navbar

koniec rekolekcji :-)
Written by kazikq.

I na tym zakończyliśmy nasze tegoroczne czterdziestodniowe Rekolekcje Wielkopostne. Życzę głębokiego przeżycia Wielkiego Tygodnia i prawdziwej radości Wielkanocnego Poranka.

040 - Niedziela Palmowa
Written by kazikq.

Nauka 40 – Kościół rodzi się z Eucharystii

 

Kościół żyje dzięki Eucharystii [Ecclesia de Eucharistia vivit]. Ta prawda wyraża nie tylko codzienne doświadczenie wiary, ale zawiera w sobie istotę tajemnicy Kościoła. Na różne sposoby Kościół doświadcza z radością, że nieustannie urzeczywistnia się obietnica: «A oto Ja jestem z wami przez wszystkie dni, aż do skończenia świata» (Mt28, 20). Dzięki Najświętszej Eucharystii, w której następuje przeistoczenie chleba i wina w Ciało i Krew Pana, raduje się tą obecnością w sposób szczególny. Od dnia Zesłania Ducha Świętego, w którym Kościół, Lud Nowego Przymierza, rozpoczął swoje pielgrzymowanie ku ojczyźnie niebieskiej, Najświętszy Sakrament niejako wyznacza rytm jego dni, wypełniając je ufną nadzieją. (Ecclesia de Eucharistia - n.1)

 

oryginalny dokument na stronie watykańskiej www.vatican.va

 

SAKRAMENT MIŁOŚCI, [Sacramentum Caritatis] Najświętsza Eucharystia jest darem, jaki Jezus Chrystus czyni z samego siebie, objawiając nam nieskończoną miłość Boga wobec każdego człowieka. W tym przedziwnym sakramencie objawia się miłość największa, ta, która przynagla, by „życie swoje oddać za przyjaciół swoich” (J 15, 13). Istotnie, Jezus „do końca ich umiłował” (J 13, 1). Tymi słowami zapowiada Ewangelista Jego gest nieskończonej pokory: zanim umarł na krzyżu za nas, przepasawszy się ręcznikiem, umył uczniom nogi. Tak też, w sakramencie Eucharystii Jezus nadal miłuje nas „aż do końca”, aż po dar ze swego ciała i swojej krwi. Jakież zdziwienie musiało napełnić serca Apostołów wobec czynów i słów Pana podczas tej Wieczerzy! Jakiż zachwyt winna wzbudzić w naszym sercu tajemnica Eucharystii! (Sacramentum Caritatis - n.1)

 

oryginalny dokument na stronie watykańskiej www.vatican.va

 

039 - Sobota – V tydzień WP
Written by kazikq.

Nauka 39 – Eucharystia w naszym życiu

 

Na zakończenie tych Wielkopostnych Rekolekcji chcę poświęcić chwil kilka na rozważanie, a właściwe poddanie do rozważania kilku myśli o tym, co jest punktem centralnym naszej wiary. Jeśli na początku pytałem „Jak wierzyć dzisiaj?, to ostateczną i najgłębszą odpowiedź na to pytanie chciałbym podać właśnie dzisiaj. Nie ma bowiem wiary, ani prawdziwej, ani żywej, ani jakiejkolwiek wiary bez życia Eucharystią. Szczególnie właśnie w naszym, bardzo zlaicyzowanym i odartym z sacrum świecie. Eucharystia zakłada wiarę, ale jednocześnie ją rodzi i umacnia. Można by nawet powiedzieć: „jeśli doświadczasz zaniku i osłabienia twojej wiary, to jest to znak, że zerwałeś z Eucharystią i trzeba do Niej jak najszybciej wrócić”.

 

******************

 

Męka, Śmierć Chrystusa i …. Eucharystia – Ostatnia Wieczerza ….

 

Bierzcie i jedzcie, to jest Ciało Moje za was wydane …

Bierzcie i pijcie, to jest Krew Moja za was wylana ….

 

W tych słowach zawarta jest cała i ostateczna prawda o Eucharystii. Ustanowiona w sposób bezkrwawy w Wielki Czwartek ma swoje całkowite i faktyczne dopełnienie w Wielki Piątek. Ciało, Które Jezus daje swoim uczniom do spożywania w Wielki Czwartek zostaje faktycznie wydane na krzyżu w wielki Piątek. Krew dana do spożywania w czasie Wielkoczwartkowej Wieczerzy jest dosłownie przelana w czasie Wielkopiątkowej Męki. Eucharystia jest bowiem niczym mniej i niczym innym niż tyko ustawicznym uobecnianiem Męki, Śmierci i Zmartwychwstania Pana naszego. I w tym kontekście co najmniej niezrozumiałym wydawać się coraz częstsze wśród katolików może lekceważenie, czy niechęć do uczestnictwa w Mszy Świętej. Kto w Eucharystii uczestniczyć nie chce, najwidoczniej nie chce mieć nic wspólnego ze zbawczymi wydarzeniami Wielkiego Piątku.

 

Nie można mówić o Eucharystii i rozważać tego Największego i Najświętszego Sakramentu bez ustawicznego odnoszenia się i uświadomienia sobie, że jest On najgłębiej złączony z Ofiarą Krzyża. Sam Papież tak bardzo mocno to podkreśla w swojej ostatniej Encyklice „Ecclesia de Eucharistia”, pisząc np.:

 

¨                  Kościół rodzi się z tajemnicy paschalnej. Właśnie dlatego Eucharystia, która w najwyższym stopniu jest sakramentem tajemnicy paschalnej, stanowi centrum życia eklezjalnego. (3)” i dalej:

 

¨                  W Komunii otrzymujemy Tego, który ofiarował się za nas, otrzymujemy Jego Ciało, które złożył za nas na Krzyżu, oraz Jego Krew, którą przelał «za wielu (…) na odpuszczenie grzechów» (Mt 26, 28).” (16)

 

Jestem przekonany, że cała krytyka „nudnych Mszy”, jaka pojawia się u katolików, czy lekceważenie uczestnictwa w niedzielnej Eucharystii wynika z tego podstawowego braku zrozumienia, czym naprawdę jest Eucharystia. Nie ma być Ona ani ciekawa, ani rozrywkowa, ani medialna, ani interesująca w znaczeniu ludzkim, bo to jest uobecnianie, uczestnictwo, partycypacja w Męce i Śmierci Chrystusa. Nie wolno więc z Niej robić ani teatru, ani przedstawienia, ani medialnego show, które powinno być interesujące. Nie wolno na siłę starać się o Jej uatrakcyjnienie, bo będzie to tylko karykatura tego, czym naprawdę jest Eucharystia.

 

Dlatego też wszelkie próby sprowadzenia Mszy Świętej jedynie do „uczty” a nawet wspólnotowego „agape” są Jej wypaczeniem. Trzeba mieć stale przed oczyma fakt, że Eucharystia to jednocześnie dwie rzeczywistości, dwa wydarzenia: Ostatnia Wieczerza, spożywana z uczniami w Wielki Czwartek oraz Męka i Śmierć Chrystusa na krzyżu w Wielki Piątek. Kto tak zrozumie Eucharystię nie może już mieć pretensji, że jest Ona nudna, że uczestnictwo w niej pozostaje biernym i zewnętrznym tylko „odstaniem”, odsłuchaniem Mszy, bo księża ją zdominowali, bo ględzą, bo nic się tam nie dzieje i powtarza się stale te same słowa i te same gesty.

 

Papież Jan Paweł II tak o tym pisze:

¨                  „Czasami spotyka się bardzo ograniczone rozumienie tajemnicy Eucharystii. Ogołocona z jej wymiaru ofiarniczego, jest przeżywana w sposób nie wykraczający poza sens i znaczenie zwykłego braterskiego spotkania.” (10)

 

Jest bowiem Eucharystia na pewno braterskim spotkaniem, ale przede wszystkim jest spotkaniem u stóp krzyża. Jest przede wszystkim spotkaniem z Bogiem ofiarującym się na krzyżu dla zbawienia świata. I o tym nie wolno zapomnieć.

 

Papież pisze dalej, w swej Encyklice:

 

¨                  Nawet jeżeli logika «uczty» budzi rodzinny klimat, Kościół nigdy nie uległ pokusie zbanalizowania tej «zażyłości» ze swym Oblubieńcem i nie zapominał, iż to On jest także jego Panem, a «uczta» pozostaje zawsze ucztą ofiarną, naznaczoną krwią przelaną na Golgocie. Uczta eucharystyczna jest prawdziwie ucztą «świętą», w której prostota znaków kryje niezmierzoną głębię świętości Boga” (48)

 

Wobec tych wyjaśnień i przypomnień, jakich Papież udziela w swej Encyklice śmieszne wydają się narzekania i utyskiwania wiernych, którzy lekceważą sobie tę Tajemnicę i domagają się jej uwspółcześnienia czy uatrakcyjnienia. Czy bowiem będzie to uroczysta Msza Święta pontyfikalna na placu świętego Piotra w Rzymie, czy skromna i prosta Msza w ubogiej, buszowej kaplicy misyjnej, jest to stale i nieodmiennie ta sama Ofiara Chrystusa składającego się Bogu na przebłaganie za grzechy świata (Mt 26, 28).

 

Oczywiście trzeba także pamiętać i o tym, że jak mówi francuski jezuita Henri de Lubac: „Kościół jest Ciałem Chrystusa i -jak stwierdza św. Augustyn- w Eucharystii otrzymujemy Ciało Chrystusa, aby stać się właśnie Jego ciałem”. To właśnie, nie co innego, ale Eucharystia czyni nas Kościołem, czyli Ciałem Chrystusa. To właśnie Eucharystia czyni nas Ludem Bożym. Z niej Kościół się narodził i rodzi się nieustannie. A Papież w już pierwszym zdaniu swej Encykliki-  powie: „Kościół z Eucharystii żyje”. A jeżeli Kościół, to i chrześcijanin, albo z Eucharystii żyje, albo … nie żyje w ogóle. Kto lekceważy sobie ten par excellence życiowy Sakrament, nie może twierdzić, ze jest uczniem Chrystusa, że jest wierzącym.

 

Można więc wrócić do początków naszych rekolekcyjnych rozważań i powiedzieć wprost: „O tyle mamy kłopoty z przyjęciem rzeczywistości Kościoła, o ile lekceważymy sobie Eucharystię”.  Ktoś, kto regularnie w Niej uczestniczy i –na tyle na ile jest to możliwe dla ludzkiego rozumu- stara się Ją zrozumieć, nie ma problemów z uznaniem i przyjęciem Kościoła.

 

Albo negatywnie: „Ktoś, kto lekceważy sobie Eucharystię i nie rozumie Jej, nigdy nie zrozumie i i nie przyjmie Kościoła.” Może więc dlatego, tak bardzo kwitnie w naszym społeczeństwie neopogaństwo, że ludzie po prostu zaniedbali, zarzucili, lub odrzucili Eucharystię. Ludzi tracą wiarę, bo Ona nie jest centrum i szczytem, Ona nie jest źródłem i zwieńczeniem ich wiary i ich życia. Odchodząc od Niej tracimy wszystko; tracimy wiarę, nadzieję i miłość, tracimy sens i cel życia, tracimy radość i spełnienie. Ktoś w wypowiedzi na forum napisał bardzo mądre słowa: „niemożliwe jest żeby nawróciły człowieka najbardziej błyskotliwe sądy, jeśli ten w swej pysze zamknięty jest na sprawy Boże. SPOTYKAMY BOWIEM TYLKO TYCH, NA SPOTKANIE KTÓRYCH JESTEŚMY PZRYGOTOWANI. A czy ktoś, kto nie spotyka się z Bogiem Żywym w EUCHARYSTII, zna Go? Taki człowiek tworzy sobie obraz Boga według swoich bardzo ubogich schematów.” I rzeczywiście ktoś, kto nie spotkał naprawdę Chrystusa w Eucharystii, nie zna Boga, nie zna Jego Kościoła, nie zna i nie ma pojęcia o wierze i Jego wiara jest martwa. A wtedy człowiek taki z konieczności będzie tworzył sobie zastępniki, bożki, idole, religię „własnej roboty”.

 

Odchodząc od Eucharystii tracimy wszystko. Wracając zaś do Eucharystii odzyskujemy wszystko. Wszystko wraca na swoje miejsce i wszystko nabiera innego, głębszego sensu i znaczenia. A co znaczy wrócić do Eucharystii? To najpierw i przede wszystkim wrócić do regularnego uczestnictwa w niedzielnej Eucharystii. Bez tego nie ma mowy o życiu z wiary, o życiu wiarą, o jakimkolwiek pogłębianiu swojej wiary.

 

Nie mieli racji reformatorzy lansując hasło: „sola fides, sola Scriptura, sola gratia” (sama wiara, samo Pismo święte i sama łaska – mogą zbawić -czy też- wystarczą do zbawienia). Niestety, nie wystarczą. Bo Chrystus zostawił nam coś bardziej fundamentalnego, coś bardziej podstawowego, co pogłębia wiarę i ją żywi, coś, co pomaga rozumieć Pismo Święte, coś co jest kanałem łaski … Chrystus zostawił nam Eucharystię, czyli siebie samego w Tajemnicy swego Ciała i Krwi. I bez tego, ani wiara, ani Pismo, ani łaska nie są możliwe czy skuteczne.

 

Wrócić do Eucharystii, to znaczy także odkryć sens i znaczenie adoracji Eucharystycznej, tego drugiego –obok Mszy Świętej elementu budującego naszą pobożność i wiarę.

 

Papież w Encyklice przypomina o tym wielokrotnie pisząc min.

 

¨                  adoracja Najświętszego Sakramentu znajduje swoją właściwą rolę w życiu codziennym i staje się niewyczerpanym źródłem świętości.” (10) i dalej: „Wielu świętych dało przykład tej praktyki, wielokrotnie chwalonej i zalecanej przez Magisterium. W sposób szczególny wyróżniał się w tym św. Alfons Maria Liguori, który pisał: «Wśród różnych praktyk pobożnych adoracja Jezusa sakramentalnego jest pierwsza po sakramentach, najbardziej miła Bogu i najbardziej pożyteczna dla nas». Eucharystia jest nieocenionym skarbem: nie tylko jej sprawowanie, lecz także jej adoracja poza Mszą św. pozwala zaczerpnąć z samego źródła łaski.”  (25) Jakże bowiem ma znać Chrystusa ten, kto Go nie spotyka regularnie i regularnie z Nim nie rozmawia?

 

Eucharystia jest nie tylko źródłem i szczytem życia Kościoła i wiernego, ale także jest źródłem i być powinna centrum życia świata. To w Niej znajdują się rozwiązania wszelkich ludzkich problemów i odpowiedzi na pytania nękające współcześnie ludzkość. I znowu przepiękne słowa papieża z Encykliki:

 

¨                  „Jest wiele problemów, które zaciemniają horyzont naszych czasów. Wystarczy wspomnieć pilną potrzebę pracy na rzecz pokoju, troskę o budowanie w stosunkach międzynarodowych trwałych fundamentów sprawiedliwości i solidarności, obronę życia ludzkiego od poczęcia aż do jego naturalnego końca. A co powiedzieć o tysiącach sprzeczności «zglobalizowanego» świata, w którym najsłabszym, najmniejszym i najuboższym może się wydawać, że niewiele mają powodów do nadziei? W takim właśnie świecie powinna rozbłysnąć chrześcijańska nadzieja!…. Po to Pan chciał pozostać z nami w Eucharystii” (nr 20)

 

A co powiedzieć o znaczeniu Eucharystii dla kapłańskiego życia? I znowu same cisną się słowa z Encykliki:

 

¨                              „Jeżeli Eucharystia stanowi źródło i szczyt życia Kościoła, tak samo jest nim w odniesieniu do posługi kapłańskiej. Stąd też wyrażając wdzięczność Jezusowi Chrystusowi, naszemu Panu, raz jeszcze powtarzam, że Eucharystia jest główną i centralną racją bytu sakramentu Kapłaństwa, który definitywnie począł się w momencie ustanowienia Eucharystii i wraz z nią”. (31)

 

I można by tak bez końca cytować ten przepiękny i głęboki dokument wskazując na coraz to inne elementy i coraz to głębsze znaczenie tego Niezgłębionego Sakramentu, Sakramentu Miłości Boga do człowieka, Sakramentu w Którym ustawicznie ponawia się Tajemnica Męki i Śmierci Syna Bożego. Ale może już na zakończenie i tej dzisiejszej nauki i całych rekolekcji jeszcze raz słowa Jana Pawła II – świadectwo Tego niezwykłego świadka naszych czasów.

 

¨                              „Pozwólcie, umiłowani Bracia i Siostry, że w świetle waszej wiary i ku jej umocnieniu przekażę Wam to moje świadectwo wiary w Najświętszą Eucharystię. Ave, verum corpus natum de Maria Virgine, vere passum, immolatum, in cruce pro homine!. Oto skarb Kościoła, serce świata, zadatek celu, do którego każdy człowiek, nawet nieświadomie, podąża. Wielka tajemnica, która z pewnością nas przerasta i wystawia na wielką próbę zdolność naszego rozumu do wychodzenia poza pozorną rzeczywistość.” (59)

 

¨                              „A jeżeli nawet wobec tej tajemnicy rozum doświadcza własnych ograniczeń, to serce oświecone łaską Ducha Świętego dobrze wie, jaką przyjąć postawę, zatapiając się w adoracji i w miłości bez granic.” (62)

 

Wróćmy do Eucharystii, a tak wiele spraw się uprości i uporządkuje w naszym skomplikowanym życiu. Wróćmy do Eucharystii nie rozumem, ale sercem, aby odnaleźć utracony sens i cel naszego ludzkiego życia.

038 - Piątek – V tydzień WP
Written by kazikq.

Nauka 38 – Spowiedź – Sakrament czy psychoanaliza

Mówienie współczesnemu człowiekowi o grzechu, o winie, o nawróceniu jest co najmniej niesmaczne, a w niektórych przypadkach nawet niegrzeczne czy niebezpieczne, bo można być posądzonym od razu o sekciarstwo, lub nawet o fundamentalizm. Współczesny człowiek tak bardzo nie lubi tego tematu, że najchętniej słowa takie jak: grzech, wina, nawrócenie, pokuta, spowiedź wymazałby ze wszystkich słowników. Jest to tak daleko zakorzeniona awersja do rzeczywistości ludzkiego upadku i poczucia winy, że nawet w niektórych mszalikach dla wiernych (np. w wydaniach angielskich i francuskich) usunięto spowiedziowe „mea culpa” i mamy zamiast tego takie oto formuły spowiedzi powszechnej:

w mszałach angielskich:

I confess to almighty God,

and to you, my brothers and sisters,

that I have sinned through my own fault,

in my thoughts and in my words,

in what I have done,

and in what I have failed to do;

brak słów, które znajdują się w łacińskiej, wzorcowej wersji

mea culpa, mea culpa, mea maxima culpa

and I ask blessed Mary, ever virgin,

all the angels and saints,

and you, my brothers and sisters,

to pray for me to the Lord, our God.

w tekstach francuskich:

Je confesse à Dieu tout-puissant,

Je reconnais devant mes frères,

Que j’ai péché en pensée, en paroles

Par action et par omission :

Gdzie słowa mea culpa, mea culpa, mea maxima culpa zastąpiono przez mniej drażniące

Oui, j’ai vraiment péché

C’est pourquoi je supplie la Vierge Marie

Les anges et tous les saints,

Et vous aussi mes frères,

De prier pour moi le Seigneur notre Dieu

A dla przykładu w łacińskim tekście oryginalnym mamy :

Confiteor Deo omnipotenti et vobis, fratres,

quia peccavi nimis cogitatione, verbo, opere et omissione:

mea culpa, mea culpa, mea maxima culpa.

Ideo precor beatam Mariam semper Virginem,

omnes Angelos et Sanctos,

et vos fratres, orare pro me ad Dominum Deum nostrum.

Z zaznaczeniem nawet, że wypowiadając podkreślone słowa wierny (percute tibi pectus ter, dicens:) trzykrotnie uderza się w pierś.

Ktoś może się z przekąsem uśmiechnąć pod nosem i powiedzieć: „ale się księżulo czepia”. Oczywiście można i tak. Ja sam osobiście nie rozdzieram szat z tego powodu i uznaję, że skoro mszały te (angielskie i francuskie) zostały zatwierdzone przed odpowiednie konferencje episkopatu, to należy ich używać. Jest to jednak dla mnie pewnego rodzaju symptom, znak tego, jak bardzo człowiek współczesny nie lubi, aby mu przypominano i uświadamiano rzeczywistość jego grzechu. Jest w tym zarazem i pycha, i słabość, i fałszywy humanizm, czy chora delikatność.

Pycha, bo człowiek, który nigdy nie ma sobie nic do wyrzucenia jest człowiekiem zakłamanym i żyjącym w iluzorycznym świecie własnej doskonałości. Ale jest w tym też i słabość, bo ktoś, kto ustawicznie twierdzi, że nie ma się z czego poprawiać, nigdy się nie zmieni i nie rozwinie, uważając że jest już tak doskonały, że nic nie musi ulepszać, zmieniać, naprawiać w swoim życiu. Co więcej, nawet z czysto psychologicznego punktu widzenia, człowiek, który spycha w podświadomość poczucie winy i grzechu –twierdząc, że go nie ma- żyje w ustawicznym konflikcie z własnym ja. Jest ot sytuacja podobna do człowieka chorego na raka, który twierdzi, że nic mu nie jest, że jest zdrowy. Takie zabiegi ani go nie leczą, ani nie pomagają zahamować rozwoju choroby.

Kardynał Godfried Danneels – prymas Belgii odpowiadając na pytanie o poczucie grzechu u współczesnego człowieka powiedział:

To jest uniwersalny problem kryzysu poczucia grzechu w Europie. Sens grzechu przestaje istnieć, bo człowiek uważa, że jest samowystarczalny i sam określa, co jest dobre, a co złe. I to jest to fundamentalny kryzys religijny.

Można by napisać nawet bardziej zdecydowanie, że jest to fundamentalny kryzys człowieczeństwa. Człowiek bowiem będąc istotą skończoną i ułomną (a tak niewielu chce się do tego przyznać) nie może decydować o dobru i złu, nie może ustanawiać nawet w najbardziej demokratycznym głosowaniu co jest dobre, a co złe. Próby ale i efekty tych prób możemy z przerażeniem obserwować we współczesnych postmodernistycznych społeczeństwach, gdzie zboczenia, perwersje i ewidentne zło są uznawane za dobro, a dobro staje się wstydliwe i musi się tłumaczyć.

W takiej sytuacji oczywistym jest, że mówienie o grzechu, o winie, o nawróceniu jest nie tylko niemodne, ale nawet naganne, a co najmniej ośmieszane i lekceważone. To nie są fanaberie i wymysły sklerotycznego klechy. Wystarczy bowiem zobaczyć kilka programów telewizyjnych, przejrzeć kilka portali internetowych, czy przeczytać kilka popularnych gazet, żeby zobaczyć, co tam jest chwalone, gloryfikowane, uznawane i dopuszczalne, a co jest poddawane w wątpliwość, ośmieszane, wyśmiewane i krytykowane. Z przerażeniem i zgrozą oglądałem kilka miesięcy temu we francuskiej telewizji program, w którym młody 25-cio letni człowiek szczycił się i był dumny z tego, co sam nazywał „służeniem ludzkości” (był producentem i aktorem filmów pornograficznych). W tym samym programie wyśmiano jednocześnie i wprost znieważono protestanckiego pastora, który ośmielił się przypomnieć szóste przykazanie. Wszyscy z aprobatą przytakiwali młodemu porno-idolowi i z niesmakiem krzywili się słuchając nieśmiałych uwag pastora.

Chrześcijanin, żyjący w takim środowisku i poddawany takiej presji rzeczywiście zaczyna wierzyć, że uznanie swoich grzechów i wad, przyznanie się (nawet przed samym sobą) do winy czy Spowiedź, to rzeczy co najmniej niemodne i wstydliwe, to wyraz słabości i średniowiecznej mentalności. Wymyśla się więc wszelkiego rodzaju usprawiedliwienia i enigmatyczne określenia czy eufemizmy, żeby tylko człowiekowi nastawionemu na szybki i spektakularny sukces nie dokuczać poczuciem winy i pojęciem grzechu. Odrzuca się Spowiedź, ale preferuje i zachwala psychoanalityczne seanse, które mają pomóc takiemu –mimo wszystko- czasami sfrustrowanemu człowiekowi.

Co więcej -w takiej atmosferze- sama Spowiedź staje się czymś wstydliwym i niepopularnym, a nawet wprost niepotrzebnym i nieludzkim. Mówi się więc o niepotrzebnym tworzeniu poczucia winy, o demonizowaniu ludzkich i naturalnych -w końcu- słabostek, o tolerancji i umiejętności akceptowania różnic, o konieczności uznania naturalnych (???) skłonności człowieka itp., itd. Tego rodzaju rozmydlanie i rozwadnianie służy zaś tylko jednemu – stworzyć w człowieku najbardziej instynktowne i najbardziej nieuświadomione potrzeby, po to tylko, aby na zaspokajaniu tychże można było robić dobre interesy. Bo to -zysk i biznes- są ostatecznie wykładnią i jedynym miernikiem skuteczności i racjonalności systemów społecznych. Przypomina mi to od razu wielkie magazyny sklepowe, gdzie na półkach na wysokości oczu ustawia się najgorszy i najmniej wartościowy towar, opatruje się go zachęcającymi reklamami i promocyjnymi chwytami tylko po to, żeby go jak najszybciej i z największym zyskiem sprzedać. Podobne działania widać w dziedzinie szeroko rozumianej kultury i formacji, czy raczej deformacji społecznej.

W zniechęcaniu ludzi do Spowiedzi stosuje się także i inne, bardziej wyrafinowane chwyty mówić np. o tym, że ostatecznie do kontaktu z Bogiem i do uzyskania przebaczenia nie ma potrzeby posługiwania się pośrednikami w rodzaju spowiednika. Cytowany już kard. Godfried Danneels na pytanie o sens i celowość sakramentalnej Spowiedzi odpowiedział:

To jest pytanie o to, czy Bóg działa bezpośrednio w sercach ludzi, indywidualnie, bez pośredników, czy mówi przez swój Kościół. To problem mediacji między Bogiem a ludźmi. Bóg nie zlatuje na spadochronie bezpośrednio do ludzkiego serca, ale przychodzi przez kapłanów. Spowiedź to spotkanie z miłością i miłosierdziem Boga za pośrednictwem Kościoła. I ani trochę mniej, ani trochę więcej.

I jak się wydaje, jeśli ktoś tego nie potrafi lub nie chce zrozumieć, ten na pewno będzie miał kłopot z uznaniem Spowiedzi Sakramentalnej. Bóg bowiem po to ustanowił Kościół – Społeczność Ludu Bożego, aby poprzez ten Kościół prowadzić ludzi do siebie. Jeśli ktoś odrzuca Kościół, neguje jego świętość i boskie pochodzenie, ten na pewno nie przyjmie i nie uzna dobroczynnej łaski Spowiedzi.

W okresie Wielkiego Postu mamy zazwyczaj okazję do zbliżenia się do konfesjonału i do wyznania swoich grzechów, do usłyszenia słów samego Boga: „Ego te absolvo a peccatis tuis” – ja cię rozgrzeszam (uwalniam) z grzechów twoich, bo tylko Bóg może rozgrzeszać. Warto jednak pamiętać, że podstawowym warunkiem tego wybaczenia, rozgrzeszenia jest uznanie swoich grzechów i nawrócenie. Jak bowiem pisze Papież Jan Paweł II w swojej książce „Przekroczyć próg nadziei”:

Pierwszym bowiem warunkiem nawrócenia jest dla człowieka uświadomienie sobie własnej słabości i grzeszności (…) a następnie uznanie tego przed Bogiem, który ze swej strony nie oczekuje niczego więcej jak właśnie tego rozpoznania ludzkiej grzeszności, aby człowieka zbawić. A człowiek ze swej strony nie uczy się inaczej, jak właśnie przez takie rozpoznanie i przyznanie się do swoich błędów”.

Kto jednak w pysze twierdzi ustawicznie, że nie ma się z czego spowiadać, ten tym samym nie ma z czego być rozgrzeszonym i rozgrzeszonym nie jest. Nawet Bóg nie może wybaczyć komuś, kto twierdzi, że Bóg nie ma nic do wybaczenia.

I co ciekawe, ludzie martwią się tymi, którzy mieliby być potępieni, mają kłopot z zaakceptowaniem nieodwracalności i wieczności piekła, ale jednocześnie odrzucają środki, które sam Bóg im daje na co dzień, aby się tam nie dostać. Nawet wśród wierzących istnieje pewien szczególny rodzaj faryzeizmu … żałują potępionych, buntują się przeciwko wieczności piekła, a jednocześnie nic nie robią, żeby się od tego ustrzec. Bóg na pewno nie chce śmierci grzesznika, ale aby ten się nawrócił i żył wiecznie (Ez 18,32). Nie odrzucajmy środków, które sam Bóg dał nam, abyśmy mogli żyć. A jednym z nich jest na pewno sakramentalna Spowiedź. Czy naprawdę uważasz, że jest ci ona do niczego nie potrzebna?

o Spowiedzi zobacz także … - Spowiedź i co dalej?

oraz - Ciekawostki o Spowiedzi

037 - Czwartek – V tydzień WP
Written by kazikq.

Nauka 37 – Przekroczyć stereotypy

 

O swojej pracy katechetki w szkole opowiada Sylwia. Jest tu kilka bardzo ciekawych myśli i spostrzeżeń, którymi chciałem się dzisiaj podzielić. A wszystko to ustawicznie w ramach pierwszego, podstawowego pytania: „Jak wierzyć dzisiaj? Jak tą wiarą dzielić się z innymi?

 

**************

 

Odkąd pamiętam byłam bardzo pobożna - mówi Sylwia. Należałam do Ruchu Światło-Życie, a gdy byłam w trzeciej klasie liceum proboszcz mojej parafii zorganizował za pośrednictwem kurii diecezjalnej studium katechetyczne. Zaczęłam uczestniczyć w tym kursie, a gdy go skończyłam, zdałam maturę i postanowiłam pójść na studia. To bardzo nie podobało się mojemu księdzu, ponieważ myślał, że będzie miał katechetkę, a ja mu uciekłam na polonistykę do Krakowa

 

Studia

Na czwartym roku studiów Sylwia przypomniała sobie o swoim dyplomie katechetycznym i postanowiła poszukać pracy. Instytut polonistyczny znajduje się nie opodal kurii i któregoś dnia w drodze na zajęcia wstąpiła tam i zostawiła swoją ofertę pracy na pół etatu. I tak się zaczęło. Po dwóch tygodniach zadzwonili z kurii z propozycją pracy w szkole podstawowej. Byłam dumna - wspomina - bo ja, studentka studiów dziennych, mogłam podjąć pracę, a tym samym odciążyć trochę moich rodziców.

 

Katecheza w podstawówce

W szkole podstawowej przepracowała półtora roku. Nadszedł czerwiec i wiele spraw w jej życiu stanęło pod znakiem zapytania. Kończyła studia i przyszło postawić sobie pytanie o własną przyszłość. Po roku prowadzenia katechezy w podstawówce doszła do wniosku, że praca ta nie daje jej satysfakcji, że chce czegoś więcej, że nie bardzo nadaje się do pracy z małymi dziećmi.

 

Zaczęły się wakacje

W sierpniu zajrzała do kurii, aby dowiedzieć się czegoś o możliwości dalszej pracy w szkole. Była wewnętrznie rozbita i miała poczucie, że nic sobą nie prezentuje. W kurii spotkała księdza, który zaczął z nią rozmawiać. Nagle ni stąd ni zowąd usłyszała pytanie: - Chciałabyś pracować w liceum? Jasne! - odpowiedziała. Miałam kilka takich sytuacji w swoim życiu - wspomina Sylwia - że czegoś bardzo pragnęłam i to się spełniało. Praca w liceum była moim wielkim pragnieniem, myślałam sobie, że jeśli miałabym uczyć religii, to najlepiej ludzi, którzy mają określone problemy, stawiają konkretne pytania, ludzi, którzy czegoś szukają…

 

W liceum

Poszła do księdza proboszcza, który przyjął ją bardzo nieufnie. Zdaję sobie sprawę z tego, że ksiądz mi nie ufa - powiedziała. Jeżeli więc coś będzie nie tak, proszę mi o tym powiedzieć. Po kilku przeprowadzonych przez Sylwię lekcjach na katechezy zaczęły przychodzić osoby, które początkowo deklarowały, że nie będą chodzić na religię.

 

W listopadzie przyszła do niej dziewczyna i mówi:

“Jestem ochrzczona, ale nie uważam się za chrześcijankę, raczej za osobę poszukującą. Czy mogłabym chodzić na pani lekcje?…”

 

Takich przypadków było kilka i były one dla Sylwii znakiem, że jest tym ludziom potrzebna. Zdarzały jej się także ciekawe rozmowy z niektórymi osobami z grona pedagogicznego. Nie przeszkadzało mi to - mówi Sylwia - że niektóre osoby mają negatywny stosunek do Kościoła. To, że ktoś określa się mianem osoby niewierzącej i nie chodzi do kościoła, nie zawsze jest wyrazem jego złej woli. Często przyczyna leży gdzieś głębiej.

 

Mogłam zostać dewotką

Kiedy rozpoczynała katechezy w liceum, zastanawiała się, co było dla niej najważniejsze, czego najbardziej potrzebowała, gdy miała tyle lat, co jej uczniowie? Już wtedy byłam osobą bardzo zaangażowaną religijnie, ale było to dość powierzchowne - wspomina. Gdybym dalej trwała w tej swojej ciepłej pobożności nie wchodząc głębiej w Słowo Boże, byłabym dziś pewnie niezłą dewotką. Byłam chrześcijanką, chodziłam na pielgrzymki, grałam na gitarze, miałam określone środowisko, ale nie umiałam odpowiedzieć na pytanie, o co tak naprawdę chodzi w chrześcijaństwie.

 

W pewnym momencie mojego życia przeżyłam coś, co się nazywa drugim nawróceniem. Zaczęłam odkrywać, że jestem człowiekiem, który ciągle musi się nawracać, że nie wystarczy trwać w tradycjonalizmie, w bezpiecznych rytuałach, ale trzeba naprawdę szukać Boga, wsłuchiwać się w Jego Słowo, w każdej chwili życia szukać Jego woli… Gdy miała 16, 17 lat, przeżywała wiele skrupułów, bo miała gdzieś w sobie zakodowany głęboki lęk przed Bogiem.

 

Pamiętam siebie z tego okresu - wspomina - ponieważ wtedy pisałam pamiętnik. Nie miałam obok siebie osoby, która by mi wytłumaczyła, skąd się biorą moje problemy i jak je rozwiązywać. Dopiero uczestnicząc w spotkaniach będących pewną formą rekolekcji ignacjańskich, zaczęłam odkrywać, na czym polega głębsze doświadczenie Boga i co jest źródłem moich wszystkich trudności.

 

W klasie

Gdy przychodzi do klasy wie, że staje przed ludźmi, którzy mają podobne problemy jak ona, gdy była w ich wieku. Wie, że każdy z nich przeżywa własne trudności i po swojemu na nie reaguje. Jeden się buntuje, maluje włosy na różowo, pali papierosy, ktoś inny próbuje sprowokować nauczyciela…

 

Miałam uczennicę - wspomina - która przez cały miesiąc podczas lekcji trzymała nogi na ławce. Mogłam ją oczywiście od razu upomnieć, zagrozić uwagą do dziennika, ale nie zrobiłam tego. Przychodząc do tej szkoły miałam bowiem świadomość, że jestem posłana do tych ludzi i że moja uczennica przez swój gest chce mi coś przekazać. Ona nie potrafi do mnie przyjść i powiedzieć:

“Słuchaj, jest źle, nie rozumiem świata, nie rozumiem swojej mamy, nie rozumiem swoich kolegów, nie rozumiem siebie!…”

 

Ona przychodzi i myśli:

“Ja tej babie położę nogi na ławce. Ciekawe co ona mi zrobi?”

Nic nie zrobiłam.

Dopiero po miesiącu powiedziałam do niej:

“Proszę cię, zdejmij te nogi z ławki, bo mi to naprawdę przeszkadza”.

Ale te słowa były już zupełnie inaczej przyjęte, bo ona zdążyła mnie poznać i wiedziała, że nie jest to z mojej strony jakaś próba dominacji, ale zwrócenie uwagi, że po prostu boli mnie jej zachowanie. Od tej pory już nigdy w mojej obecności nie położyła nóg na ławce.

 

Oni właśnie tacy są

Mówią do mnie przez swój sposób bycia, czasami chamski, bezczelny, mówią też poprzez swoje znudzenie. Trzeba zmienić język religijny. Wiele czasopism młodzieżowych podaje informacje w taki sposób, by zniewolić człowieka - mówi Sylwia. Podają to w bardzo atrakcyjnym opakowaniu. Posługują się chwytliwymi hasłami, takimi jak: miłość, wolność, autentyczność, szczerość, luz. “Porządni katolicy” widząc te hasła - grzmią. Mówią, że to jest złe, że tak się nie powinno mamić ludzi, itd. Wtedy ci młodzi ludzie jeszcze bardziej się zacietrzewiają, bo czują, że ktoś chce im odebrać ich wolność. Myślę, że trzeba zmienić język religijny.

 

Kiedyś mówił o tym o. Kłoczowski OP.

Zrozumiałam, że my musimy do nich mówić takim językiem, jakim mówi do nich świat. To ja im też mówię:

“Musimy być na luzie, musimy być wolni!”, ale pod tymi pojęciami rozumiem inny luz i inną wolność. Jestem wolna, bo doświadczam Bożego działania i Bóg mnie uwalnia.

 

Sama muszę być dla nich świadectwem

Media ukazują, że głównym czynnikiem manipulacji jest Kościół, starodawna, klerykalna, skostniała instytucja, która wszystkiego zabrania. Młodzi chłoną te opinie nie zdając sobie sprawy, że są w zupełnie innej niewoli, w niewoli obiegowych opinii, podawanych przez gazety, radio, telewizję… Ja nie mogę przyjść do nich i powiedzieć wprost:

“Żyjecie w kłamstwie! Kościół wcale nie odbiera nikomu wolności, wręcz przeciwnie” - mówi Sylwia.

 

Wtedy oni od razu zaczęliby się bronić używając tych wszystkich gazetowych argumentów.

Dlatego na początku mojej pracy mówiłam przede wszystkim o Bogu i oni powoli zaczęli dochodzić do tego, że coś w ich dotychczasowym myśleniu było nie tak. W człowieku są określone prawdy, świat operuje pewnymi pojęciami i dziś toczy się walka o człowieka i jego wnętrze. I jeżeli pokaże się chrześcijaństwo takie, jakie ono jest, a nie jego zafałszowany obraz, ma się szansę dotarcia do tych ludzi.

 

Często bowiem skostniały język religijny sprawia, że młody człowiek ucieka, ponieważ ciągle słyszy tylko o wymaganiach, o powinności itp., a nie ukazuje mu się, jak bardzo chrześcijaństwo może być atrakcyjne.

 

Dlaczego muszę chodzić do kościoła?

- Dlaczego ja muszę chodzić w niedzielę do kościoła? - pyta Sylwię młody licealista.

Sylwia odpowiada:

„Wcale nie musisz!”

- Jak to nie muszę? Jest przecież takie przykazanie! - dziwi się uczeń.

 

A co jest najważniejsze w chrześcijaństwie? - pyta Sylwia.

- Najważniejsze w chrześcijaństwie jest doświadczenie spotkania z Bogiem, odkrycie tego, że Bóg mnie kocha - recytuje uczeń.

- No właśnie! - mówi katechetka.

Odkryłeś już tę rzeczywistość?

- Jeszcze nie.

- To życzę ci powodzenia!

- Szukajmy dalej, będziemy to odkrywać.

- A dlaczego nie lubisz chodzić na Mszę?

- Bo czasami są takie nudne kazania.

- A czy ty zawsze mówisz pięknie i mądrze?

- Nie zawsze.

- Jeżeli doświadczysz spotkania z Bogiem, to następnym etapem będzie dojrzałe uczestnictwo we Mszy świętej. Wtedy nie będziesz chodził do kościoła tylko dlatego, że ci ktoś każe, ale dlatego, że chcesz.

 

Ryzyko

Wiem, że tym co im mówię wiele ryzykuję - mówi Sylwia - ale albo będziemy mieli porządnych chrześcijan, którzy wiedzą o co w tym wszystkim chodzi, albo będziemy mieli niewolników, którzy ze strachu, z konformizmu zachowują tylko zewnętrzną poprawność.

 

Pierwszą jej lekcją była analiza przypowieści o synu marnotrawnym.

Pokazała uczniom, że obaj synowie są grzesznikami i obu Bóg tak samo kocha.

 

Dla nich było to szokiem, bo w pierwszej chwili byli przekonani, że jeden z synów jest dobry, a drugi zły.

Ukazała im, że każdy człowiek jest grzeszny, że jest słaby, że może popełnić największy grzech, że bez Bożej pomocy nie potrafi kochać bliźniego. Chodziło jej o to, żeby zrozumieli, że są słabi, że mało mogą.

Drugą prawdą, którą im pokazała, była prawda o Bogu, który ich kocha właśnie takich chorych, zranionych, zagubionych, czasem wulgarnych, bezczelnych…

Pokazywała im takiego Boga, a oni denerwowali się, kłócili i wychodziły takie paradoksy, że z jednej strony atakowali Kościół, a z drugiej bronili ogólnie przyjętego nurtu religijności tradycyjnej.

 

Oni się boją…

Oni bardzo się boją coś stracić - mówi Sylwia.

Boją się stracić przyjaźń, miłość, chłopaka, dziewczynę.

Oni wszystko chcą mieć, a ja im udowadniam, że dla Boga warto coś stracić.

Dała im zadanie domowe, aby wypisali sobie to, co najbardziej kochają, a potem po kolei to skreślali uświadamiając sobie, jakie to rodzi w nich uczucia, gdy np. tracą swoją ulubioną piłkę…

Po tej pracy domowej przyszła do niej dziewczyna i mówi:

Pani profesor, ja nie mogłam tego skreślić!

Trzymałam długopis w powietrzu i nie mogłam go przyłożyć do kartki…

Świetnie - odpowiedziała - wychodzi prawda o tobie.

Potem trzymała ich trochę w niepewności, zanim pokazała, że jeśli człowiek pozwoli się wypełnić Bogu, to On oddaje mu ponownie to co utracił, tylko że wtedy jest już wolny i potrafi z tego właściwie korzystać.

Wówczas mogli uświadomić sobie, czym jest prawdziwa wolność.

 

Przekroczyć stereotypy

Ja im niczego nie narzucam - mówi Sylwia.

Oni sami dochodzą do tych wniosków.

Najpierw analizujemy postawę Samarytanki względem Jezusa, a potem pytamy o naszą sytuację.

Wtedy uświadamiają sobie, że też pragną miłości i dochodzą do odkrycia, że chrześcijaństwo jest spotkaniem dwóch pragnień, pragnienia człowieka i pragnienia Boga.

 

Przekazuję im coś, co sama przeżywam - mówi Sylwia. Ponieważ ja sama nad tym myślę, ja nad tym medytuję. I mam świadomość, że gdybym nie żyła Słowem Bożym, niewiele mogłabym im przekazać.

 

Odkłamać obraz Boga

Dzień rozpoczyna od modlitwy. Odmawia dziesiątek różańca, bo ta modlitwa, jak twierdzi, doskonale wprowadza w kontemplację. Potem medytuje nad Słowem Bożym i próbuje zaplanować dzień, który ją czeka. Często właśnie z tych przemyśleń rodzą się jej katechezy. Na początku przyjęła pewien program: odkłamać obraz Boga. To nie jest tak – mówi - że idę na żywioł.

 

Moje katechezy układają się w logiczną całość.  Czasem pewne pomysły podsuwają mi sami uczniowie. Wychodzi na lekcji jakiś problem i zaczynamy go rozwiązywać. Czasami jest też tak, że słucham jakiejś piosenki czy też czytam wiersz i myślę, że to jest świetny tekst i mogę go wykorzystać w katechezie. Tak było z wierszami ks. Szymika czy z książką “Zraniony Pasterz” Daniela Ange’a. Coś mnie poruszyło, zobaczyłam, że jest to przydatne w katechezie i zaczynałam z tego korzystać.

 

Nie wszystko było trafione.

Po roku pracy widzę, że z pierwszą klasą nie mogę sobie pozwolić na taką formę “spotkań z Bogiem”.

Zrozumiałam, że oni bardziej potrzebują zwykłej lekcji religii z wymaganiami i większym trzymaniem się programu nauczania.

W drugiej klasie chciałabym analizować książkę: “Tischner czyta katechizm”.

Teraz widzę, że dopiero ludzie będący w trzeciej i czwartej klasie mogą w pełni odpowiedzieć na propozycję medytacji nad Słowem Bożym.

 

**************

Każdy z nas jest na swój sposób przekazicielem wiary. Ale żeby ja przekazywać, trzeba samemu głęboko i autentycznie ją przeżywać i znać, a przede wszystkim znać i żyć Słowem Bożym. Bez tej rzeczywistości , bez ciągłego radykalnego odniesienia do Słowa Bożego nasze życie religijne jałowieje i staje się nie tylko nieautentyczne, ale po prostu nijakie.

 

Wiara więc i dzisiaj wymaga ustawicznie tego samego, poznania i rozważania Słowa Bożego.


Next Page »

Kalendarz
July 2009
S M T W T F S
« Mar    
 1234
567891011
12131415161718
19202122232425
262728293031