust samych katolików, ludzi deklarujących się jako wierzący. I jest to bardzo często nie tylko krytyka samego kościoła, jako instytucji, który krytyce na pewno podlega. Jest to krytyka Kościoła – Wspólnoty Ludu Bożego dążącego do zbawienia, a tym samym jest to także krytyka samego Pana Boga, bo to On jest ostatecznie Założycielem Kościoła. Efekt &#8230;? Odchodzimy od Kościoła, przestajemy praktykować, przestajemy w życiu Kościoła uczestniczyć. Mamy tylko stałe pretensje, że nie jest tak, jak my byśmy chcieli, że „oni” są tacy, że „oni” popełniają błędy, że „oni” są obłudni, dwulicowi, faryzejscy, zakłamani &#8230; Ale tylko „oni”. My –sprawiedliwi– się od tego odcinamy i twierdzimy z butą i zarozumiałością, powtarzając bezmyślnie przewrotne słowa: „wierzę w Pana Boga, ale Kościół jest mi do niczego nie potrzebny, sam mogę się pomodlić” i &#8230; się nie modlimy &#8230;</p>
<p>I mamy ludzi, którzy przekornie i diabolicznie twierdzą: „kiedyś ochrzczono mnie wbrew mojej woli, nikt mnie o to nie pytał, ale teraz jestem wolny i z kościoła się chcę wypisać.” Człowieku, czy ty wiesz co ty mówisz? Skąd się biorą takie nieporozumienia? Przecież matka ochrzciła cię, bo chciała ci dać coś najlepszego. Nie pytała cię także o pozwolenie na posłanie cię do szkoły, na karmienie cię, na ubieranie, nie potrzebowała twojego pozwolenia na zapewnianie ci dachu nad głową i łóżka do spania! A co ty zrobiłeś z tym skarbem, który ci w dzieciństwie dano? Co takiego złego religia ci nakazuje? Do czego złego namawia czy zachęca? Czy kościół każe ci żyć nieuczciwie, czy rzeczywiście zniewala twoją wolność, czy ogranicza twoje człowieczeństwo? Skąd takie myślenie? Czy nie jest to –powiedzmy sobie uczciwie- podszept szatana, wyraz przewrotności i pychy?</p>
<p>Ale też jest niezrozumiałe i to, jak może człowiek wierzący, katolik, nieraz nawet praktykujący katolik tak bardzo demagogicznie, wprost opluwać Kościół, utożsamiając Go jednocześnie z księżmi, z biskupami, z hierarchią kościelną, jakby on sam do tego Kościoła nie należał, jakby on sam tego Kościoła nie tworzył. Sądzę, że jest to nieporozumienie, i to nieporozumienie tym bardziej rażące i drażniące, że ludzie, którzy krytykują, najczęściej sami nic nie zrobili żeby ten stan rzeczy zmienić, żeby coś poprawić, naprawić, umocnić swoją i innych wiarę. Tacy ludzie widzą tylko gorszące zachowanie innych. Oni potrafią tak wspaniale wytykać, krytykować, napiętnować, osądzać księży, katechetów, struktury kościelne i ich błędy, ale jednocześnie zapominają, że przecież ten Kościół to nie struktury kościelne, nie księża, nie biskupi, ale właśnie oni sami. Bo Kościół jest taki, jakim my sami go tworzymy.</p>
<p>Porażającym jest ten brak poczucia przynależności do Kościoła, nie utożsamianie się z Kościołem, dzielenie na „my” i „oni”. Kiedy słyszę tego rodzaju pretensje i krytykę, mam ogromną ochotę zapytać krytykującego; „A ty, co zrobiłeś, jaki ty przykład dajesz, jakie jest twoje świadectwo życia dawane Chrystusowi?” Nie chcę bronić nieuczciwych, dwulicowych, chciwych, niemoralnych księży, nie chcę twierdzić, że takich nie ma, ale jednocześnie nie wolno przecież zapominać, że Kościół to nie tylko księża, że jego świętość i klarowność, nie zależy tylko od świętości i klarowności księży i struktur kościelnych. A ponadto, czy na podstawie pojedynczych przypadków można generalizować? Czy wszyscy księża są tacy? Czy ja księdzu wierzę, czy Panu Bogu?</p>
<p>Jest prawdą, że przez wiele wieków duszpasterskiej praktyki wykształcił się taki (powiedzmy sobie szczerze niesłuszny i niezdrowy) podział na „my” i „oni”, na tych co „za” i „przed” ołtarzem. Jest prawdą, że podział ten w wielu parafiach pokutuje do dzisiaj. Ale jednocześnie jest też prawdą, że było to i –wielu przypadkach nadal jest- bardzo wygodne tak dla duszpasterzy, jak i dla wiernych. W takiej bowiem perspektywie Kościół, czy parafia, staje się najczęściej jedynie dostarczycielem -tanich na ogół- usług duchowych, za które „się płaci” i „się żąda”. Nie trzeba wtedy myśleć, ani troszczyć się o nic, nie trzeba samemu się angażować, jest się jedynie biernym i wymagającym widzem, obserwatorem i krytykantem. Wtedy wygodnie jest umyć ręce i odpowiedzialnością za niedociągnięcia „Kościoła” obarczać księdza proboszcza, katechetę, biskupa. Można wtedy mieć jedynie krytyczny, a bardzo często niestety tylko krytykancki stosunek do wszystkiego i do wszystkich, samemu jednocześnie stojąc z boku i od czasu do czasu oburzając się i utyskując pobożnie. A usprawiedliwieniem dla takich praktyk, jest bardzo krzywdzące i nieprawdziwe widzenie, zła perspektywa, stawianie się ponad lub z boku, tak jakbym to ja sam nie tworzył tego -przeze mnie krytykowanego- Kościoła.</p>
<p>Oczywiście, że problem jest złożony i nie można go upraszczać, ale też dlatego właśnie, jego złożoność wymaga bardzo pogłębionej i uczciwej refleksji. I nie można problemu tego zbyć wzruszeniem ramion i słowami : „ja daję na tacę, a co mnie reszta obchodzi, niech ksiądz robi to co do niego należy.”</p>
<p>Można zapytać: „Dlaczego w naszej obecnej rzeczywistości, tak wiele jest frontalnej krytyki i ataku na Kościół, na religię, na Boga, na wszystko co z duchowością się łączy”, a jednocześnie tak mało żywego zaangażowania, tak mało autentycznego katolicyzmu w domu, w szkole, w miejscu pracy? I niestety jedną z prawdziwych odpowiedzi będzie na pewno stwierdzenie, że przyczyną tej krytyki jest fakt, że chrześcijanie, katolicy (a nie tylko księża) nie żyją tym, w co wierzą, co wyznają, co praktykują.</p>
<p>Na pewno wiele jest braków w życiu osób duchownych i byłbym naiwny i niesprawiedliwy próbując ich nie widzieć lub takie fakty usprawiedliwiać. Ale też proszę zobaczyć, jak wiele w tym wszystkim jest także pomówień, oszczerstw, zwykłych kłamstw i medialnego bicia piany. Czy aby my nie poddajemy się za bardzo manipulacjom, czy aby za łatwo nie wierzymy tym specjalistom od bicia piany? W telewizji tak mówili, w gazecie pisało &#8230; A co, jeśli wiadomości telewizyjne i gazetowe były niesprawdzone, nieprawdziwe, a nawet kłamliwe? Czy nie dajemy się zbyt łatwo zniechęcić i wymanewrować tylko po to, abyśmy już nie mieli siły na czynienie dobra? A może komuś o to właśnie chodzi? Zły duch działa także i w ten -zniechęcający i opluwający wszystko i wszystkich- sposób. Miejmy tego świadomość słuchając tego rodzaju wiadomości i nie dawajmy tak łatwo wiary „prorokom medialnym”. Im przecież o sensację chodzi, nie o prawdę.</p>
<p>A jest przecież i tak, że powodem dla którego doszukujemy się w chrześcijaństwie oszustwa jest nie tylko i nie zawsze zły przykład czy nadużycia idące z góry. Rzekome afery pedofilskie księży, to przykład takich właśnie manipulacji, afer na pokaz, na sprzedaż. Bo o to właśnie chodzi, aby się to szybko sprzedało. A swoją drogą, to ciekawe, że żadnemu z zamieszanych w te głośne i medialnie nagłaśniane afery (ks. Jankowski, bp. Poetz, ks. Makulski) nic nie udowodniono i nawet nie przeproszono, a ludzie zostali „umoczeni” na zawsze !!! Jedyny efekt tych medialnych afer to, zniszczenie życia paru ludziom i wywołanie zgorszenia &#8230; CZYM? Posądzeniami, podejrzeniami, pomówieniami, oszczerstwami, bezpodstawnym szkalowaniem. I nikt za to nie poniósł żadnej odpowiedzialności. Kiedyś na jakimś forum internetowym przeczytałem taki oto wpis: „Żyjemy w czasach całkowitej wolności, a najbardziej wolne są media, bo wolno im szkalować, oczerniać, wypisywać co im się podoba i nikt za to nie jest odpowiedzialny.” To jedna sprawa  rzetelność -nastawionych na skandale- mediów, a celują w tym tandetne gazetki zwane brukowcami i żałosne publikacje nastawione na skandal. A sprawa druga, to nasza naiwność i nasze poszukiwanie sensacji. A czy nie jest często i tak, że dajemy wiarę tego rodzaju sensacjom tylko dlatego, że sami mamy życie nieuporządkowane i szukamy raczej usprawiedliwienia dla swoich własnych niedomagań i grzechów? Czy nie jest tak, że łatwo dajemy posłuch tego rodzaju skandalom, tylko dlatego, że sami chcemy usprawiedliwić nasze własne słabości i grzechy? Zanim się „święcie oburzę”, zanim dam wiarę tego rodzaju sensacyjnym doniesieniom warto być może zrobić sobie rachunek własnego sumienia i zobaczyć jaki jest mój udział w tym co krytykuję.
</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRSS>http://rekolekcje.ovh.org/WordPress/?feed=rss2&amp;p=13</wfw:commentRSS>
		</item>
		<item>
		<title>05 - I Niedziela WP</title>
		<link>http://rekolekcje.ovh.org/WordPress/?p=16</link>
		<comments>http://rekolekcje.ovh.org/WordPress/?p=16#comments</comments>
		<pubDate>Wed, 10 Oct 2007 22:41:24 +0000</pubDate>
		<dc:creator>kazikq</dc:creator>
		
	<category>Rekolekcje Wielkopostne</category>
		<guid isPermaLink="false">http://rekolekcje.ovh.org/WordPress/?p=16</guid>
		<description><![CDATA[Nauka 5 – Manipulacja dobrem i złem
Współczesny amerykański trapista Tomasz Merton tak pisze w swojej książce „Nikt nie jest samotną wyspą”:
&#8220;Cały świat nauczył się urągać prawdomówności albo też zupełnie ją pomijać. Połowa cywilizowanej ludzkości utrzymuje się z mówienia kłamstw. Anonse, propaganda i wszystkie inne środki reklamy przyzwyczaiły ludzi do tego, że można mówić, co się [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><strong>Nauka 5 – Manipulacja dobrem i złem</strong></p>
<p>Współczesny amerykański trapista Tomasz Merton tak pisze w swojej książce „Nikt nie jest samotną wyspą”:</p>
<p>&#8220;Cały świat nauczył się urągać prawdomówności albo też zupełnie ją pomijać. Połowa cywilizowanej ludzkości utrzymuje się z mówienia kłamstw. Anonse, propaganda i wszystkie inne środki reklamy przyzwyczaiły ludzi do tego, że można mówić, co się chce, i jak się chce, byle tylko rzecz brzmiała choć trochę prawdopodobnie i wzbudziła jakiś płytki, emocjonalny oddźwięk.&#8221;</p>
<p>I do takich właśnie tanich chwytów reklamowych uciekają się redaktorzy wspomnianych wcześniej piśmidełek, czy twórcy programów telewizyjnych. Szukając taniej sensacji opierają się nie na prawdzie, a jedynie na prawdo-podobieństwie. Co zaś jest jedynie podobne do prawdy bardzo często prawdą nie jest. I my właśnie owo podobieństwo do prawdy kupujemy i uznajemy za prawdę. Bo czasami tak nam –bardzo często- wygodniej. Warto się jednak czasami się zastanowić, czy to, co zalewa nas z ekranu telewizora, czy z gazet nie jest taką właśnie manipulacją prawdy, która na celu ma nie informację, ale właśnie dezinformację, dezorientację, szydzenie, szkalowanie, niszczenie, destrukcję.</p>
<p>Druga sprawa –jak wspomniałem poprzednio- to właśnie nasze nastawienie do takiej „prawdy” czy raczej poszukiwanie skandalu. Z takim nastawieniem nie szukamy prawdy, nie dążymy do niej, nie chcemy jej odkryć. Wystarczy nam rzeczywiście tylko posmaczek skandalu, smród afery, niesprawdzone wiadomości, nie do końca uzasadnione demagogiczne pomówienia, plotki, oszczerstwa i –co w tym wszystkim jest najgorsze- UOGÓLNIENIA. Coś, gdzieś, z trzeciej ręki, w prasie, czy telewizji zasłyszeliśmy, coś gdzieś mówiono, szeptano, obgadywano, a my - bez sprawdzenia odnosimy to zaraz do wszystkich. Nie twierdzę, że takie rzeczy się nie zdarzają, ale po co media o tym mówią? Czy po to aby pomóc ofiarom, czy po to aby zdyskredytować lub ukarać sprawców? Nie, ani jedno, ani drugie! Nagłaśniają to i demaskują jedynie po to, aby rzucić cień, aby zasiać wątpliwość, zniechęcenie, aby narobić nam zamieszania w głowach. Aby uogólnić i namieszać, aby zniszczyć człowieka i innych zrazić. Ta rzekoma prawda, którą głoszą, to jedynie prawdopodobieństwo, które ma na celu nie budowanie i naprawianie, ale destrukcję i niszczenie.</p>
<p>No i idące za tym uogólnienia. Jeden ksiądz się nagannie zachował – wniosek – wszyscy księża są tacy sami. Jeden ksiądz był nieuczciwy w zarządzie parafialnymi pieniędzmi, wniosek – wszyscy księża to złodzieje i malwersanci. A my się dajemy wmanewrować, wpuścić w kanał, zniechęcić, oszukać. I uogólniamy, generalizujemy, osądzamy wszystkich &#8230; „oni wszyscy tacy sami.” Cel działania Złego ducha został osiągnięty, nasza wiara została zachwiana, nasze nastawienie do życia, do Kościoła, do Boga się zmieniło. A dlaczego? Bo sami szukaliśmy skandalu, afery, a czasami – usprawiedliwienia dla naszego postępowania, dla naszego nie zawsze poprawnego życia.</p>
<p>Nie zadaliśmy sobie trudu, aby poczytać, postudiować, zagłębić się w naukę Kościoła, nie zajrzeliśmy w katechizm, w Pismo Święte, ale z frajdą i wypiekami na twarzy przeczytaliśmy parę skandalizujących książek: typu; „Byłem księdzem”, czy „Kod da Vinci” lub „Anioły i demony”. Ja sam dałem mojej siostrzenicy do przeczytania książkę Brown’a „Kod da Vinci”, ale poprosiłem, żeby zaczęła ją czytać od końca, tj. od umieszczonego w polskim wydaniu –bardzo mądrego i wyważonego- posłowia, gdzie autor tegoż (Zbigniew Mikołejko) wyjaśnia bardzo klarownie, kim jest Dan Brown i jakie są okoliczności i metody powstawania jego książek.</p>
<p>A ilu z czytelników przeczytało te kilka ostatnich stron? Moja siostrzenica książkę przeczytała i wcale nią nie była zbulwersowana. A kiedy pokazałem jej jeszcze na internecie, że wiele faktów (????) podawanych przez Brown’a jest ściągniętych z takich właśnie sensacyjnych stronek internetowych, a cała praca autora, to poukładanie tych –rzekomych- faktów w ciekawą i pasjonującą fabułkę, to &#8230;.już drugiej książki czytać nie chciała, bo stwierdziła, że szkoda jej czasu na takie bzdety. Ja przeczytałem obydwie i &#8230; cóż mogę powiedzieć? Sprytnie ułożone, ale &#8230; ile w tym prawdy, a ile tzw. „licentia poetica” autora???? Podobieństwo do prawdy się sprzedało i to nieźle. Ktoś na tym zarobił. My??? straciliśmy, bo nie byliśmy wystarczająco krytyczni. I krążą wśród katolików pogłoski w rodzaju: „a słyszała pani, podobno &#8230; nawet sam Pan Jezus &#8230;.”. Cel został osiągnięty, wiara (płytka i powierzchowna) zrujnowana lub poważnie zachwiana &#8230; Jeszcze kilka takich tandetnych sensacyjek i mamy oto człowieka, niegdysiejszego katolika, który powie: „kiedyś ochrzczono mnie wbrew mojej woli, nikt mnie o to nie pytał, ale teraz jestem wolny i z kościoła się chcę wypisać.” I co? Kto zaszkodził jego wierze, kto ją zrujnował, zniszczył, wyszydził? Kto jest winny jej utraty? Czy tylko sprytnie zmanipulowana półprawdka, czy nie również on sam, „katolik”, który zmanipulować się dał? Czy przypadkiem ja sam nie przyczyniam się do utraty mojej wiary, szukając takich właśnie łatwiutkich i podniecających skandali? Ile we mnie samym jest winy za to, że wiara moja ulega spłyceniu, roztrwonieniu, zniszczeniu.</p>
<p>Podobnie ma się sprawa z wieloma innymi ekscytującymi aferami i skandalami nagłaśnianymi przez media. Przy bliższym i głębszym przyjrzeniu okazują się tylko i wyłącznie stekiem niedomówień, plotek, niesprawdzonych pogłosek, albo zwykłym kłamstwem. A my się tym epatujemy, podniecamy, szukamy skandalu i afery i &#8230; pozwalamy sobą manipulować, pozwalamy się zniechęcić, nabieramy dystansu, odcinamy się, odchodzimy. A przecież właśnie o to chodziło skandalistom i tym, którzy nam takie skandaliki podsuwają.</p>
<p>Ale jest i coś więcej w tej przewrotnej manipulacji zła i manipulacji złem. Wyciągamy jakieś skandale i skandaliki, niesprawdzone historyjki, uogólniamy, oburzamy się, odsądzamy od czci i wiary, potępiamy, krytykujemy, podejrzewamy &#8230; a jednocześnie jakby z upartą ślepotą zapominamy np. o tych dziesiątkach tysięcy szpitali prowadzonych przez Kościół (chrześcijaństwo) tak w 2-tysiącletniej historii, jak i obecnie. Będziemy się pasjonować i podniecać bezpodstawnymi oszczerstwami mediów, a jednocześnie nikt jakby nie chce widzieć tych tysięcy księży i zakonnic pracujących uczciwie, z poświęceniem i bezinteresownie. Czy rzeczywiście można sobie utworzyć pełny obraz Kościoła na podstawie takich źródeł? O co, w tym wszystkim chodzi? Czy komuś rzeczywiście nie zależy na mieszaniu i zniesławianiu, na robieniu wody z mózgu? Warto wiedzieć, że zło samo w sobie jest krzykliwe i wrzaskliwe, a dobro jest ciche i ukryte. Nie robi dookoła siebie szumu i wrzawy, nie bije medialnej piany. Umiejmy to ukryte dobro dostrzec i dowartościować. Umiejmy się tym ukrytym dobrem budować i sami takie dobro budujmy. Tylko w ten sposób, a nie krytykanctwem przyczynimy się do poprawy, do naprawy, do umocnienia dobra w świecie.</p>
<p>W przeciwnym wypadku nie tylko przyczyniamy się do pomnożenia zła w świecie, ale i samych siebie rujnujemy i niszczymy naszą wiarę, która miała być dla nas drogocennym skarbem. Ktoś na pewno chce nas z tego skarbu ograbić, zniszczyć właśnie przez manipulację, w perfidny sposób nas z niego okradając. Nie pozwólmy na to! A kiedy takie coś się stanie miejmy odwagę i przyznajmy uczciwie: „sam w sobie wiarę zniszczyłem”. Nie dbałem o jej rozwój, zaniedbałem obowiązek troski o powierzony mi skarb, dałem się okraść, sam wystawiłem ją na pośmiewisko.</p>
<p>Pamiętajmy o tym, że zło ma wielorakie twarze i oblicza, że zawsze podawać się będzie, jako największe i najbardziej poszukiwane dobro. Pamiętajmy o tym, że bardzo często reklama na tym właśnie buduje i na tym się opiera. Miejmy oczy i uszy szeroko otwarte i umysł krytyczny wobec wszystkiego, co nam się próbuje tak nachalnie wmówić. Im bardziej nachalna reklama, nagonka, im bardziej „przekonywujące” dowody jakości i wartości się nam „wciska” tym bardziej podejrzany produkt ktoś nam chce sprzedać. Nawet w wielkich supermarketach – jedną z zasad marketingu (sprytna nazwa manipulacji) na półkach, na wysokości oczu ustawia się towary, których sklep chce się szybko pozbyć, a żeby były one jeszcze bardziej chwytliwe, to wkłada się je w zachęcające opakowania i ogłasza promocję. Na rynku prawdy i kłamstwa, dobra i zła jest dokładnie tak samo. Im gorsza szmira i chłam, tym piękniejsze opakowanie i tym większa promocja. A my tak łatwo dajemy się nabierać.</p>
<p>Nie daj się nabrać i nie oddawaj swojej wiary za promocyjne półprawdki, za tandetne a ładnie opakowane świecidełka. Wiara Twoja to skarb prawdziwy, którego ty sam masz obowiązek strzec!
</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRSS>http://rekolekcje.ovh.org/WordPress/?feed=rss2&amp;p=16</wfw:commentRSS>
		</item>
		<item>
		<title>06 - Poniedziałek – I tydzień WP</title>
		<link>http://rekolekcje.ovh.org/WordPress/?p=17</link>
		<comments>http://rekolekcje.ovh.org/WordPress/?p=17#comments</comments>
		<pubDate>Thu, 11 Oct 2007 23:26:01 +0000</pubDate>
		<dc:creator>kazikq</dc:creator>
		
	<category>Rekolekcje Wielkopostne</category>
		<guid isPermaLink="false">http://rekolekcje.ovh.org/WordPress/?p=17</guid>
		<description><![CDATA[Nauka 6 – Budować dobro
Kontynuując poprzednio rozpoczętą myśl, za Tomaszem Mertonem można powtórzyć:
„Nie mamy w innych upatrywać i denuncjować zła, ale dawać im coś z naszego własnego dobra, żeby uaktywnić dobro, które sam Bóg w nich złożył.
Prawda obniżająca wartość innego człowieka zakrywa sobą inną prawdę, o której nigdy nie trzeba zapomnieć i która powinna zawsze [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><strong>Nauka 6 – Budować dobro</strong></p>
<p>Kontynuując poprzednio rozpoczętą myśl, za Tomaszem Mertonem można powtórzyć:</p>
<p>„Nie mamy w innych upatrywać i denuncjować zła, ale dawać im coś z naszego własnego dobra, żeby uaktywnić dobro, które sam Bóg w nich złożył.</p>
<p>Prawda obniżająca wartość innego człowieka zakrywa sobą inną prawdę, o której nigdy nie trzeba zapomnieć i która powinna zawsze nadawać innemu człowiekowi godność w naszych oczach.</p>
<p>Niszczyć zaś prawdę za pomocą niej samej pod pretekstem szczerości, to najbardziej nieszczery rodzaj kłamstwa.” Mówiąc inaczej, jeśli nie umiem o kimś powiedzieć czegoś dobrego, to lepiej abym w ogóle nic nie mówił. Lub jeszcze inaczej: „każda moja krytyka, nawet najbardziej „twarda” i zdecydowana musi być konstruktywna, w przeciwnym wypadku jest tylko żałosnym krytykanctwem.”</p>
<p>A poza tym zgodnie z zasadą ewangeliczną podaną przez samego Jezusa, nie mamy się gorszyć i krytykować, ale upominać wzajemnie. Warto może przytoczyć odnośny fragment Ewangelii: „Gdy brat twój zgrzeszy, idź i upomnij go w cztery oczy. Jeśli cię usłucha, pozyskasz swego brata. Jeśli zaś nie usłucha, weź z sobą jeszcze jednego albo dwóch, żeby na słowie dwóch albo trzech świadków oparła się cała sprawa. Jeśli i tych nie usłucha, donieś Kościołowi! A jeśli nawet Kościoła nie usłucha, niech ci będzie jak poganin i celnik!” ( Mt 18,15-17) A nas jakże często nie stać na upomnienie w cztery oczy, w imię fałszywie pojętej delikatności, ale stać nas na krytykowanie, na szeptaną propagandę, na plotki, na pomówienia, na oburzanie się i tym samym niszczenie dobrego imienia.</p>
<p>Zło nie zwycięża dlatego, że jest tak wielu ludzi złych, ale dlatego, że ludzie dobrzy nic, albo niewiele dobrego robią i ograniczają się tylko do samej krytyki, do obnażania, do krytykanctwa. A samą krytyką zła się nie naprawi. Jedyną siłą zdolną zwyciężyć zło nie jest pryncypialna i miażdżąca krytyka, ale czynienie dobra, aktywne jego pomnażanie. A trzeba też wiedzieć, że dobro nie jest krzykliwe i nie rzuca się w oczy z taką siłą, jak zło. Jeśli więc nawet czasami widzimy tylko zło, to znaczy, że nie widzimy dobrze, że nasze widzenie jest ograniczone i zawężone. Trzeba właśnie przez wiarę umieć dostrzec także i dobro, które na pewno istnieje. Malkontent, który widzi tylko negatywy na pewno nie jest człowiekiem ani głęboko wierzącym, ani tym bardziej nie „staje w prawdzie”. Jego prawda jest połowiczna i tylko negatywna, a jego wiara &#8230;. słabiutka i narażona na łatwe zniszczenie. Co więcej człowiek taki, wiecznie niezadowolony, krytykant i malkontent zaraża tym negatywizmem innych. A co się dzieje, gdy tak zachowują się rodzice, gdy przed dzieckiem stale tylko krytykują i oczerniają? Co takie dziecko wyniesie z domu?</p>
<p>I to jest pierwszy problem naszego głównego pytania: „czy można jeszcze wierzyć dzisiaj, a jeśli tak, to jak?” Jest to problem mojego stosunku do Kościoła, do owej Wspólnoty Wierzących, do Ludu Bożego, którego ja sam jestem częścią. Jeśli ten mój stosunek jest lekceważący, krytykancki, zjadliwy, nieprzychylny, to gdzież w końcu jest ta moja wiara i na czym ona polega? Czy nie jest tak, że powtarzając (czasami nawet bezmyślnie): „Wierzę w Boga, ale Kościół jest mi do niczego nie potrzebny”, sam daję świadectwo temu, że wiara moja jest nijaka, że jest tylko płytkim i pozbawionym głębi, infantylnym sentymentalizmem bez cienia poczucia odpowiedzialności? Będziemy jeszcze mówić na temat uczestnictwa w życiu Kościoła, w Sakramentach, a szczególnie w Sakramencie Eucharystii i Spowiedzi. Ale tutaj wypada jedynie ogólnie zastanowić się nad podstawowym pytaniem: „czy naprawdę wierzę jeśli mam taki właśnie, a nie inny stosunek do Kościoła?” Kościół bowiem ma na pewno podwójną, lub raczej dwojaką strukturę. Jak każda społeczność ludzka jest podatny na błędy i grzechy, ale też jednocześnie nie jest tylko społecznością ludzką. Jest dziełem samego Boga, dziełem Jezusa Chrystusa. Bo, jak mówi Sobór Watykański II: „Spodobało się Bogu zbawiać ludzi nie pojedynczo, z wykluczeniem wszelkich między nimi więzów. Dlatego utworzył sobie Kościół – Lud Boży.” Nie można więc twierdzić, że się wierzy, a jednocześnie odrzucać rzeczywistości Kościoła. To jest brak konsekwencji, a nawet sprzeczność. Człowiek wierzący jest zarazem –bo nie można inaczej- częścią Kościoła, członkiem Ciała Chrystusowego. A jeśli temu zaprzecza i neguje swoje -w Kościele- uczestnictwo, to nie jest wierzącym.</p>
<p>Trzeba widzieć jego (kościoła) braki, pomyłki i zaniedbania, jego grzechy i upadki, bo jest to społeczność tworzona przez słabych, ułomnych ludzi. Trzeba umieć nad nimi boleć i próbować im zaradzić w sposób odpowiedzialny i dojrzały. Ale też trzeba widzieć w nim także, a może nawet przede wszystkim Zbawcze Dzieło Boga, który tą właśnie drogą chce doprowadzić człowieka do siebie. Ktoś ładnie powiedział, że drogą Kościoła jest człowiek, ale można by to sparafrazować i powiedzieć także, że drogą człowieka jest Kościół. Gdyby Chrystus chciał inaczej, to nie zakładałby Kościoła, nie zlecał św. Piotrowi i Apostołom troski o tę Wspólnotę Zbawienia, jaką jest Kościół. A trzeba mieć wyjątkowo dużo złej woli, aby tę rzeczywistość negować.</p>
<p>I w tym wszystkim rola wiary, która jest odpowiedzią totalną, całkowitą, ostateczną, ale która także totalnie i całkowicie angażuje. Nie pozwala na połowiczne rozwiązania i jednostronne podejście. Jest w wierze -na pewno- ogromny element krytycznego spojrzenia, ale jest też niezbywalny element pozytywnego zaangażowania. Jeśli od innych wymagamy takiego właśnie całkowitego i klarownego zaangażowania, to tym bardziej sami powinniśmy dawać jasne świadectwo naszego zawierzenia Bogu, naszego totalnego zaangażowanie. Nie wystarczy tylko krytycznie patrzeć, wytykać, gorszyć się. Trzeba samemu dać świadectwo prawdzie, która wyzwala.</p>
<p>Warto mieć też na uwadze i to, że w czasach współczesnych poddani jesteśmy jakiemuś przerażającemu praniu mózgów. Pod płaszczykiem humanizmu i wyzwolenia człowieka wpędza się go w coraz większe zniewolenia, w coraz trudniejsze do wyleczenia choroby. Wmawia mu się, że największym jego wrogiem jest jego Bóg - Stwórca, że najlepszym rozwiązaniem wolności człowieka jest totalna samowola czy anarchia, że najlepszym wyjściem z marazmu, największym szczęściem jest mieć coraz więcej. I to rodzi coraz bardziej panoszącą się sekularyzację. Człowiek uwolnił się od Boga. Tak, jakby Bóg był dla człowieka największym nieprzyjacielem, zagrożeniem. Stąd pełne pychy i przewrotności stwierdzenie niemieckiego filozofa F. Nietsche’go: „Bóg umarł. Może narodzić się wolny człowiek.” A czy nie tak jest właśnie w życiu wielu nam współczesnych? Czy nie żyją tak, jakby Bóg rzeczywiście umarł? Tylko, że ze śmiercią Boga w nas, umiera w nas także nasze człowieczeństwo.</p>
<p>A jak mówi Kard. G. Danneels: „Sekularyzacja to nie tylko teoretyczna emancypacja od Boga. Przyczynia się do niej coraz większy luksus życia i konsumpcjonizm. Ludzie uważają, że są samowystarczalni, bo mają wszystko, by się najeść, ubrać się i mieszkać. Sekularyzacja poprzez praktyczny konsumpcjonizm jest nawet bardziej niebezpieczna od tej teoretycznej. Musimy uważać, aby nie paść ofiarą demonów bogacenia się. Bogactwo generuje przekonanie o samowystarczalności. A to jest największe niebezpieczeństwo dla chrześcijanina”. I dlatego wiara nasza ma nam w tym pomóc, ma nas usprawnić do przeciwstawiania się takim pokusom; konsumpcjonizmu i sekularyzacji. A będzie to możliwe tylko wtedy, gdy nie będzie się opierała na łatwiutkim krytykanctwie, ale na szukaniu dobra, na wzajemnym pomaganiu sobie i umacnianiu w drodze do nieba, na budowaniu dobra, które nie jest krzykliwe, ale na pewno jest możliwe, jeśli my zechcemy stanąć po jego stronie.</p>
<p>Konkludując: - w całej sprawie, tak bardzo pleniącego się w naszym społeczeństwie krytykanctwa, warto się chyba zastanowić &#8230;</p>
<p>- jakie jest moje w tym wszystkim miejsce?<br />
- dlaczego ja zawsze jestem po stronie tych JEDYNIE SPRAWIEDLIWYCH I POKRZYWDZONYCH?<br />
- co ja zrobiłem żeby było lepiej?<br />
- czy oprócz miażdżącej krytyki stać mnie także na pozytywne i dobre działanie?</p>
<p>I jeszcze na koniec dwa bardzo fundamentalne pytania:</p>
<p>1 - Czy ja naprawdę jeszcze wierzę :</p>
<p>- w Boga, Ojca Wszechmogącego?<br />
- w Jeden, Święty, Powszechny Kościół Katolicki?</p>
<p>2 - no i czy tę wiarę może zachwiać postępowanie tego lub innego, niemoralnie się prowadzącego księdza?<br />
A jeśli tak, to cóż to za wiara?
</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRSS>http://rekolekcje.ovh.org/WordPress/?feed=rss2&amp;p=17</wfw:commentRSS>
		</item>
		<item>
		<title>07 - Wtorek – I tydzień WP</title>
		<link>http://rekolekcje.ovh.org/WordPress/?p=19</link>
		<comments>http://rekolekcje.ovh.org/WordPress/?p=19#comments</comments>
		<pubDate>Fri, 12 Oct 2007 23:01:57 +0000</pubDate>
		<dc:creator>kazikq</dc:creator>
		
	<category>Rekolekcje Wielkopostne</category>
		<guid isPermaLink="false">http://rekolekcje.ovh.org/WordPress/?p=19</guid>
		<description><![CDATA[Nauka 7 – Duże dzieci
Jako drugi, drażliwy temat tych rekolekcji wybrałem problem „niedojrzałych dorosłych”. To także rzutuje na stan naszej wiary. Bardzo często jest bowiem tak, że ludzie zniechęcają się i odchodzą od wiary, od Kościoła twierdząc, że jest on infantylny, dobry dla małych dzieci. A jednocześnie nie widzą, że ten infantylizm leży raczej po [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><strong>Nauka 7 – Duże dzieci</strong></p>
<p>Jako drugi, drażliwy temat tych rekolekcji wybrałem problem „niedojrzałych dorosłych”. To także rzutuje na stan naszej wiary. Bardzo często jest bowiem tak, że ludzie zniechęcają się i odchodzą od wiary, od Kościoła twierdząc, że jest on infantylny, dobry dla małych dzieci. A jednocześnie nie widzą, że ten infantylizm leży raczej po ich stronie. Nie chcą się przyznać, że to oni są właśnie -w sprawach wiary- infantylni, niedorośli, obojętni.</p>
<p>Dorosłość nie może być mierzona jedynie miarą lat, ale raczej; zachowaniem, myśleniem, poczuciem odpowiedzialności za siebie i najbliższych, umiejętnością odnalezienia swojego miejsca w społeczności, także religijnej. A jest przecież tak, że zarówno w społeczeństwie, jak i w Kościele mamy wielu takich niedojrzałych dorosłych, dużych dzieci po 40-ce, którzy zachowują się i widzą świat (również rzeczywistość wiary) oczami dziecka. Skąd się to bierze i jakie są tego efekty?</p>
<p>Z jednej strony socjologowie zauważają, że przesuwa się w górę wiek dojrzałości. Coraz więcej ludzi - z metryki niby dorosłych - wykazuje cechy niedojrzałych emocjonalnie i społecznie nieodpowiedzialnych nastolatków. Można coraz częściej spotkać 40-tolatków (a nawet starszych), którzy myśleniem i poziomem odpowiedzialności pozostali na poziomie dzieci z młodszych klas szkoły średniej. Ustawiczne niezadowolenie, pretensje do wszystkich, brak poczucia przynależności i odpowiedzialności za grupę społeczną, nieumiejętność odnalezienia się, postawa jedynie roszczeniowa, nadmierne krytykanctwo, niefrasobliwość, myślenie egoistyczne i egocentryczne, to cechy właśnie dorastającej młodzieży, która dopiero wchodzi w życie społeczne. Niestety według socjologów, ostatnio to także cechy coraz większej ilości osób, które biologicznie dawno już powinny wyjść z okresu dojrzewania. Biologicznie dorośli, psychologicznie, społecznie, emocjonalnie i religijnie są nadal niedojrzali, zatrzymali się na poziomie dziecka.</p>
<p>Z drugiej strony można jednak zauważyć inną socjologiczną prawidłowość, a mianowicie że coraz więcej ludzi młodych robi coraz szybsze kariery zawodowe i profesjonalne. Ludzie niekoniecznie jeszcze socjologicznie i społecznie całkowicie dojrzali, moralnie urobieni i odpowiedzialni, ludzie często nawet jeszcze przed 30-ką osiągają wysokie i odpowiedzialne stanowiska, są dyrektorami, managerami, kierownikami, właścicielami zakładów i firm. Ich zawodowe i profesjonalne przygotowanie trwało kilkanaście lat, rozwinęli się, „dorobili się” pewnej pozycji, ale społecznie i psychicznie, a także religijnie pozostali nadal – powiedzmy sobie szczerze – zacofani, lub niedorozwinięci.</p>
<p>Jaki jest efekt tego zderzenia dwóch tendencji? Można sobie tylko wyobrazić lub &#8230; po prostu rozejrzeć się dookoła. Mamy wtedy niedojrzałych emocjonalnie i nieodpowiedzialnych, zarozumiałych bosów, którym zależy jedynie na szybkim dorobieniu się, na karierze, na materialnym –jedynie- sukcesie. Mamy właścicieli firm i zakładów, gdzie pracownicy traktowani są jak najemnicy lub niewolnicy. Ale mamy także „wierzących niewierzących”. Ludzi, którzy deklarują się jako „wierzący niepraktykujący” – co już jest samo w sobie sprzeczne i absurdalne. Człowiek bowiem naprawdę wierzący nie może być niepraktykujący, bo jeśli jest niepraktykujący, to na czym polega jego wiara? Na słownych, nic nie kosztujących deklaracjach? To jest właśnie jeden z efektów owej religijnej niedojrzałości. A jest ich znacznie więcej. Bo co powiedzieć o wiecznie niezadowolonych, ustawicznie krytykujących Kościół ludziach, którzy nie widzą podstawowego faktu, jakim jest to, że Kościół jest taki, jacy są jego członkowie. No i mamy w końcu małżonków myślących jak nastolatki, nastawionych absolutnie egoistycznie i egocentrycznie. Mamy rodziców, którzy sami są jeszcze dziećmi. Rodziców, którzy nie czują żadnej odpowiedzialności za swoje dzieci, za ich wychowanie, także religijne, którzy niefrasobliwie mówią: „jak dorośnie to samo wybierze”.</p>
<p>Ta ostatnia uwaga łączy się także z inną zaobserwowaną prawidłowością, a mianowicie – z jednej strony obniża się wiek inicjacji seksualnej młodzieży, która biologicznie staje się dojrzała już w starszych klasach gimnazjum,. Programy szkolne tak są ustawiane i tak prowadzone, że coraz młodszym dzieciom przekazuje się wiadomości o biologicznej stronie życia rodzinnego i małżeńskiego. A z drugiej strony ludzie młodzi coraz częściej opóźniają decyzję na świadome i odpowiedzialne małżeństwo. Mamy więc małżeństwa na próbę, młode pary żyjące razem bez odpowiedzialnych i zobowiązujących decyzji. Mamy niechciane dzieci, dramaty dziewcząt, które za wcześnie zaszły w ciążę. Mamy pokaleczone życie tak wielu młodych ludzi. Mamy zdezorientowane i zagubione dzieci, które nie widzą żadnych wyższych wartości, ani wzorców osobowościowych i moralnych w życiu swoich rodziców. Mamy młodzież, która poszukując nie znajduje autentycznych autorytetów, klarownych i jasnych moralnie postaw.</p>
<p>Jak to więc jest z tą dorosłością? Czy w pogoni za nowoczesnością, za szybkim sukcesem, za materialnym dostatkiem nie zagubiliśmy czegoś dalece ważniejszego? Czy kształcąc dzieci, dając im coraz bardziej zaawansowane narzędzia społecznego i zawodowego awansu nie zapomnieliśmy o formowaniu ich człowieczeństwa, o urabianiu ich sumień w prawdzie? Czy kształcenie intelektualne nie zastąpiło formacji duchowej i ludzkiej. Z powierzchownych już nawet obserwacji można powiedzieć, że niestety tak.</p>
<p>Oczywiście, że to co powiem, jest pewnego rodzaju uproszczeniem i generalizacją, ale czy nie jest w wielu przypadkach tak, że w dorosłe życie wchodzą zupełnie nieprzygotowani ludzie, rozpieszczane przez rodziców dzieci, maminsynki przyuczone do tego, że wszystko im się należy? Czy nie jest tak, że ten klosz rodzicielskiej opieki był za szczelny, za dobry, że chronił ich przed wszystkimi kłopotami, a w razie wpadki wydostawał (po znajomości) ze wszystkich kłopotów? I takie „chowane pod kloszem dziecko” nie umie przyjmować porażek, nie jest zdolne do wysiłku, łatwo wpada w stres, przygnębienie i zniechęcenie. Czy nie jest tak, że obce są mu pojęcia altruizmu, poświęcenia, idea pomocy innym, jasne i zdecydowane rozróżnianie wartości i pseudo-wartości? Z takim nastawieniem nie można zbudować rodzinnego i małżeńskiego życia, nie można być dobrym pracodawcą, czy pracownikiem. Z takim – powiedzmy wprost egoistycznym i egocentrycznym – nastawieniem nie można znaleźć miejsca dla siebie w społeczeństwie. A jeśli większość społeczeństwa to właśnie tacy egoistycznie i roszczeniowo nastawieni ludzie, to jakież to społeczeństwo być może?</p>
<p>Podobne prawidłowości widzi się także w życiu religijnym, w rozwoju, a raczej - należałoby powiedzieć - niedorozwoju wiary wśród wielu – niby dorosłych ludzi. Co jest przyczyną tego religijnego upośledzenia, tego braku dojrzałości? Czy jest to rzeczywiście tylko nieprzystosowanie Kościoła do czasów współczesnych? Czy nie jest to także efekt owego podstawowego zaniedbania jakim jest brak religijnej formacji, zakończenie jej na poziomie I Komunii Świętej? Ciekawą jest rzeczą, że na przygotowanie zawodowe i profesjonalne poświęcamy tak wiele czasu i pieniędzy, a jednocześnie na religijną formację nie mamy czasu. Wykształcenie lekarza wymaga co najmniej pięcio- czy nawet siedmioletnich studiów. Wykształcenie inżyniera to co najmniej cztery, pięć lat studiów. Studia prawnicze, ekonomiczne, rolnicze, artystyczne i jakiekolwiek inne zajmują wiele lat, a poprzedzone są przecież nie tylko szkołą podstawową czy gimnazjum. W sumie profesjonalne przygotowanie zabiera nam kilkanaście (a nieraz i więcej) lat życia. A jednocześnie religijna formacja jest tak drastycznie redukowana do minimum, a nawet w wielu przypadkach całkowicie negowana czy odrzucana. Można by zadać kilka prostych pytań:</p>
<p>Co zrobi i jaki będzie niedouczony lekarz? Czy ktoś powierzyłby swoje zdrowie i życie takiemu lekarzowi?<br />
Jaki będzie niedouczony prawnik? Jaki będzie efekt jego niefrasobliwego i lekceważonego wykształcenia?<br />
Jakie będą konstrukcje niedouczonego inżyniera? Czy dom budowany przez takiego, „niedokończonego” inżyniera może się nie zawalić?</p>
<p>A jaki w końcu jest efekt niedouczonego, powierzchownego chrześcijanina? Czy nie jest to – powiedzmy sobie szczerze – karykatura wiary, albo po prostu nieporozumienie? Tak łatwo zwalać winę na złych katechetów, niedobrych księży, chciwych proboszczów &#8230; Tak łatwo usprawiedliwiać się brakiem czasu, niedogodnościami różnego rodzaju. Tak łatwo z uśmieszkiem politowania traktować sprawy wiary, a później jesteśmy zdziwieni, że nam jej nie dostaje, że jest ona słaba, nijaka, bezkształtna i infantylna. Tylko zobaczmy sami, co my dla tej – naszej w końcu – wiary zrobiliśmy? Czy nie jesteśmy jak ten niedouczony lekarz, który chętnie i z zapałem będzie leczył innych, dawał dobre rady, pouczenia, moralizował, a jednocześnie nie chce uznać, że on sam jest najpoważniej chory? Czy nie jest tak, jak w przypadku niedouczonego prawnika, który nie znając prawa, tworzy sobie swoje własne? Czy nie jest tak, jak w przypadku niefrasobliwego inżyniera, że budowany przez nas dom naszego życia nam się zawala? Warto może powtórzyć słowa ze wstępu do tych rekolekcji:</p>
<p>Wiara jest ogromnym skarbem, który Bóg złożył w naszym sercu, a my „przechowujemy ten skarb w naczyniach glinianych, aby z Boga była owa przeogromna moc, a nie z nas.”( 2 Kor 4,7) Wiarę trzeba więc najpierw rozpoznać jako skarb, zrozumieć i chronić. Nie może być tak, że dorosły 40-to letni człowiek zatrzymał się w swojej religijnej formacji na poziomie kilkuletniego dziecka. Nie może być tak, że moja znajomość prawd wiary ogranicza się do kilku infantylnych stereotypów, które zapamiętałem z katechizmu dla dzieci klasy drugiej szkoły podstawowej. Przecież to nie jest wiara dojrzała, ani odpowiedzialna i taka wiara nie może być ani silna, ani poważna, ani regulować mojego dorosłego życia.
</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRSS>http://rekolekcje.ovh.org/WordPress/?feed=rss2&amp;p=19</wfw:commentRSS>
		</item>
		<item>
		<title>08 - Środa – I tydzień WP</title>
		<link>http://rekolekcje.ovh.org/WordPress/?p=24</link>
		<comments>http://rekolekcje.ovh.org/WordPress/?p=24#comments</comments>
		<pubDate>Sun, 14 Oct 2007 03:21:53 +0000</pubDate>
		<dc:creator>kazikq</dc:creator>
		
	<category>Rekolekcje Wielkopostne</category>
		<guid isPermaLink="false">http://rekolekcje.ovh.org/WordPress/?p=24</guid>
		<description><![CDATA[Nauka 8 – Może tak, a może inaczej &#8230;
Kontynuując wczoraj rozpoczętą myśl, można zapytać:
Czemuż się dziwić, że nam się te naczynia rozlatują, skoro nic nie zrobiliśmy, aby je umocnić? Jak zapowiedziałem we wstępie, należy stawiać sobie takie pytania i szukać uczciwie odpowiedzi, nie zwalając winy na innych. Należy stawiać sobie takie pytania i szukać sposobów [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Nauka 8 – Może tak, a może inaczej &#8230;</p>
<p>Kontynuując wczoraj rozpoczętą myśl, można zapytać:</p>
<p>Czemuż się dziwić, że nam się te naczynia rozlatują, skoro nic nie zrobiliśmy, aby je umocnić? Jak zapowiedziałem we wstępie, należy stawiać sobie takie pytania i szukać uczciwie odpowiedzi, nie zwalając winy na innych. Należy stawiać sobie takie pytania i szukać sposobów wyjścia z impasu, bo jest to przecież skarb mnie osobiście dany. Zgodzę się z tym, że Bóg dał mi ten skarb za pośrednictwem Kościoła i w Kościele, zgodzę się z tym, że także Kościół jest odpowiedzialny za moja wiarę, ale co ten Kościół ma robić, skoro ja już dawno „zmajstrowałem sobie” religię własnej roboty, chałupniczą metodą, poprzykrawałem i wybrałem to, co mi pasuje, a odrzuciłem to co jest dla mnie niewygodne? A czy zdaję sobie sprawę z tego, że z tą „religią własnej roboty” jest jak z pieniądzem własnej roboty, który nie ma żadnej wartości?</p>
<p>Tym, którzy religię traktują wybiórczo, tzn. przyjmują tylko te prawdy wiary, które są im akurat wygodne należałoby by powiedzieć :</p>
<p>- Kto posiada religię własnej roboty, ten nie jest katolikiem.<br />
- Religia własnej roboty jest tyle samo warta, co pieniądz własnej roboty.<br />
- Taka religia jest fałszywym pieniądzem przed Bogiem.</p>
<p>Czesław Miłosz zaś pisze wprost o &#8220;wyznawaniu religii złagodzonej, której główną zasadą jest - może tak, a może inaczej&#8221;. I my bardzo często taką właśnie, religię złagodzoną, przykrojoną na naszą miarę i do naszych potrzeb wyznajemy. Religia złagodzona, to namiastka religii, to w rzeczywistości amalgamat przesądów i zabobonów, w których najważniejsza jest nie prawda o Bogu, ale pytanie, czy to pasuje do mojego życia? Może tak, a może inaczej – mówimy sobie zawsze wtedy, gdy pewne normy moralne, pewne prawdy religijne kłócą się z naszą codzienną praktyką, z naszym „widzimisię”, z naszymi przekonaniami. Może tak, a może inaczej – powtarzamy sobie z uśmieszkiem sceptycyzmu zawsze wtedy, gdy popełniając grzech nie chcemy się do tego przyznać. Może tak, a może inaczej – tłumaczymy sobie wtedy, gdy nie umiemy zrezygnować z własnego, niedojrzałego sposobu widzenia i oceniania rzeczywistości. Co więcej bardzo często tego rodzaju subiektywizm, czy relatywizm religijny udowadniamy i podpieramy teoryjkami o religijnej wolności, o konieczności krytycznego i nowoczesnego spojrzenia na wiarę, o zmieniających się czasach, a nawet o ekumenizmie. Tylko, że tak na dobrą sprawę, to takie teoryjki nic wspólnego nie mają; ani z wolnością, ani z krytycznym spojrzeniem, ani z ekumenizmem. Jest to nie mniej ni więcej tylko nasze rozwadnianie, rozmydlanie Ewangelii i wiary która nie chce się przypasować do naszego poplątanego życia.</p>
<p>Jeśli żyję w bałaganie i moralnym nieporządku, a jednocześnie pretenduję, że wierzę, to w naturalny sposób rodzi się napięcie nie do zniesienia, między wiarą, a moim nieuporządkowanym życiem. Wtedy coś trzeba zmienić, coś odrzucić, bo inaczej to napięcie staje się elementem rozsadzającym moją osobowość. Jeśli więc nie chcę zmienić mojego życia, bo jestem przywiązany do moich nałogów i grzechów, to konsekwentnie muszę, zmienić albo odrzucić religią, wiarę, a w końcu i Pana Boga, Który stawia mi „zbyt wygórowane” wymagania moralne.</p>
<p>I to jest także syndrom niedojrzałości, objaw braku odpowiedzialności, znak naszego kapryśnego i wybiórczego nastawienia do wiary. Tak właśnie reaguje dziecko, któremu rzeczywistość nie chce się dopasować do jego „widzimisię”. Tego rodzaju postawa zdaje się dominować we współczesnym stechnicyzowanym, globalnym społeczeństwie, pozbawionym jakichkolwiek zasad i rozdygotanym w poszukiwaniu nowości. Sceptycyzm jaki z niej przebija nie jest wynikiem przemyśleń i dążenia do poznania Prawdy, ale efektem niedojrzałego odrzucania tego, co jest nam niewygodne lub zbytnio dla nas wymagające. W takim duchu rodzice wychowują swoje dzieci, w takim duchu młodzież odnosi się do całej otaczającej ją rzeczywistości. Wszystko jest względne i zależy od punktu widzenia, a ten –jak głosi bardzo popularne powiedzenie- zależy od punktu siedzenia. I tak pozostajemy z naszym planowym i fundamentalnym sceptycyzmem bez jakiejkolwiek szansy na wydostanie się z niego. Nie chcemy poznać Prawdy, bo uważamy, że jej nie ma, bo według nas jest ona niepoznawalna, albo niewygodna. A wtedy lepiej powiedzieć „może tak, a może inaczej”</p>
<p>Co więcej, w dzisiejszej masońskiej i liberalistycznej Europie, która staje się coraz bardziej nie tylko antyklerykalna, ale i antyreligijna, wiara nie jest ani łatwa, ani modna. Wierzyć dzisiaj to prawdziwie iść pod prąd modernistycznym przekonaniom i trendom, negacji, amoralności, anty-religijności, pod prąd łatwiźnie moralnej i życiowej. Głoszone z katedr polityków hasełka laickości łatwo się przyjmują, bo trafiają na podatny grunt zbałamuconych i niedojrzałych ludzi. Liberalistyczne i permisywisyczne nastawienie powoduje, że wszystko wszystkim wolno, a rację ma ten, kto głośniej krzyczy, kto jest większym demagogiem i kto więcej obiecuje, albo po prostu jest bardziej brutalny.</p>
<p>Świat współczesny (ze swoją demagogią) domaga się od nas wiary dorosłej, dojrzałej, świadomej i pogłębionej. I za to każdy jest odpowiedzialny osobiście. Nie można się wymawiać brakiem dostępu, czasu, chęci. Nie można sobie wiary lekceważyć, zaniedbywać, zbywać, spychać na margines życia. Powiedzmy sobie szczerze, że ktoś, kto dzisiaj –mając tak ogromne możliwości- zaniedbuje swoją wiarę, jej rozwój i pogłębianie, jest sam sobie winny, kiedy ją traci. Ileż bowiem czasu spędzamy bezmyślnie przed telewizorem oglądając bezsensowne programiki, ileż czasu spędzamy bezużytecznie przed komputerem buszując po internecie za sensacjami i skandalami, albo nawet za obrazkami ze „świerszczyków”? A co zrobiliśmy dla pogłębienia naszej wiary? Dlaczego więc zdziwienie i zdumienie, dlaczego i do kogo pretensje jeśli wiara nasza słabnie i umiera? Kto -tak naprawdę- jest za to odpowiedzialny? W przypadku dziecka na pewno zły katecheta, lub zły przykład księdza, ale i niefrasobliwość rodziców. A w przypadku człowieka dorosłego? Ile czasu poświęcamy tygodniowo na modlitwę, na lekturę religijną, na rozmowy w domu o sprawach wiary? Tak łatwo oskarżać katechetów, obwiniać nauczycieli, pomawiać księży, ale co rodzice – pierwsi i najważniejsi wychowawcy- robią dla religijnej formacji swoich dzieci? Czy to naprawdę tylko zły katecheta jest winny?</p>
<p>Warto zastanowić się nad tą naszą rzekomą dorosłością i przemyśleć kilka podstawowych spraw. Czy moje nastawienie do religii, Kościoła nie jest jedynie takim właśnie pełnym roszczeń i pretensji zachowaniem nastolatka? Czy ja sam czuję się odpowiedzialny za moją wiarę i za jej rozwój tak we mnie samym jaki wśród moich najbliższych? Czy robię coś aby tę wiarę pogłębić, czy raczej wprost przeciwnie szukam wszelkich nadarzających się okazji, aby ją właśnie spłycić i osłabić? A jak wygląda moja religijna edukacja, czy nie zatrzymałem się -w tym względzie- na poziomie z czasów szkoły podstawowej czy nawet średniej. Co czytam, czy tylko Gazetę Wyborczą i nastawione na sensacje i skandale Fakty, czy może udaje mi się znaleźć czas i dostęp do prasy katolickiej i dobrych, nie tendencyjnych książek? A moje praktyki religijne, czy nie ograniczają się do coraz rzadszych, a nawet sporadycznych wizyt w kościele od wielkiego dzwonu? Czy w moim życiu codziennym, w moich kontaktach z ludźmi; pracownikami, kolegami, znajomymi, z rodziną kieruję się Chrystusową nauką, przykazaniami miłości Boga i bliźniego, czy też mam swoją własną, spreparowaną na prywatny użytek teoryjkę w rodzaju może tak, a może inaczej?</p>
<p>Tego rodzaju pytania warto sobie co jakiś czas zadawać w całej uczciwości, bo w przeciwnym wypadku sprawy wiary, sprawy mojej religijności, mojego zbawienia – w naturalny sposób – „wyślizgną się” z mojego życia, zejdą na daleki plan i staną się -w końcu- całkowicie mi obce. A wtedy kogóż oskarżać i kogo winić o mój religijny niedorozwój. Warto też uświadomić sobie, że nie mogę bez poważnego niebezpieczeństwa odsuwać ich od siebie, zbywać uśmieszkiem i tłumaczyć się brakiem czasu. Człowiek jest jednością i nie może pretendować do miana pełnego, dorosłego człowieka, jeśli rozwija jedną tylko stronę swojego człowieczeństwa. A tak dzieje się w przypadku tych, którzy zaniedbują świadomie lub tylko niefrasobliwie zapominają o odpowiedzialności za stan swojej wiary.</p>
<p>Kiedyś ktoś trafnie zauważył, że w Polsce prawie nie ma ateistów, są tylko ludzie religijnie zaniedbani, bo ateista wie dlaczego nie wierzy w Boga, zna zasady wiary, tylko że ich nie uznaje. Człowiek religijnie zaniedbany mówi: &#8220;Nie wierzę&#8221; ale często tak na prawdę nawet nie potrafi powiedzieć &#8220;w co&#8221; czy też &#8220;w Kogo&#8221; nie wierzy, gdyż posiada niewielką wiedzę na ten temat.
</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRSS>http://rekolekcje.ovh.org/WordPress/?feed=rss2&amp;p=24</wfw:commentRSS>
		</item>
		<item>
		<title>09 - Czwartek – I tydzień WP</title>
		<link>http://rekolekcje.ovh.org/WordPress/?p=28</link>
		<comments>http://rekolekcje.ovh.org/WordPress/?p=28#comments</comments>
		<pubDate>Sun, 14 Oct 2007 03:51:28 +0000</pubDate>
		<dc:creator>kazikq</dc:creator>
		
	<category>Rekolekcje Wielkopostne</category>
		<guid isPermaLink="false">http://rekolekcje.ovh.org/WordPress/?p=28</guid>
		<description><![CDATA[Nauka 9 – Umiejętność wybaczania

Warto przypomnieć sobie i inną cechę dorosłości, a jest nią umiejętność stawienia się przed Bogiem i przed innymi w Prawdzie. Takie stawanie w Prawdzie to umiejętność widzenia najpierw swoich słabości i grzechów, a zarazem umiejętność wybaczania ich innym. Cytowany już wcześniej amerykański trapista Tomasz Merton pisze w swej książce „Nikt nie [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><strong>Nauka 9 – Umiejętność wybaczania<br />
</strong><br />
Warto przypomnieć sobie i inną cechę dorosłości, a jest nią umiejętność stawienia się przed Bogiem i przed innymi w Prawdzie. Takie stawanie w Prawdzie to umiejętność widzenia najpierw swoich słabości i grzechów, a zarazem umiejętność wybaczania ich innym. Cytowany już wcześniej amerykański trapista Tomasz Merton pisze w swej książce „Nikt nie jest samotną wyspą”:</p>
<p>„Chcesz poznać Boga? Jeśli tak, to naucz się rozumieć słabości i niedoskonałości innych ludzi. A jak możesz je zrozumieć, nie uświadamiając sobie własnych słabości? A jak możesz zrozumieć znaczenie własnych ograniczeń, jeśli nie otrzymałeś od Boga miłosierdzia, mocą którego poznajesz Jego i siebie?&#8221;</p>
<p>I w tym jest głęboka mądrość „zrozumieć znaczenie własnych słabości i ograniczeń”, aby umieć jednocześnie wybaczyć i sobie, i innym. Tylko człowiek pyszny i zarozumiały, albo po prostu niedojrzały będzie twierdził, że żadnych grzechów i słabości nie ma. Człowiek naprawdę mądry i dojrzały jest świadomy swoich grzechów, a człowiek wierzący wie, że są one próbą jego wiary i pokory. Człowiek wierzący za świętym Pawłem powtórzy: „&#8230; Dany mi został oścień dla ciała, wysłannik szatana, aby mnie policzkował - żebym się nie unosił pychą.” (2 Kor 12,7) Z tej perspektywy także błędy i grzechy innych nabierają zupełnie innego znaczenia i sensu.</p>
<p>Człowiek naprawdę dorosły nie jest ustawicznie krytycznie i negatywnie do wszystkich nastawiony. Człowiek naprawdę dorosły umie dostrzec obok zła, także dobro. To tylko niedojrzałe nastolatki są wiecznie niezadowolonymi malkontentami. Bo oni jeszcze nie wiedzą, że świat nie dzieli się według prościutkich reguł, że jest w nim bardzo dużo zła, które rzuca się krzykliwie w oczy, ale też i bardzo wiele dobra, które trzeba umieć dostrzec, zaakceptować i pomnażać. Człowiek naprawdę dorosły bierze na siebie część odpowiedzialności za grupę społeczną, w której żyje. Człowiek dojrzały widzi słabości swoje i innych, ale widzi także drogi wyjścia z impasu, widzi także dobro, które można pomnożyć, rozwinąć, uaktywnić. Człowiek prawdziwie dorosły, człowiek głębokiej i prawdziwej wiary nie jest wiecznie utyskującym malkontentem. Nie wzrusza obojętnie ramionami i nie uśmiecha się z pogardą dla słabości innych, ale umie spojrzeć z miłosierdziem, i na siebie, i na innych. Komu brakuje pełnego wyrozumiałości miłosierdzia nigdy nie pozna naprawdę Boga, a jego wiara będzie bardzo słaba i będzie łatwo ulegał zniechęceniu widząc niedoskonałość, najczęściej właśnie u innych.</p>
<p>Jest poza tym rzeczą ciekawą, że najczęściej nie umieją innym przebaczyć ci, którzy nie umieją przebaczyć samym sobie, swoich własnych słabości. I dlatego, aby odwrócić uwagę od siebie, aby zagłuszyć swoje własne wyrzuty sumienia, tak bardzo głośno i zdecydowanie potępiają i napiętnują innych. Swoje własne poczucie winy, nieumiejętność wybaczenia sobie samemu rekompensują wytykaniem winy innych. I dlatego warunkiem dojrzałej wiary jest najpierw i przede wszystkim umiejętność wybaczenia sobie. Wybaczenia, a nie lekceważenia swoich grzechów i słabości. Różnica polega na tym, że człowiek niedojrzały nie akceptuje powagi swoich grzechów, on je zbywa sceptycznym uśmiechem, on je usuwa w podświadomość. Natomiast człowiek dorosły widzi swoje ułomności, nie zbywa ich, i jest świadom ich powagi. Umiejętność zaś wybaczenia sobie, to umiejętność zaufania Miłosierdziu Bożemu przy jednoczesnym ustawicznym podejmowaniu osobistych wysiłków. I to właśnie pozwala mi okazać miłosierdzie również wobec innych i tym samym poznać Boga pełnego Miłosierdzia. Człowiek, który nie umie rozpoznać powagi swoich własnych grzechów, przyznać się przed sobą, a w końcu sobie samemu wybaczyć, nie będzie też umiał wybaczyć nikomu innemu, a wyrzuty sumienia, które go męczą będzie rekompensował ustawicznym wytykaniem błędów innym.</p>
<p>Człowiek dojrzałej i głębokiej wiary ze zrozumieniem wypowiada wezwanie Modlitwy Pańskiej: „&#8230; i odpuść nam nasze winy, jako i my odpuszczamy naszym winowajcom.” I wie doskonale, co słowa te znaczą. A znaczą ni mniej nie więcej tylko: „oczekujesz miłosierdzia, bądź i ty miłosierny.</p>
<p>Miłosierdzie nie jest oczywiście pobłażliwością, czy permisywistycznym przymrużeniem oka. Miłosierdzie zakłada pełny i prawdziwy osąd moralny, który nie lekceważy zła i nie udaje, że go nie ma, ale widząc i nazywając zło po imieniu wie, że zło nie jest rzeczywistością ostateczną, że ostatecznie zwycięża dobro. Ale także, że owo dobro może zwyciężyć tylko wtedy, gdy ja sam je pomnażam i gdy potępiając zło, próbuję pomóc wydostać się z niego temu, kto je popełnia. W przeciwnym wypadku, sama krytyka zła i jego napiętnowanie nie przyczyniają się do pomnożenia dobra, ale wprost przeciwnie do jego pomniejszenia. Spotkałem kiedyś bardzo głęboką i poruszającą definicję przebaczenia: „przebaczyć komuś, to przywrócić mu w naszym sercu utraconą pozycję”. Człowiek dojrzałej wiary wie, jak to jest trudne, ale jednocześnie wie, że jest to jedyne sposób na uzyskanie Bożego Miłosierdzia i przebaczenia, bo Bóg tak właśnie mnie przebacza moje winy!!</p>
<p>Powtórzmy jeszcze raz jasno:<br />
Człowiek naprawdę i głęboko wierzący nie jest stale niezadowolonym i pełnym pogardy malkontentem lub cynikiem, ani wiecznie utyskującym krytykantem.</p>
<p>Malkontent i wiecznie niezadowolony pesymista na pewno nie jest człowiekiem głęboko wierzącym. Jego wiara nie jest, ani dojrzała, ani odpowiedzialna. Jego małostkowa wiara nie buduje innych, a raczej niszczy także samą siebie.</p>
<p>Ale też nie można być infantylnie hurraoptymistycznym, bo i to jest brakiem realizmu i zakłamywaniem rzeczywistości. Człowiek głęboko wierzący zdaje sobie sprawę, że nie wszystko wokół niego, a i w nim samym jest doskonałe, ale też wie, że sam może wiele zmienić dzięki swojej pracy i z pomocą Bożej Łaski. A to, czego zmienić nie może pozostawia Bożej Wszechmocy i Bożemu Miłosierdziu.</p>
<p>Już podobno Marek Aureliusz miał się modlić:</p>
<p>Panie daj mi odwagę, abym mógł zmienić to, co zmienić mogę,<br />
Daj cierpliwość, abym mógł przyjąć to, czego zmienić nie mogę<br />
Ale nade wszystko daj mądrość, abym umiał odróżnić jedno od drugiego.</p>
<p>Człowiek głęboko wierzący z odwagą zmienia to, co zmienić może, z pokorą i ufnością przyjmuje to czego zmienić nie może, i ustawicznie modli się o mądrość, ale nigdy nie narzeka i nie utyskuje, bo to podważa jego wiarę i neguje zaufanie do Boga.</p>
<p>Drugim więc punktem naszej podstawowej kwestii: „czy można jeszcze wierzyć dzisiaj, a jeśli tak, to jak?” jest właśnie problem dojrzałości wiary, odpowiedzialności za nią, kształtowania jej w sobie i w innych, nie przez ustawiczne utyskiwanie, czy powątpiewanie, ale przez pogłębioną refleksję nad jej kształtem w nas samych i w naszym codziennym życiu. Tego rodzaju rozważania powinny być naszą codziennością. Na nic bowiem cały wysiłek Kościoła, na nic Męka i Śmierć samego Chrystusa, jeśli my nie potrafimy w sposób dorosły i odpowiedzialny rozwijać wiary w nas samych. Na nic nawet nasza zewnętrzna przynależność do Kościoła, jeśli w naszej religijności zatrzymaliśmy się na poziomie dziecka. Problem bowiem dorosłości – także w życiu religijnym – to przede wszystkim problem odpowiedzialności, a co za tym idzie, także problem miłości. Bo prawdziwa miłość jest odpowiedzialna i prawdziwa odpowiedzialność może się zrodzić tylko z miłości. Nie bez przyczyny Kard. Karol Wojtyła zatytułował jedną ze swoich pierwszych książek właśnie „Miłość i odpowiedzialność”. Obie bowiem; i miłość, i odpowiedzialność najlepiej charakteryzują dojrzałość i dorosłość. Na początku tej nauki powiedzieliśmy, że „dorosłość nie może być mierzona jedynie miarą lat &#8230;” Czym więc mierzyć tę dorosłość? Właśnie odpowiedzialną miłością do naszych bliźnich, także &#8230; odpowiedzialną miłością do Kościoła, którego jesteśmy członkami.</p>
<p>I jak długo tej prawdy nie zrozumiemy, tak długo nie będziemy ani dojrzali, ani dorośli tak w życiu codziennym i w życiu religijnym.</p>
<p>Ktoś może się zżymać i tupać nóżkami, obrażając się na Boga, za to, że stawia nierealne wymagania, ktoś inny może sobie tworzyć własną, prywatną moralność i przykrojoną do swoich potrzeb religię własnej roboty, ktoś inny wreszcie, może z lekceważeniem i pogardą wzruszyć ramionami &#8230;. ale prawda pozostanie niezmieniona. Spraw Bożych, wiary, zbawienia mojego i moich bliźnich nie zrozumiem inaczej, jak tylko przez postawę odpowiedzialnej miłości.</p>
<p>To co widoczne jest w dzisiejszym świecie, ów zdecydowany negatywizm, zajadłe krytykowanie wszystkiego z Bogiem włącznie, ustawiczne pretensje do wszystkich z Bogiem włącznie, przy jednoczesnym braku osobistej odpowiedzialności, to właśnie wyraz owej niedojrzałej, malkontenckiej i infantylnej wiary. To wyraz egoizmu, małostkowości i małoduszności. Jesteśmy ludźmi „małego ducha” i dlatego brak nam wiary. Jesteśmy jak małe dzieci, które złoszczą się, bo nie pozwolono im się bawić zapałkami, jak małe dzieci, które są krótkowzroczne i pozbawione szerszych horyzontów. One chcą tylko rozrywki tu i teraz. A jeśli nie dostaną tego, czego akurat w tej chwili chcą, to się obrażają i gniewają na wszystkich. Mała, egoistyczna miłość własna została urażona. I dlatego np. takie dzieci bardzo często plują przy jedzeniu kaszki czy szpinaku &#8230; Czyż nie tak zachowują się właśnie infantylni katolicy, niedojrzali chrześcijanie?</p>
<p>Szokują cię te słowa i porównania?</p>
<p>Mnie też szokują, takie właśnie zachowania –niby- dorosłych ludzi, którzy obrazili się na samego Pana Boga, bo im nie pozwala na prywatne eksperymenty moralne, bo stawia klarowne przykazania i normy etyczne, bo domaga się przede wszystkim dojrzałej, wymagającej Miłości, a nie euforycznych uniesień, czy mdławych, rozmydlonych i jałowych pieszczot.</p>
<p>Szokują cię te słowa i porównania?</p>
<p>Mnie też szokują ustawiczne, malkontenckie postawy wiecznie niezadowolonych, którzy sami palcem nie ruszą, ale innych kategorycznie napiętnują i wytykają, utyskują i narzekają, udowadniając przy tym, że ich wiara jest słaba dlatego, że to inni ją podważają i rujnują. A przecież powiedzmy sobie szczerze i uczciwie, akurat w tym względzie, to ja sam jestem odpowiedzialny za wartość i jakość mojej wiary. Co robię, aby ją pogłębić i umocnić?</p>
<p>Czy naprawdę jestem dorosły? Czy tylko tak mi się wydaje? Czy stale będę miał o wszystko pretensje do Pana Boga, do Kościoła, do księży, Papieża itd. &#8230; jak arogancki i niegrzeczny młodzieniec, który cynicznie mówi swoim rodzicom: „Przecież ja się na świat nie prosiłem!! Po coście mnie urodzili?”
</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRSS>http://rekolekcje.ovh.org/WordPress/?feed=rss2&amp;p=28</wfw:commentRSS>
		</item>
		<item>
		<title>010 - Piątek - I Tydzień WP</title>
		<link>http://rekolekcje.ovh.org/WordPress/?p=29</link>
		<comments>http://rekolekcje.ovh.org/WordPress/?p=29#comments</comments>
		<pubDate>Mon, 15 Oct 2007 02:44:18 +0000</pubDate>
		<dc:creator>kazikq</dc:creator>
		
	<category>Rekolekcje Wielkopostne</category>
		<guid isPermaLink="false">http://rekolekcje.ovh.org/WordPress/?p=29</guid>
		<description><![CDATA[Nauka 10 – Sens cierpienia - I
Piątek to bardzo dobry dzień na refleksję nad tematem, który chcę właśnie zaproponować. Piątek to dzień w którym wspominamy niewyrażalne cierpienie samego Boga, odrzuconego przez swoje stworzenie. Piątek to dzień, w którym bezsens i horror cierpienia Tego, Który jest Miłością stają nam przed oczyma w całej wyrazistości.
Jednym z najtrudniejszych [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><strong>Nauka 10 – Sens cierpienia - I</strong></p>
<p>Piątek to bardzo dobry dzień na refleksję nad tematem, który chcę właśnie zaproponować. Piątek to dzień w którym wspominamy niewyrażalne cierpienie samego Boga, odrzuconego przez swoje stworzenie. Piątek to dzień, w którym bezsens i horror cierpienia Tego, Który jest Miłością stają nam przed oczyma w całej wyrazistości.</p>
<p>Jednym z najtrudniejszych momentów wiary, jej próbą i najgłębszym doświadczeniem jej autentyczności jest sytuacja choroby, cierpienia, śmierci. Dopóki dotyczy to innych, obcych nam ludzi, dopóki nie dotyka to nas samych bezpośrednio, dopóty jakoś nie mamy kłopotów ze zrozumieniem sensu cierpienia, choroby i śmierci. Ale kiedy cierpienie dotknie mnie samego, kiedy śmierć „zawita” do mojej rodziny, zabierze kogoś z moich bliskich &#8230; wtedy -w prawie pogański sposób- buntuję się, nawet przeciwko samemu Bogu. Wtedy rodzą się wątpliwości, zniechęcenie, cynizm, czy apatia. Wtedy wiara –bardzo często- staje się czymś dalekim i bezużytecznym, modlitwa nie przynosi już pociechy, sakramenty stają się magicznymi znakami i obrzędami, a Bóg niejednokrotnie staje się nieczułym i odległym satrapą. Ileż to razy z ust ludzi wierzących słyszałem takie właśnie pełne wyrzutu słowa i pretensje, a zarazem niezrozumiałe w przypadku człowieka wierzącego pytanie: „Zmarł mój mąż, zachorowała ciężko córka, odeszła żona i zabrała dzieci, &#8230; itd., itp. i gdzież jest teraz Bóg, ten Miłosierny Ojciec?”</p>
<p>To pytanie powtarza się szczególnie często w sytuacjach granicznych, kiedy cierpienie, ból, choroba dotykają nas bezpośrednio. I nie ma w tym nic dziwnego, ani gorszącego. Dziwne jednak i czasami gorszące jest to, że człowiek wierzący zapomina w takich sytuacjach o swojej wierze, o tym, że Pan Bóg nigdy nie jest beznamiętnym obserwatorem ludzkiego cierpienia, ale zawsze jest weń najgłębiej i najbardziej osobiście zanurzony. Bóg nie chce ani śmierci, ani cierpienia, bo On ani śmierci, ani cierpienia nie stworzył. Wszystko, co Bóg stworzył było bardzo dobre. I o tym nam zapominać nie wolno, szczególnie wtedy gdy tak mocno przeżywamy śmierć i cierpienie, które nas dotykają.</p>
<p>Myślę, że w takich momentach zbyt łatwo zapominamy o naszej wierze, o jej głębi i o jej ostatecznej wymowie. Zapominamy o Tym, Który jest fundamentem tejże wiary. Zapominamy o tym, co stało się pewnego piątkowego dnia przed prawie dwoma tysiącami lat, kiedy to Bóg został przez człowieka bestialsko zamordowany. Zapominamy, że to samo powtarza się zawsze wtedy gdy cierpi człowiek.</p>
<p>Oczywiście że zrozumiały jest ból i żal, zrozumiałe są łzy w obliczu cierpienia, choroby, śmierci kogoś bliskiego. Sam Chrystus, Bóg-Człowiek nie jest stoikiem wobec bólu, cierpienia i śmierci. Płacze nad grobem swego przyjaciela Łazarza (J 11,35), wzrusza się cierpieniem matki, idącej za trumną swego dziecka (Łk 7,13) jest mu żal chorych, cierpiących i nieszczęśliwych (Mt 14,14). Cała jego działalność jest przeniknięta ludzkim, ale i Boskim głębokim współczuciem dla śmierci, zrozumieniem cierpienia, choroby, bólu &#8230; Któż bardziej niż On może nas w tym wszystkim zrozumieć?</p>
<p>W czasie biczowania, w czasie drogi krzyżowej, w czasie ukrzyżowania i w czasie konania na krzyżu, nie zachowuje się wcale jak pełen pogardy dla cierpienia i śmierci, stoicki bohater współczesnych, popularnych filmów. W czasie tych makabrycznych wydarzeń Wielkiego Piątku nie widzimy w nim pełnego stoicyzmu i odważnego herosa, ale cierpiącego i jęczącego pod razami oprawców Boga-Człowieka. On nie udawał cierpienia, On nie umarł na niby! Czyżbyśmy o tym zapomnieli? Wisząc na krzyżu wykrzyczał pełne bólu i rozdarcia słowa: „Eloi, Eloi, lema sabachthani, to znaczy: Boże mój, Boże mój, czemuś Mnie opuścił?!” (Mk 15,34) nie dla wzmocnienia dramatycznego efektu, ale dlatego, że przeżywał po ludzku cały bezsens i absurd cierpienia, bólu i śmierci. Czyż On rzeczywiście nie rozumie tego, co czują ludzie cierpiący?</p>
<p>Bóg nie jest obok cierpienia, Bóg nie jest nieczułym na cierpienie widzem, ani stoickim obserwatorem. Bóg jest zawsze w samym środku cierpienia. On jest najbardziej cierpiącym, wszędzie tam, gdzie cierpi Jego stworzenie. Tylko, czy my chcemy o tym pamiętać? Czy my chcemy pamiętać o wszystkich Jego słowach, które wypowiedział w obliczu cierpienia i śmierci &#8230;<br />
- „jeśli ziarno wrzucone w ziemię nie obumrze &#8230;” (J 12,24),<br />
- „Ja jestem Życie i Zmartwychwstanie &#8230; kto wierzy we mnie, choćby i umarł żyć będzie” (J 11,25)<br />
- „Ojcze, jeśli chcesz, zabierz ode Mnie ten kielich! Jednak nie moja wola, lecz Twoja niech się stanie!” (Łk 22,42)</p>
<p>Czy nasza wiara jest wystarczająco głęboka, wystarczająco mocna i ugruntowana, aby stawić czoła całemu bezsensowi zła, cierpienia i śmierci? Ktoś kiedyś powiedział: „Cierpienie jest nieracjonalne, jest absurdalne, tak bardzo, że nie można go zrozumieć. Można go jednak doświadczyć i zostać przezeń zmiażdżonym, albo &#8230; uświęconym.” Cierpienie może uświęcić jedynie wtedy, gdy nasza wiara jest mocna, gdy jest ona głęboka i gdy nie poddaje się modom i nastrojom. W przeciwnym wypadku cierpienie nas zmiażdży, zniszczy, i ostatecznie &#8230; pokona.</p>
<p>Nie jest łatwo wierzyć w świecie nastawionym na łatwiutki i szybki sukces, w świecie wysportowanych młodych aktorów i pięknych, wypielęgnowanych modelek, w świecie gdzie wszyscy muszą być ładni, szczupli, zdrowi i zadbani, jak na okładkach drogich pism i żurnali. W takim zafałszowanym, nierealnym i nieprawdziwym –powiedzmy wprost- zakłamanym! świecie nie ma miejsca na chorobę i cierpienie, nie ma miejsca na śmierć, nie ma miejsca na odnalezienie sensu w tym, co jest absolutnie bezsensowne. W takim świecie schorowany Papież, który nie kryje swojego bólu i cierpienia jest nieprzyjemnym zgrzytem, niemalże obrazą dobrego smaku. W świecie eleganckich modelek i wysportowanych żigolaków mówienie o chorobie, przypominanie o śmierci, użycie słowa „cierpienie” jest grzechem złego smaku i braku wychowania. W takim świecie katastrofy naturalne, powodzie, huragany, susze i epidemie są postrzegane wprost jako dowód na nieistnienie Boga. A warto zapytać wprost: „A kto ten świat tak spreparował?” Bóg przecież wszystko co uczynił, uczynił bardzo dobrym! (Rdz 1,31). Chciwość, pycha, arogancja, żądza władzy, pożądliwość ciała &#8230; to wszystko nie przyczynia się na pewno do pomniejszenia zła w świecie.</p>
<p>A co myśmy z tym dobrym, Bożym dziełem -ze światem- zrobili? Jaki los sami sobie zgotowaliśmy przez nasz egoizm, pychę, lekceważenie Bożych przykazań? O ileż mniej byłoby na świecie cierpienia i bólu, o ileż mniej ludzkiego nieszczęścia, gdyby człowiek był naprawdę człowiekiem. Oczywiście nie każde ludzkie nieszczęście i ból jest zawinione przez człowieka, ale warto jednak pomyśleć, jak wiele mogłoby się zmienić, gdyby tylko człowiek człowiekowi nie był wilkiem. Tak trudno dociec przyczyn wszelkiego zła, tak trudno znaleźć jego wytłumaczenie, ale wiele z tego zła można by było uniknąć, gdyby tylko człowiek zaufał i uwierzył Bogu. Jutro będziemy kontynuować te rozważania, ale dzisiaj w piątek warto podjąć tę refleksję: „dlaczego ten świat jest tak pełny ludzkiego i Bożego bólu i cierpienia?” Jak w każdy piątek Wielkiego Postu, tak i dzisiaj odprawiamy Drogę Krzyżową, w czasie której rozważamy ten najstraszniejszy moment w historii ludzkości, kiedy człowiek (powiedzmy sobie szczerze –ja) bezmyślnie pastwił się nad Bogiem!
</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRSS>http://rekolekcje.ovh.org/WordPress/?feed=rss2&amp;p=29</wfw:commentRSS>
		</item>
	</channel>
</rss>

