navbar

01 - Środa Popielcowa
Written by kazikq.

Wstęp: Wierzyć dzisiaj

Nauka 1 – Rekolekcje - czas rachunku sumienia

Nie są rekolekcje wielkopostne -na pewno- czasem, kiedy ksiądz „wyżywa” się na wiernych, strasząc ich piekłem i wiecznym potępieniem. Nie można sobie pozwalać na ustawiczne strofowanie i karcenie ludzi. Trzeba na pewno umieć ludziom dać nadzieję, ukazać ich powołanie do wiecznej szczęśliwości. Ale jednocześnie trzeba nam podejść poważniej i bardziej refleksyjnie do niektórych podstawowych i fundamentalnych problemów naszych czasów, do problemu naszej wiary, naszej odpowiedzialności za nią, naszej dorosłości. Nie może być jednak i tak, że o wierze mówimy tylko i wyłącznie w sposób ogólnikowy, infantylny i miałki. Wiara jest zbyt poważną rzeczywistością, żeby traktować ją po dziecinnemu i marginalnie. Tym bardziej, że w czasach współczesnych wydaje się jakby wiara przeżywała kryzys, a wierzący byli wystawieni na różnego rodzaju pokusy odejścia, zwątpienia, odrzucenia jej. Jest to niewątpliwie spowodowane naporem pogańskiej i ateistycznej filozofii materializmu praktycznego, egoizmu w życiu społecznym i laksyzmu moralnego.

Jest jednak na pewno i tak, wiara dzisiaj nie jest sprawą ani łatwą, ani oczywistą, nie jest niepodważalna, nie jest czymś naturalnym i niekwestionowanym. O wiarę trzeba jednak walczyć, trzeba ją rozumieć, trzeba ją rozwijać, trzeba jej strzec. Wiara jest ogromnym skarbem, który Bóg złożył w naszym sercu, a my „przechowujemy ten skarb w naczyniach glinianych, aby z Boga była owa przeogromna moc, a nie z nas.” (2 Kor 4,7) Wiarę trzeba więc najpierw rozpoznać jako skarb, zrozumieć i chronić. I temu właśnie mają służyć rekolekcje. Rozpoznawaniu wiary, jako skarbu, powierzonego indywidualnie, każdemu z nas. W przeciwnym wypadku, w sytuacji kryzysu, sami jesteśmy odpowiedzialni z jej utratę i osłabienie. A tak często się dzisiaj dzieje, że ludzie wychowani (?) w wierze tracą ją, odchodzą od niej – dla różnych przyczyn- zapierają się wiary i Boga, odrzucają przykazania. Pośród tych przyczyn utraty wiary, obok czysto zewnętrznych, najważniejsza jednak jest zawsze!!! własna niedbałość, niedorozwój, lekceważenie i brak troski o jej pogłębienie. Oczywistym jest, że czasami gorszące zachowanie niektórych duszpasterzy ma swój niemały udział w osłabieniu wiary, ale dlatego tym bardziej potrzeba nam wiary odpowiedzialnej i dorosłej, wiary mocnej i głębokiej, aby umieć te sytuacje kryzysowe przetrwać, wyjść z nich zwycięsko, z wiarą bardziej dojrzałą i pogłębioną.

Jest to tym bardziej ważne, że toczy się dzisiaj bardzo poważna, niemal zażarta walka o duszę człowieka i to walka bardzo perfidna, której celem jest zasiać w ludzkiej duszy zwątpienie, zniechęcenie, odrazę, niechęć, obojętność, cynizm. W walce tej przeciwnik używa wszelkich możliwych środków, wszelkich niedozwolonych chwytów i z perfidią próbuje nas tego skarbu pozbawić. Św. Piotr wprost pisze na ten temat w swoim liście: „Bądźcie trzeźwi! Czuwajcie! Przeciwnik wasz, diabeł, jak lew ryczący krąży szukając kogo pożreć.” (1P 5,8)

A my? Czy my potrafimy tego skarbu chronić, czy jest nam to raczej obojętne? Czy jesteśmy czujni, wyczuleni na wspomniane zakusy złego? Ktoś, kto nic nie robi, aby wiarę swoją rozwijać, naraża się na bardzo realne niebezpieczeństwo jej utraty. A to przecież nie kto inny, ale ja sam jestem odpowiedzialny za ten powierzony mi skarb. To ja sam mam go rozwijać i bronić. Nie dzieje się to automatycznie i wbrew mojej woli. A co –tak naprawdę- robię? Na tym właśnie polega wolność człowieka i zarazem delikatność Boga, że On nas do niczego nie przymusza, że On nam wiarę w wolności proponuje, do wiary nas zaprasza, a ja mogę ją wybrać, albo odrzucić. Wybrawszy jednak, jestem za nią odpowiedzialny! Tym bardziej odpowiedzialny w obliczu natężającej się walki z wiarą, w obliczu praktycznego ateizmu, w obliczu realnej groźby spoganienia.

Co więcej, ta walka staje się coraz bardziej bezwzględna i totalna, a zarazem coraz bardziej zakamuflowana i prowadzona pod przewrotnymi hasłami wolności i racjonalności. Jak pisze Ks. bp. Stanisław Wielgus:

„Współczesne “areopagi” - używając tu słów Ojca Świętego - a więc świat mediów, kultury, rozrywki, nauki, biznesu, polityki - uległy w znacznej mierze dechrystianizacji i neopogaństwu.

Dla rozgłosu, z chciwości, z nienawiści do Kościoła, areopagi te rozpowszechniają zło, banalizują je i relatywizują. Na porządku dziennym w krajach wyrosłych z chrześcijańskiej kultury napotykamy na bluźnierstwa, wyszydzanie wiary i moralności chrześcijańskiej, zachęcanie do przemocy i rozpusty oraz rozpowszechnianie pojęcia wolności pojętej jako anarchia moralna, tj. wolności od wszystkiego i do wszystkiego, jako wolności do popełniania wszelkich, wołających wprost o pomstę do nieba grzechów. Tak pojęta wolność, a obok niej obowiązkowa tolerancja wobec łamania wszystkich przykazań oraz przyjemność - jako jedyna zasada postępowania - stały się fundamentalnymi “wartościami”, na których buduje się życie jednostek i społeczeństw w krajach kierowanych przez liberalny ateizm.”

I w takiej rzeczywistości, powszechnego liberalizmu i pogardy dla wiary i wartości moralnych, mamy utrzymać, pogłębić i przekazywać wiarę. Jak można to robić nie będąc samemu świadom tego, w co wierzę? Jak można to robić, lekceważąc sobie obowiązek rozwijania i pogłębiania swojej wiary?

A jednocześnie, ze strony niektórych (niekoniecznie oficjalnych) przedstawicieli Kościoła, tak jak i ze strony wielu katolików, mamy nijakość i miałkość, infantylny hurraoptymizm i unikanie tematów trudnych, bolesnych, a czasami nawet żenujących. Preferuje się pozytywizm i optymizm na siłę, teologię zaokrąglonych kantów, moralność bez zobowiązań i etykę bez przykazań, synkretyzm i rozwadnianie. Tenże sam autor dodaje:

„Jest u części współczesnych katolickich teologów i publicystów, nawiasem mówiąc akceptowanych, a nawet wysoko cenionych przez liberalne media - jako otwartych na współczesny świat intelektualistów - wyraźna tendencja do eliminowania z przedstawianego obrazu współczesnego świata, wiary i Kościoła zjawisk zatrważających czy niepokojących. Ci, którzy ważą się o nich mówić, krytykowani są od razu jako fundamentaliści i nietolerancyjni defetyści, czarno widzący świat i wprowadzający do społecznej świadomości rozterkę i niepotrzebny niepokój. Wzywa się ich do pozytywnych tylko wypowiedzi o moralnej i religijnej kondycji współczesnego świata. Zgodnie< zresztą z zasadami postmodernistycznej “poprawności politycznej”, która głosi obowiązek akceptowania wszelkich poglądów i wszelkich anomalii moralnych, a jednocześnie wzywa - zgodnie z zasadami ateistycznego liberalizmu - do odrzucenia Boga i chrześcijańskiej moralności. Jak inaczej bowiem można wytłumaczyć przygotowywanie przyszłej konstytucji zjednoczonej Europy bez żadnego odniesienia do Boga i do chrześcijaństwa, które zbudowało przecież kulturę europejską? Jak inaczej można zrozumieć ostatnie wezwanie, skierowane przez Radę Europy do katolickich krajów, w tym zwłaszcza do Polski i Irlandii, by zaakceptowały prawo do mordowania nienarodzonych dzieci na życzenie?”

I jak -w takiej sytuacji- zachowują się współcześni katolicy? Jaka może i powinna być moja odpowiedź na pokusy współczesnego świata? Czy wiem np. że popieranie w wyborach tych kandydatów politycznych, którzy jawnie opowiadają się za aborcją i eutanazją powoduje, że sam wykluczam się z uczestnictwa i przyjmowania Komunii Świętej, która przecież jest Sakramentem Życia? O tego rodzaju dylematach trzeba bardzo jasno i klarownie mówić, trzeba wyjaśniać to ludziom i wskazywać im drogi dojrzałe wiary we współczesnym zlaicyzowanym, a nawet spoganiałym świecie.

I temu właśnie służą proponowane przeze mnie rekolekcje, szczególnie te w okresie Wielkiego Postu, który przygotowuje nas na święta zwycięstwa Życia nad śmiercią, na święta, które „sprawdzają” głębię naszej wiary.

Zapraszam do refleksji nad wiarą, nad pytaniem: „jak wierzyć dzisiaj?”
www.kazania.org

02 - Czwartek po Popielcu
Written by kazikq.

Nauka 2 – Odkryć na nowo człowieczeństwo

W sytuacji zarysowanej wcześniej, wiara to już nie tylko sprawa osobista, prywatna, wstydliwa. Wiara staje się czymś ważnym publicznie i zarazem czymś istotnym dla człowieka. Nie może on z jednej strony –rzekomo- przyjmować propozycji Stwórcy, a z drugiej strony jej sobie lekceważyć i spychać na margines, lub unikać spraw trudnych. Wiara nie może być jedynie zaangażowaniem sentymentalnym i uczuciowym. Musi ona być mądra i odpowiedzialna, musi być roztropna i rozumna. Ktoś, kto zrozumiał rolę wiary w swoim życiu zgodzi się z twierdzeniem, że ona staje się czymś najważniejszym, a zarazem czymś najbardziej osobistym, staje się owym biblijnym skarbem, perłą, której się szuka i dla której warto „sprzedać wszystko co się posiada”. (Mt 13,44-46) A jednocześnie -tak rozumiana i przeżywana- wiara domaga się dzielenia, domaga się mówienia o niej, domaga się samorzutnie świadectwa. Ktoś, kto poznał Prawdę nie może i nie chce tego zatrzymać dla siebie, chce się tym z innymi podzielić, chce o tym opowiedzieć. Jest to przecież naturalne, że o rzeczach głęboko przeżytych chce się mówić, że poznawszy i ukochawszy Boga, chcę tą miłością zarazić innych. W przeciwnym razie jestem sobkiem, egoistą, zachowującym to co najcenniejsze dla siebie. Aby jednak wiara stała się takim właśnie skarbem, którym chcę się z innymi podzielić, muszę ją najpierw ja sam odkryć, poznać, uznać jej wartość.

I dlatego o wierze nie możemy jedynie mówić ogólnikowo, pobłażliwie i nijako, nie możemy zamknąć się w ramkach „świętego obrazka” i ograniczyć się do paru pobożnych sloganów i frazesów. Stąd, proszę wybaczyć ton tychże rekolekcji, czasami bardzo drażniący i denerwujący, a nawet prowokujący. Nie jest –na pewno- moim celem obrażanie słuchacza, czy paternalistyczne karcenie go, lub pouczanie z wyżyn ambony, lecz raczej zmuszenie do refleksji, do przemyślenia, do dyskusji, do osobistej odpowiedzi na pytanie: „jaka jest moja wiara?” Dlatego też używam takich właśnie drażniących środków, aby Słuchacza wyrwać z bierności, z niezaangażowania i niejako sprowokować Go do ponownego przemyślenia problemu „Co dla mnie znaczy - wierzyć dzisiaj?” Albo inaczej: „Jak mam wierzyć dzisiaj?”

Jednym z podstawowych zadań współczesnego człowieka jest zachowanie człowieczeństwa wobec odczłowieczających zakusów świata. Być człowiekiem dzisiaj, to przede wszystkim samodzielnie myśleć i umieć rozpoznać nie tylko swoje prawa (o których dokoła nas tak głośno się krzyczy), ale i obowiązki, o których czasami wolimy nie pamiętać. Ale to także umiejętność rozpoznania swego prawdziwego miejsca w świecie. To prawda, że człowiek jest miarą wszystkiego, ale też z drugiej strony, butne negowanie istnienia Stwórcy i Prawodawcy Moralnego prowadzi donikąd. I tego nie wolno człowiekowi zapomnieć. Jak mówił Papież Jan Paweł II, „Człowieka można zrozumieć jedynie w Chrystusie. Człowiek nie może sam siebie do końca zrozumieć bez Chrystusa”. Bez Chrystusa, bez Boga, człowiek staje się bestią zdolną do największego okrucieństwa, czego przykładów w minionym, XX wieku mieliśmy aż nadto. Bez Chrystusa, człowiek traci swój punkt odniesienia i wszystko relatywizuje odnosząc jedynie do siebie. Bez Chrystusa jest tylu prawodawców i punktów odniesienia ilu jest ludzi na świecie, i każdy ma swoje racje niepodważalne. A wtedy oczywistym się staje jedynie prawo dżungli, prawo silniejszego. I to jest to co zaobserwować możemy dzisiaj, w „demokratycznych” (???) społeczeństwach, gdzie wolność osobista przerodziła się w tyranię indywidualizmu tych, którzy głośniej krzyczą. Bo nie ma żadnego punktu odniesienia, bo moralność została zastąpiona liberalizmem, a uczciwość zyskiem.

J. Gaarder, który zasłynął jako autor „Świata Zofii”, zaproponował, żeby opracować „Powszechną Deklarację Zobowiązań Człowieka”. Rzeczywiście należałoby uaktywnić w człowieku moralną intuicję. Na nowo odpowiedzialnie podjąć pytania o sens i cel istnienia, pytania o rolę i znaczenie Boga w życiu współczesnego człowieka. Należałoby próbować ocalić osobę w sobie i w bliźnim. Aby się to jednak naprawdę udało, musimy na nowo zapalić światło czytelnych reguł moralnych, których mocodawcą jest sam Bóg. Tego rodzaju przedsięwzięcie będzie możliwe tylko wtedy, gdy sam człowiek zaakceptuje, że jest czymś więcej niż maszynką do robienia pieniędzy i przetwarzania wszelkiego rodzaju dóbr konsumpcyjnych. Gdy dostrzeże, że jako jednostka nie jest on ani ostateczną, ani powszechną miarą wszystkiego. Człowiek jest bowiem o tyle człowiekiem, o ile zdaje sobie sprawę ze swoich ludzkich praw, ale także ludzkich obowiązków. A jednym z podstawowych obowiązków człowieka jest uczciwe myślenie i krytyczny stosunek do siebie samego. To ciekawe, że w dzisiejszych konsumpcyjnych i liberalistycznych społeczeństwach, tak mocno podkreśla się prawo, ale jednocześnie zawsze jest to prawo silniejszego, prawo tego, który ma władzę, pieniądze, monopol … I jest tak zarówno w przypadku układów pracodawca – pracownik, matka w ciąży i jej dziecko, bogate społeczeństwa północy i ubogie państwa południa. Już tylko na tych przykładach widać jak daleko można odczłowieczyć życie, kiedy zapomni się, że ponad człowiekiem jest jeszcze Ostateczny Prawodawca i Stwórca, że jest Bóg.

W takim świecie, w którym szeroko propagowana laickość przyjmuje znamiona ateistycznej religii laicyzmu, katolik musi sobie uświadomić, że jego życie na wszystkich poziomach powinno być przesiąknięte nie laickością, ale właśnie wiarą. Katolik musi być wewnętrznie przekonany, że jego postawy powinny być jasne i klarowne, dalekie od fanatyzmu i klerykalizmu, ale jednak zdecydowanie wyraziste i religijne, a nie byle jakie czy nijakie. Nie możemy dać się zastraszyć i pozwolić, aby religię znowu zepchnięto na margines prywatności i wstydliwości, jak to miało miejsce w totalitarnych systemach komunizmu czy socjalizmu. Nie możemy pozwolić, aby, to co stanowi centrum i istotę, najważniejszą tkankę naszego życia stało się wstydliwym marginesem, jak próbują nam to wmówić nowe, laickie totalitaryzmy. Nie może na pewno być tak, że religia, wiara, katolicyzm stają się walczące, fanatycznie ślepe i narzucające się, ale też ktoś, kto deklaruje się jako wierzący nie może być letni i nijaki, zgodnie ze słowami Chrystusa: „Znam twoje czyny, że ani zimny, ani gorący nie jesteś. Obyś był zimny albo gorący! A tak, skoro jesteś letni i ani gorący, ani zimny, chcę cię wypluć z mych ust.”( Ap 3,15-16) I dlatego na przykład absurdalnym jest powiedzenie: „Jestem wierzący, ale nie praktykujący”. Wiara bowiem, to nie tylko sentymentalne przekonania, to także sposób życia na co dzień, to świadectwo, to dzielenie się i wyznanie jej, także w sposób publiczny.

I dlatego takie rekolekcje wielkopostne są okazją do zrewidowania wiary i to zarówno na poziomie indywidualnym, jak i społecznym. Jest to pewnego rodzaju okazja do zbiorowego rachunku sumienia, do refleksji nad zagrożeniami zewnętrznymi, ale jeszcze bardziej nad zagrożeniami wewnętrznymi naszej wiary. Dlatego też nie chcemy i nie możemy -w imię nie zrażania sobie słuchacza- unikać tematów trudnych i kwestii drażliwych. Nie może to być na pewno ustawiczne utyskiwanie i narzekanie, moralizatorstwo i pouczanie z „wyżyn ambony”, ale też nie może to być infantylne „zagłaskanie kota” dla świętego spokoju, aby nie stracić wiernych. Niech więc nasze „TAK” będzie „TAK”, a nasze „NIE” niech będzie „NIE”, zgodnie z zaleceniem Zbawiciela: „Niech wasza mowa będzie: Tak, tak; nie, nie. A co nadto jest, od Złego pochodzi.” (Mt 5,37)

A wszystko to w imię ustawicznego „stawania w prawdzie”. Niech będzie to „stawanie w Prawdzie” wobec Boga i wobec siebie samego, nawet jeśli czasami prawda ta jest bolesna i trudna do zaakceptowania. Bo przecież właśnie takie „stawanie w prawdzie” jest jednym z podstawowych obowiązków człowieka, jako człowieka. A tam, gdzie nie ma owego „stawania w Prawdzie”, gdzie jest życie w zakłamaniu, w wygodnych kompromisach, tam pojawia się grzech, tam rodzi się cała ludzka nędza i upadek. „Poznajcie Prawdę, a ona uczyni was wolnymi” mówi Zbawiciel do swoich uczniów (J 8,32). Konsekwentnie więc, kto prawdy (a najbardziej prawdy o sobie samym) nie poznał, nie jest wolnym i nadal żyje w zakłamaniu i w niewoli zła.

Dlatego warto być może jeszcze raz powtórzyć te dwa pytania, wcześniej postawione:

- Co dla mnie znaczy - wierzyć dzisiaj?
- Jak mam wierzyć dzisiaj?
- Jaka jest faktyczna prawda o mojej wierze i o moim człowieczeństwie?

03 - Piątek po Popielcu
Written by kazikq.

Nauka 3 – Kościół na cenzurowanym

W poszukiwaniu odwiedzi na dwa podstawowe pytania tych rekolekcji:
- Co dla mnie znaczy - wierzyć dzisiaj?
- Jak mam wierzyć dzisiaj?
- Jaka jest moja wiara?”
zwróćmy się najpierw ku Kościołowi, który –jako katolicy- tworzymy i który jest dla nas, Wspólnotą Wiary i zobaczmy, jaki obraz tegoż Kościoła sobie tworzymy i jakie są mechanizmy odchodzenia katolików od Kościoła?

Pozwólcie, że w tej jednej z pierwszych nauk poruszę temat bardzo drażniący i bulwersujący, a zarazem bardzo delikatny, jakim jest szerząca się w naszym społeczeństwie niezwykle zajadła -wprost kipiąca nienawiścią- krytyka. Ta krytyka dotyczy różnych rzeczywistości. Krytykujemy państwo i struktury państwowe, krytykujemy polityków, gospodarkę, pracodawców i pracowników, krytykujemy urzędy i urzędników, krytykujemy wszyscy, wszystko i wszystkich. Jest to w pewnym sensie zrozumiałe, jako reakcja na czasy kiedy krytyka była zabroniona, a nawet karalna. Jest to zrozumiałe i wytłumaczalne w tym sensie, że krytyka jest jednym z elementów (ale tylko jednym z wielu elementów !!! ) odzyskanej -w jakimś sensie w 1989 roku- niepodległości czy wolności. Krytyka – jeśli jest konstruktywna - jest elementem nieodzownym każdego zdrowego społeczeństwa. Krytyka jest przejawem zdrowego zatroskania o dobro wspólne. Ale niestety, jeśli ten jeden z elementów staje się jedynym elementem, to wolność jest już tylko nadużyciem, a dobro … celem nieosiągalnym. A w naszym społeczeństwie tak się chyba właśnie stało, że ten jeden z wielu elementów wolności, stał się niemalże jedynym. Krytyka przerodziła się w totalne i destruktywne krytykanctwo.

A kiedy krytyka, która może i powinna być konstruktywna, bo tylko wtedy ma sens, staje się destruktywnym krytykanctwem, to ono w ostateczności rodzi poczucie bezsilności i apatii. Żadnego dobra nie tworzy, a przyczynia się tylko do zniechęcenia i niszczenia. Jej efektem jest nie zmiana, ani naprawa, czy poprawa czegokolwiek, a jedynie depresja, zniechęcenie i apatia. Czyż nie zauważamy tego sami, oglądając przygnębiające dzienniki telewizyjne, narzekając i utyskując na to, co się dookoła nas dzieje? Krytyka, a właściwie krytykanctwo ma jeszcze jedną niebezpieczną wadę, odwraca moją uwagę ode mnie samego. Krytykując innych, uspokajam niejako i to bardzo przewrotnie, swoje sumienie: „skoro inni są tacy źli, to ja nie jestem jeszcze taki najgorszy.” Uspokajając w ten sposób nasze sumienie pozwalamy sobie na mniejsze lub większe świństewka, wcale nie przyczyniając się do poprawy sytuacji. Na zło nie odpowiadamy dobrem i tym samym wcale tego zła nie pomniejszamy. Nie można być na pewno naiwnym i infantylnym „hurra-optymistą”, nie można nie widzieć panoszącego się dookoła zła, ale nie można go tylko wytykać. Trzeba umieć także widzieć i pomnażać dobro. Dobro nie spada z nieba, nie jest czymś ode mnie niezależnym. To ja go pomnażam i ja jestem także jego autorem.

Nie chcę bronić państwa i jego zdemoralizowanych struktur, które w ostatnich czasach raczą nas coraz większymi aferami i skandalami. Nie chcę stawać w obronie urzędów i aroganckich urzędników, skorumpowanych polityków, skompromitowanych posłów, senatorów i wielu nieuczciwych biznesmenów. Ale rodzi się pytanie: „czy za ten stan rzeczy odpowiedzialni są rzeczywiście tylko oni sami?” A kto ich wybrał, kto na nich głosował, gdzie nasze poczucie odpowiedzialności, kto tym ludziom pozwolił sięgnąć po władzę? No i inne -z tym związane- pytania: a kto pracuje w urzędach? Marsjanie? Skąd ci ludzie w urzędach pochodzą? A ja? Jaki ja jestem w stosunku do moich petentów, podwładnych, ludzi ode mnie zależnych? Czy nie jest tak, że sami sobie –w pewnym sensie- zgotowaliśmy ten los, naszą biernością, naszą nijakością, naszą rzekomą neutralnością i niezaangażowaniem? Czy nie jest tak, że to my sami tworzymy ten nieprzyjemny, tak krytykowany zawzięcie światek?

To są pytania i problemy natury ogólnej, które powinny być przemyślane bardzo głęboko i bardzo uczciwie. Sama tylko krytyka bowiem, ani nic nie zmieni, nic nie naprawi, ani nie uleczy, a spycha nas coraz bardziej w sferę ustawicznego i -w sumie- nieodpowiedzialnego utyskiwania, zniechęcenia, narzekania, ubolewania i bezsilności. Niby mamy odwagę krytykować, oburzać się, napiętnować, ale okazuje się, że tylko w tłumie, kiedy nie trzeba ponosić za to, co się mówi żadnej odpowiedzialności, kiedy w sposób łatwiutki dzieli się świat na „my – niesprawiedliwie wykorzystywani choć uczciwi” i „oni – wykorzystujący i nieuczciwi”. A przecież świat się tak nie dzieli. Świat nie funkcjonuje według takich prościutkich schematów. To są problemy, które powinniśmy umieć sami dogłębnie i bardzo uczciwie przemyśleć, a nie oddawać się tylko z lubością ustawicznemu utyskiwaniu.

I to jest jeden aspekt owej wszechogarniającej krytyki czy krytykanctwa. Jest jeszcze i drugi aspekt, o wiele bardziej niebezpieczny i bolesny. A jest nim fakt, że dokładnie te same schematy przykładamy do rzeczywistości Kościoła, do rzeczywistości naszej wiary, naszego religijnego zaangażowania lub raczej niezaangażowania. I tu także następuje bardzo niesłuszny podział na „my” i „oni”. Wskazuje to tym samym na to, że my to nie Kościół, że my jesteśmy tylko biernymi odbiorcami „usług kościelnych”, że my za nic nie jesteśmy odpowiedzialni, że Kościół jest w stosunku do nas instytucją i to instytucją zewnętrzną, którą należy jedynie rozliczać. Nasze uczestnictwo w życiu Kościoła, to –bardzo często bierne tylko i z pozycji widza- uczestnictwo w nabożeństwach. W przypadku zaś jakichś afer i skandali, nadużyć i faryzejskiej obłudy zawsze winni są raczej „oni”; księża, hierarchia, proboszcz, katecheta, Akcja Katolicka, Koło Charytatywne, albo … pijacy, źle się prowadzący, złodzieje, po prostu inni … nigdy ja.

Rzekomo pobożne rozważanie Męki Pańskiej, uczestniczenie w Drodze Krzyżowej czy nawet wzruszanie się kazaniami na Gorzkich Żalach -jeśli nie ma przełożenia na życie codzienne- jest na pewno jałowe, a może być nawet niebezpiecznym uspokajaniem i mamieniem swojego sumienia. Tego rodzaju praktyki powodują jednak coś więcej, wypaczają, deformują i karykaturyzują obraz Kościoła i religijności. Można bowiem bardzo regularnie i powiedzmy „bardzo pobożnie” uczestniczyć w wielu nabożeństwach, w uroczystościach i świętach kościelnych, a jednocześnie w życiu codziennym, w naszym stosunku do bliźniego nie kierować się wcale (albo tylko wybiórczo) przykazaniami, nauczaniem Kościoła, czy normami moralnymi i etycznymi. I znowu następuje faryzejskie samousprawiedliwienie na zasadzie: „jeśli inni – księża- TAAAAK postępują, to moje postępowanie nie jest wcale takie złe.”

I to jest ogromne niebezpieczeństwo dla człowieka, który tak rozumuje i działa. Uspokaja on bowiem swoje sumienie zewnętrznymi praktykami religijnymi i usypia je jednocześnie na głos Boży, który mówi: „Obłudnicy, dobrze powiedział o was prorok Izajasz: Ten lud czci Mnie wargami, lecz sercem swym daleko jest ode Mnie. Ale czci mnie na próżno, …” (Mt 15,7-9)

Tego rodzaju postępowanie jest - niestety także- przyczyną zgorszenia dla innych, a co za tym idzie przyczyną dla której, wielu odchodzi od Kościoła, od wiary, a nawet od Boga. Na pewno jest to przerażające jeśli taką dwulicową osobą jest ksiądz, który z powołania i niejako z obowiązku powinien być przykładem i wzorem w życiu religijnym i moralnym. Niestety jest to także prawdą w odniesieniu do innych. Można bowiem powiedzieć: „Kościół jest taki, jakim my go tworzymy, nie księża i nie biskupi, ale właśnie my, wierzący.” Jeśli my nie jesteśmy święci, to i Kościół nie będzie święty. A co ja zrobiłem dla świętości Kościoła? Warto sobie takie pytanie postawić, bo to także jest jeden z głównych elementów mojej wiary.

04 - Sobota po Popielcu
Written by kazikq.

Nauka 4 – Kościół na cenzurowanym cd

W tej sytuacji, powszechnego krytykanctwa jest jeszcze coś bardziej niepokojącego, a mianowicie fakt, że taka –bardzo ostra- krytyka wychodzi z ust samych katolików, ludzi deklarujących się jako wierzący. I jest to bardzo często nie tylko krytyka samego kościoła, jako instytucji, który krytyce na pewno podlega. Jest to krytyka Kościoła – Wspólnoty Ludu Bożego dążącego do zbawienia, a tym samym jest to także krytyka samego Pana Boga, bo to On jest ostatecznie Założycielem Kościoła. Efekt …? Odchodzimy od Kościoła, przestajemy praktykować, przestajemy w życiu Kościoła uczestniczyć. Mamy tylko stałe pretensje, że nie jest tak, jak my byśmy chcieli, że „oni” są tacy, że „oni” popełniają błędy, że „oni” są obłudni, dwulicowi, faryzejscy, zakłamani … Ale tylko „oni”. My –sprawiedliwi– się od tego odcinamy i twierdzimy z butą i zarozumiałością, powtarzając bezmyślnie przewrotne słowa: „wierzę w Pana Boga, ale Kościół jest mi do niczego nie potrzebny, sam mogę się pomodlić” i … się nie modlimy …

I mamy ludzi, którzy przekornie i diabolicznie twierdzą: „kiedyś ochrzczono mnie wbrew mojej woli, nikt mnie o to nie pytał, ale teraz jestem wolny i z kościoła się chcę wypisać.” Człowieku, czy ty wiesz co ty mówisz? Skąd się biorą takie nieporozumienia? Przecież matka ochrzciła cię, bo chciała ci dać coś najlepszego. Nie pytała cię także o pozwolenie na posłanie cię do szkoły, na karmienie cię, na ubieranie, nie potrzebowała twojego pozwolenia na zapewnianie ci dachu nad głową i łóżka do spania! A co ty zrobiłeś z tym skarbem, który ci w dzieciństwie dano? Co takiego złego religia ci nakazuje? Do czego złego namawia czy zachęca? Czy kościół każe ci żyć nieuczciwie, czy rzeczywiście zniewala twoją wolność, czy ogranicza twoje człowieczeństwo? Skąd takie myślenie? Czy nie jest to –powiedzmy sobie uczciwie- podszept szatana, wyraz przewrotności i pychy?

Ale też jest niezrozumiałe i to, jak może człowiek wierzący, katolik, nieraz nawet praktykujący katolik tak bardzo demagogicznie, wprost opluwać Kościół, utożsamiając Go jednocześnie z księżmi, z biskupami, z hierarchią kościelną, jakby on sam do tego Kościoła nie należał, jakby on sam tego Kościoła nie tworzył. Sądzę, że jest to nieporozumienie, i to nieporozumienie tym bardziej rażące i drażniące, że ludzie, którzy krytykują, najczęściej sami nic nie zrobili żeby ten stan rzeczy zmienić, żeby coś poprawić, naprawić, umocnić swoją i innych wiarę. Tacy ludzie widzą tylko gorszące zachowanie innych. Oni potrafią tak wspaniale wytykać, krytykować, napiętnować, osądzać księży, katechetów, struktury kościelne i ich błędy, ale jednocześnie zapominają, że przecież ten Kościół to nie struktury kościelne, nie księża, nie biskupi, ale właśnie oni sami. Bo Kościół jest taki, jakim my sami go tworzymy.

Porażającym jest ten brak poczucia przynależności do Kościoła, nie utożsamianie się z Kościołem, dzielenie na „my” i „oni”. Kiedy słyszę tego rodzaju pretensje i krytykę, mam ogromną ochotę zapytać krytykującego; „A ty, co zrobiłeś, jaki ty przykład dajesz, jakie jest twoje świadectwo życia dawane Chrystusowi?” Nie chcę bronić nieuczciwych, dwulicowych, chciwych, niemoralnych księży, nie chcę twierdzić, że takich nie ma, ale jednocześnie nie wolno przecież zapominać, że Kościół to nie tylko księża, że jego świętość i klarowność, nie zależy tylko od świętości i klarowności księży i struktur kościelnych. A ponadto, czy na podstawie pojedynczych przypadków można generalizować? Czy wszyscy księża są tacy? Czy ja księdzu wierzę, czy Panu Bogu?

Jest prawdą, że przez wiele wieków duszpasterskiej praktyki wykształcił się taki (powiedzmy sobie szczerze niesłuszny i niezdrowy) podział na „my” i „oni”, na tych co „za” i „przed” ołtarzem. Jest prawdą, że podział ten w wielu parafiach pokutuje do dzisiaj. Ale jednocześnie jest też prawdą, że było to i –wielu przypadkach nadal jest- bardzo wygodne tak dla duszpasterzy, jak i dla wiernych. W takiej bowiem perspektywie Kościół, czy parafia, staje się najczęściej jedynie dostarczycielem -tanich na ogół- usług duchowych, za które „się płaci” i „się żąda”. Nie trzeba wtedy myśleć, ani troszczyć się o nic, nie trzeba samemu się angażować, jest się jedynie biernym i wymagającym widzem, obserwatorem i krytykantem. Wtedy wygodnie jest umyć ręce i odpowiedzialnością za niedociągnięcia „Kościoła” obarczać księdza proboszcza, katechetę, biskupa. Można wtedy mieć jedynie krytyczny, a bardzo często niestety tylko krytykancki stosunek do wszystkiego i do wszystkich, samemu jednocześnie stojąc z boku i od czasu do czasu oburzając się i utyskując pobożnie. A usprawiedliwieniem dla takich praktyk, jest bardzo krzywdzące i nieprawdziwe widzenie, zła perspektywa, stawianie się ponad lub z boku, tak jakbym to ja sam nie tworzył tego -przeze mnie krytykowanego- Kościoła.

Oczywiście, że problem jest złożony i nie można go upraszczać, ale też dlatego właśnie, jego złożoność wymaga bardzo pogłębionej i uczciwej refleksji. I nie można problemu tego zbyć wzruszeniem ramion i słowami : „ja daję na tacę, a co mnie reszta obchodzi, niech ksiądz robi to co do niego należy.”

Można zapytać: „Dlaczego w naszej obecnej rzeczywistości, tak wiele jest frontalnej krytyki i ataku na Kościół, na religię, na Boga, na wszystko co z duchowością się łączy”, a jednocześnie tak mało żywego zaangażowania, tak mało autentycznego katolicyzmu w domu, w szkole, w miejscu pracy? I niestety jedną z prawdziwych odpowiedzi będzie na pewno stwierdzenie, że przyczyną tej krytyki jest fakt, że chrześcijanie, katolicy (a nie tylko księża) nie żyją tym, w co wierzą, co wyznają, co praktykują.

Na pewno wiele jest braków w życiu osób duchownych i byłbym naiwny i niesprawiedliwy próbując ich nie widzieć lub takie fakty usprawiedliwiać. Ale też proszę zobaczyć, jak wiele w tym wszystkim jest także pomówień, oszczerstw, zwykłych kłamstw i medialnego bicia piany. Czy aby my nie poddajemy się za bardzo manipulacjom, czy aby za łatwo nie wierzymy tym specjalistom od bicia piany? W telewizji tak mówili, w gazecie pisało … A co, jeśli wiadomości telewizyjne i gazetowe były niesprawdzone, nieprawdziwe, a nawet kłamliwe? Czy nie dajemy się zbyt łatwo zniechęcić i wymanewrować tylko po to, abyśmy już nie mieli siły na czynienie dobra? A może komuś o to właśnie chodzi? Zły duch działa także i w ten -zniechęcający i opluwający wszystko i wszystkich- sposób. Miejmy tego świadomość słuchając tego rodzaju wiadomości i nie dawajmy tak łatwo wiary „prorokom medialnym”. Im przecież o sensację chodzi, nie o prawdę.

A jest przecież i tak, że powodem dla którego doszukujemy się w chrześcijaństwie oszustwa jest nie tylko i nie zawsze zły przykład czy nadużycia idące z góry. Rzekome afery pedofilskie księży, to przykład takich właśnie manipulacji, afer na pokaz, na sprzedaż. Bo o to właśnie chodzi, aby się to szybko sprzedało. A swoją drogą, to ciekawe, że żadnemu z zamieszanych w te głośne i medialnie nagłaśniane afery (ks. Jankowski, bp. Poetz, ks. Makulski) nic nie udowodniono i nawet nie przeproszono, a ludzie zostali „umoczeni” na zawsze !!! Jedyny efekt tych medialnych afer to, zniszczenie życia paru ludziom i wywołanie zgorszenia … CZYM? Posądzeniami, podejrzeniami, pomówieniami, oszczerstwami, bezpodstawnym szkalowaniem. I nikt za to nie poniósł żadnej odpowiedzialności. Kiedyś na jakimś forum internetowym przeczytałem taki oto wpis: „Żyjemy w czasach całkowitej wolności, a najbardziej wolne są media, bo wolno im szkalować, oczerniać, wypisywać co im się podoba i nikt za to nie jest odpowiedzialny.” To jedna sprawa rzetelność -nastawionych na skandale- mediów, a celują w tym tandetne gazetki zwane brukowcami i żałosne publikacje nastawione na skandal. A sprawa druga, to nasza naiwność i nasze poszukiwanie sensacji. A czy nie jest często i tak, że dajemy wiarę tego rodzaju sensacjom tylko dlatego, że sami mamy życie nieuporządkowane i szukamy raczej usprawiedliwienia dla swoich własnych niedomagań i grzechów? Czy nie jest tak, że łatwo dajemy posłuch tego rodzaju skandalom, tylko dlatego, że sami chcemy usprawiedliwić nasze własne słabości i grzechy? Zanim się „święcie oburzę”, zanim dam wiarę tego rodzaju sensacyjnym doniesieniom warto być może zrobić sobie rachunek własnego sumienia i zobaczyć jaki jest mój udział w tym co krytykuję.

05 - I Niedziela WP
Written by kazikq.

Nauka 5 – Manipulacja dobrem i złem

Współczesny amerykański trapista Tomasz Merton tak pisze w swojej książce „Nikt nie jest samotną wyspą”:

“Cały świat nauczył się urągać prawdomówności albo też zupełnie ją pomijać. Połowa cywilizowanej ludzkości utrzymuje się z mówienia kłamstw. Anonse, propaganda i wszystkie inne środki reklamy przyzwyczaiły ludzi do tego, że można mówić, co się chce, i jak się chce, byle tylko rzecz brzmiała choć trochę prawdopodobnie i wzbudziła jakiś płytki, emocjonalny oddźwięk.”

I do takich właśnie tanich chwytów reklamowych uciekają się redaktorzy wspomnianych wcześniej piśmidełek, czy twórcy programów telewizyjnych. Szukając taniej sensacji opierają się nie na prawdzie, a jedynie na prawdo-podobieństwie. Co zaś jest jedynie podobne do prawdy bardzo często prawdą nie jest. I my właśnie owo podobieństwo do prawdy kupujemy i uznajemy za prawdę. Bo czasami tak nam –bardzo często- wygodniej. Warto się jednak czasami się zastanowić, czy to, co zalewa nas z ekranu telewizora, czy z gazet nie jest taką właśnie manipulacją prawdy, która na celu ma nie informację, ale właśnie dezinformację, dezorientację, szydzenie, szkalowanie, niszczenie, destrukcję.

Druga sprawa –jak wspomniałem poprzednio- to właśnie nasze nastawienie do takiej „prawdy” czy raczej poszukiwanie skandalu. Z takim nastawieniem nie szukamy prawdy, nie dążymy do niej, nie chcemy jej odkryć. Wystarczy nam rzeczywiście tylko posmaczek skandalu, smród afery, niesprawdzone wiadomości, nie do końca uzasadnione demagogiczne pomówienia, plotki, oszczerstwa i –co w tym wszystkim jest najgorsze- UOGÓLNIENIA. Coś, gdzieś, z trzeciej ręki, w prasie, czy telewizji zasłyszeliśmy, coś gdzieś mówiono, szeptano, obgadywano, a my - bez sprawdzenia odnosimy to zaraz do wszystkich. Nie twierdzę, że takie rzeczy się nie zdarzają, ale po co media o tym mówią? Czy po to aby pomóc ofiarom, czy po to aby zdyskredytować lub ukarać sprawców? Nie, ani jedno, ani drugie! Nagłaśniają to i demaskują jedynie po to, aby rzucić cień, aby zasiać wątpliwość, zniechęcenie, aby narobić nam zamieszania w głowach. Aby uogólnić i namieszać, aby zniszczyć człowieka i innych zrazić. Ta rzekoma prawda, którą głoszą, to jedynie prawdopodobieństwo, które ma na celu nie budowanie i naprawianie, ale destrukcję i niszczenie.

No i idące za tym uogólnienia. Jeden ksiądz się nagannie zachował – wniosek – wszyscy księża są tacy sami. Jeden ksiądz był nieuczciwy w zarządzie parafialnymi pieniędzmi, wniosek – wszyscy księża to złodzieje i malwersanci. A my się dajemy wmanewrować, wpuścić w kanał, zniechęcić, oszukać. I uogólniamy, generalizujemy, osądzamy wszystkich … „oni wszyscy tacy sami.” Cel działania Złego ducha został osiągnięty, nasza wiara została zachwiana, nasze nastawienie do życia, do Kościoła, do Boga się zmieniło. A dlaczego? Bo sami szukaliśmy skandalu, afery, a czasami – usprawiedliwienia dla naszego postępowania, dla naszego nie zawsze poprawnego życia.

Nie zadaliśmy sobie trudu, aby poczytać, postudiować, zagłębić się w naukę Kościoła, nie zajrzeliśmy w katechizm, w Pismo Święte, ale z frajdą i wypiekami na twarzy przeczytaliśmy parę skandalizujących książek: typu; „Byłem księdzem”, czy „Kod da Vinci” lub „Anioły i demony”. Ja sam dałem mojej siostrzenicy do przeczytania książkę Brown’a „Kod da Vinci”, ale poprosiłem, żeby zaczęła ją czytać od końca, tj. od umieszczonego w polskim wydaniu –bardzo mądrego i wyważonego- posłowia, gdzie autor tegoż (Zbigniew Mikołejko) wyjaśnia bardzo klarownie, kim jest Dan Brown i jakie są okoliczności i metody powstawania jego książek.

A ilu z czytelników przeczytało te kilka ostatnich stron? Moja siostrzenica książkę przeczytała i wcale nią nie była zbulwersowana. A kiedy pokazałem jej jeszcze na internecie, że wiele faktów (????) podawanych przez Brown’a jest ściągniętych z takich właśnie sensacyjnych stronek internetowych, a cała praca autora, to poukładanie tych –rzekomych- faktów w ciekawą i pasjonującą fabułkę, to ….już drugiej książki czytać nie chciała, bo stwierdziła, że szkoda jej czasu na takie bzdety. Ja przeczytałem obydwie i … cóż mogę powiedzieć? Sprytnie ułożone, ale … ile w tym prawdy, a ile tzw. „licentia poetica” autora???? Podobieństwo do prawdy się sprzedało i to nieźle. Ktoś na tym zarobił. My??? straciliśmy, bo nie byliśmy wystarczająco krytyczni. I krążą wśród katolików pogłoski w rodzaju: „a słyszała pani, podobno … nawet sam Pan Jezus ….”. Cel został osiągnięty, wiara (płytka i powierzchowna) zrujnowana lub poważnie zachwiana … Jeszcze kilka takich tandetnych sensacyjek i mamy oto człowieka, niegdysiejszego katolika, który powie: „kiedyś ochrzczono mnie wbrew mojej woli, nikt mnie o to nie pytał, ale teraz jestem wolny i z kościoła się chcę wypisać.” I co? Kto zaszkodził jego wierze, kto ją zrujnował, zniszczył, wyszydził? Kto jest winny jej utraty? Czy tylko sprytnie zmanipulowana półprawdka, czy nie również on sam, „katolik”, który zmanipulować się dał? Czy przypadkiem ja sam nie przyczyniam się do utraty mojej wiary, szukając takich właśnie łatwiutkich i podniecających skandali? Ile we mnie samym jest winy za to, że wiara moja ulega spłyceniu, roztrwonieniu, zniszczeniu.

Podobnie ma się sprawa z wieloma innymi ekscytującymi aferami i skandalami nagłaśnianymi przez media. Przy bliższym i głębszym przyjrzeniu okazują się tylko i wyłącznie stekiem niedomówień, plotek, niesprawdzonych pogłosek, albo zwykłym kłamstwem. A my się tym epatujemy, podniecamy, szukamy skandalu i afery i … pozwalamy sobą manipulować, pozwalamy się zniechęcić, nabieramy dystansu, odcinamy się, odchodzimy. A przecież właśnie o to chodziło skandalistom i tym, którzy nam takie skandaliki podsuwają.

Ale jest i coś więcej w tej przewrotnej manipulacji zła i manipulacji złem. Wyciągamy jakieś skandale i skandaliki, niesprawdzone historyjki, uogólniamy, oburzamy się, odsądzamy od czci i wiary, potępiamy, krytykujemy, podejrzewamy … a jednocześnie jakby z upartą ślepotą zapominamy np. o tych dziesiątkach tysięcy szpitali prowadzonych przez Kościół (chrześcijaństwo) tak w 2-tysiącletniej historii, jak i obecnie. Będziemy się pasjonować i podniecać bezpodstawnymi oszczerstwami mediów, a jednocześnie nikt jakby nie chce widzieć tych tysięcy księży i zakonnic pracujących uczciwie, z poświęceniem i bezinteresownie. Czy rzeczywiście można sobie utworzyć pełny obraz Kościoła na podstawie takich źródeł? O co, w tym wszystkim chodzi? Czy komuś rzeczywiście nie zależy na mieszaniu i zniesławianiu, na robieniu wody z mózgu? Warto wiedzieć, że zło samo w sobie jest krzykliwe i wrzaskliwe, a dobro jest ciche i ukryte. Nie robi dookoła siebie szumu i wrzawy, nie bije medialnej piany. Umiejmy to ukryte dobro dostrzec i dowartościować. Umiejmy się tym ukrytym dobrem budować i sami takie dobro budujmy. Tylko w ten sposób, a nie krytykanctwem przyczynimy się do poprawy, do naprawy, do umocnienia dobra w świecie.

W przeciwnym wypadku nie tylko przyczyniamy się do pomnożenia zła w świecie, ale i samych siebie rujnujemy i niszczymy naszą wiarę, która miała być dla nas drogocennym skarbem. Ktoś na pewno chce nas z tego skarbu ograbić, zniszczyć właśnie przez manipulację, w perfidny sposób nas z niego okradając. Nie pozwólmy na to! A kiedy takie coś się stanie miejmy odwagę i przyznajmy uczciwie: „sam w sobie wiarę zniszczyłem”. Nie dbałem o jej rozwój, zaniedbałem obowiązek troski o powierzony mi skarb, dałem się okraść, sam wystawiłem ją na pośmiewisko.

Pamiętajmy o tym, że zło ma wielorakie twarze i oblicza, że zawsze podawać się będzie, jako największe i najbardziej poszukiwane dobro. Pamiętajmy o tym, że bardzo często reklama na tym właśnie buduje i na tym się opiera. Miejmy oczy i uszy szeroko otwarte i umysł krytyczny wobec wszystkiego, co nam się próbuje tak nachalnie wmówić. Im bardziej nachalna reklama, nagonka, im bardziej „przekonywujące” dowody jakości i wartości się nam „wciska” tym bardziej podejrzany produkt ktoś nam chce sprzedać. Nawet w wielkich supermarketach – jedną z zasad marketingu (sprytna nazwa manipulacji) na półkach, na wysokości oczu ustawia się towary, których sklep chce się szybko pozbyć, a żeby były one jeszcze bardziej chwytliwe, to wkłada się je w zachęcające opakowania i ogłasza promocję. Na rynku prawdy i kłamstwa, dobra i zła jest dokładnie tak samo. Im gorsza szmira i chłam, tym piękniejsze opakowanie i tym większa promocja. A my tak łatwo dajemy się nabierać.

Nie daj się nabrać i nie oddawaj swojej wiary za promocyjne półprawdki, za tandetne a ładnie opakowane świecidełka. Wiara Twoja to skarb prawdziwy, którego ty sam masz obowiązek strzec!


Next Page »

Kalendarz
March 2017
S M T W T F S
« Mar    
 1234
567891011
12131415161718
19202122232425
262728293031